Leszek Czarnecki. Dlaczego jeden z najbogatszych Polaków nie nadawał się na bankowca – Opinie

0
53



Getin Noble Bank. Przyczyny upadku


GNB po prostu nie był gotowy na działanie w trudnych warunkach. Stopy procentowe spadające aż do jesieni 2021 r. sprawiały, że na odsetkach zarabiał coraz mniej i tej erozji nie potrafił skompensować wyższymi prowizjami. Stąd w ciągu pięciu lat podstawowe przychody banku spadły o połowę. Z tym dałoby się jeszcze jednak prześliznąć. Bank dobiły jednak odpisy na kredyty, zwłaszcza walutowe (w domyśle hipoteki denominowane w CHF). Tylko one w ciągu trzech lat kosztowały GNB 1,16 mld zł. Połowę wszystkich strat odnotowanych w tym czasie.


Ważny zarzut, jaki nadzór może mieć do przedsiębiorcy to fakt, że przez cały ten czas nie dokonał skutecznej restrukturyzacji banku, której towarzyszyłoby wzmocnienie kapitałowe. Za to zresztą KNF nałożyła na Czarneckiego osobistą karę sięgającą 20 mln zł. Z drugiej strony nie można mu jednak odmówić starań w tym procesie. Żeby dołożyć pieniędzy do banku, zdecydował się nawet sprzedać akcje LC Corp, swojej firmy deweloperskiej znanej dziś jako Develia. Starał się też pozyskać inwestorów zagranicznych, ale kto chciałby mu pomóc. Zwłaszcza po wysłuchaniu rozmowy, którą Czarnecki nagrał z byłym szefem nadzoru. Po tym można było raczej nabrać przekonania, że na polskim rynku panują standardy znane ze wschodu Europy i krajów byłego ZSRR.



Leszek Czarnecki. Miliardy przeciwko milionom


Rzecz jasna trudno odmówić słuszności argumentowi, że wszystko to już przeszłość. Trudne czasy, które się skończyły. Teraz stopy procentowe znów pozwalają zarabiać i GNB wreszcie miał szansę się odkuć. Rzeczywiście mogło tak być, ale tego już się jednak nie dowiemy. Z drugiej strony równie mocnym argumentem za działaniem BFG jest nadciągający kryzys. To typ zjawiska trudny do przewidzenia i nikt nie da gwarancji, że nawałnica nie pochłonie najsłabszego ogniwa w bankowym sektorze. A przy tym stawka ogromna, bo aktywa banku sięgały niemal 46 mld zł. Naprzeciwko BFG miało 154 mln zł giełdowej wyceny banku, z której około 100 mln zł należało do Leszka Czarneckiego.


Tym jednak właśnie różni się przedsiębiorca od bankowca. On by podjął tę grę. Bo u self-made manów awersja do ryzyka siłą rzeczy musi być znacznie, znacznie mniejsza niż u człowieka prowadzącego tak konserwatywną instytucję, jak bank. Inaczej w życiu nie ruszyłby z miejsca. I ten pryncypialny konflikt widać od początku przemian gospodarczych, nie tylko w Polsce.


Jak biznes traktuje banki, już na początku lat 90. pokazał pionier polskiej przedsiębiorczości prywatnej Mieczysław Wilczek. Pytany wówczas czym chciałby się zająć, wskazał, że najchętniej założyłby bank. Bo to dałoby mu dostęp do pieniędzy. Tak uproszczony sposób myślenia o bankach panował wiele lat i każdy ambitny polski przedsiębiorca za punkt honoru obrał sobie właśnie założenie banku. Nawet najbardziej kontrowersyjne postacie jak Mariusz Świtalski, twórca nie tylko Biedronki czy Żabki, ale także Banku Posnania. Tak było w latach 90. zakończonych pierwszą grubszą aferą: upadłością Banku Staropolskiego założonego przez Piotra Bykowskiego. I ten przypadek doskonale pokazywał, jak przedsiębiorcy podchodzili do bankowości. W Staropolskim zabrakło ponad pół miliarda złotych na spłatę depozytów, bo Piotr Bykowski zainwestował je w inny założony przez siebie bank, czyli Invest Bank. Póki obie instytucje były ze sobą splecione — Bank Staropolski był właścicielem Invest Banku — nadzór bankowy przymykał na to oko. Pojawienie się jednak grupy Polsat rozerwało ten układ, bo to właśnie firma Zygmunta Solorza przejęła Invest Bank. I chwilę później udowodniła, że także nie nadaje się do jego prowadzenia. Po kilkunastu latach snucia się po rynku dzisiejszy Plus Bank uległ marginalizacji, stracił całkiem na wartości, a w 2018 r. nawet dorobił się ujemnych kapitałów.



Leszek Czarnecki mógł sprzedać Getin Bank za miliardy


Polscy przedsiębiorcy pokazali za to, że dobrze potrafią rozkręcać proste banki, tzw. monolinery, zarabiające na kilku produktach. W pewnym momencie muszą jednak zmierzyć się z własnymi możliwościami i dać się przejąć jakiejś poważnej instytucji. Tak było z Lukas Bankiem Mariusza Łukasiewicza i Dominet Bankiem Sylwestra Cacka. Po pierwszy zgłosił się Credit Agricole, a po drugi Fortis Bank. Zapłacili dobre pieniądze i można było odnotować sukces.


Do pewnego momentu bardzo podobną historię miał zresztą Leszek Czarnecki. Majątek zbił na podobny projekcie, nie było to jednak bank, ale Europejski Fundusz Leasingowy przejęty w 2001 r. przez ten sam Credit Agricole. I zainkasowany kapitał posłużył do stworzenia Getinu, który karierę zrobił na kredytach hipotecznych. Historia mogła się powtórzyć, bo w 2007 r. zgłosiła się po niego hiszpańska La Caixa. Za inwestycję dającą dostęp do dużego rynku chciała płacić 6 – 8 mld zł, ale ostatecznie obie strony się nie dogadały. Później przyszedł kryzys, który zmiótł ze stołu wszelkie oferty.



Implozja Getin Banku


W tej sytuacji Leszek Czarnecki postanowił działać sam. I to było największym błędem. Bo sama koncepcja każdego jego biznesu jest taka, że start to sprawa najważniejsza. Jeśli firma nie zaczyna zarabiać po trzech kwartałach, to nie ma jej co ciągnąć. To sprawia, że każdy jego biznes najwięcej zarabia w fazie rozwoju, kiedy sprzedaje produkty i inkasuje za to sowite prowizje. Późniejsze zyski są już znacznie mniejsze, więc pierwsze lata szybkiego wzrostu są najlepszym momentem na sprzedaż firmy. To agresywna koncepcja bankowości, która upowszechniła się w pierwszej dekadzie tego wieku. W drugiej dekadzie dynamiki wzrostu w GNB już jednak zabrakło, a od połowy dekady bank zaczął się wręcz kurczyć. Nastąpiła swego rodzaju, powolna implozja.


Leszek Czarnecki jest, czy też był praktycznie ostatnim poważnym przedsiębiorcą prywatnym w polskiej branży bankowej. I nie jest to nic nadzwyczajnego. Trudno znaleźć rozwinięty rynek, gdzie biznesmeni odgrywają istotną rolę w bankowości. Historia uczy, że zazwyczaj dobrze się to nie kończy. Kilkanaście lat temu takie czyszczenie rynku z niezwykłych osobowości przeszła np. Islandia. Tam trzy główne banki znajdowały się w rękach prywatnych, a dwa z nich kontrolowali naprawdę dynamiczni przedsiębiorcy: Glitnir był domeną Jóna Ásgeira Jóhannessona, a Landsbankinn znanego nam z sieci Play Thora Björgólfssona. Oba przejęte w ramach prywatyzacji ostro ruszyły w świat finansów, rozwijając biznes w Europie (m.in. Wielkiej Brytanii i Holandii), a nawet w Chinach i Ameryce. W 2008 r. aktywa tej trójki sięgały 11-krotności PKB całej Islandii. Kiedy przyszedł kryzys i rynki finansowe przestały dostarczać pieniędzy na ich finansowanie, nacjonalizacja słaniających się na nogach instytucji zagroziła gospodarce kraju.


Podobnych, chociaż mniej systemowych wpadek przedsiębiorców prywatnych zliczyć można zresztą znacznie więcej. Tak było m.in. z Ivanem Davidem Herstattem, który w latach 50. założył w Kolonii bank swojego imienia. Po dwóch dekadach wszedł do czwartej dziesiątki instytucji w całych Niemczech (miał aktywa na bajońską wówczas sumę 2 mld marek), ale wplątał się w ryzykowne, niezbilansowane transakcje walutowe i w 1974 r. upadł. Po jego brawurze w ekonomii pozostało nawet pojęcie Ryzyka Herstatta.


Rzecz jasna do rozłożenia banku nie trzeba prywatnego właściciela. Wystarczy bardziej rzutki prezes (jak np. Jean-Yves Haberer, który w latach 80. zdemolował Crédit Lyonnais) a nieszczęście gotowe. Przedsiębiorcy z natury rzeczy nie nadają się jednak na stróżów obywatelskich pieniędzy. Sprawdzą się w monolinerach ożywiających rynek nowymi produktami, jak np. Klarna Bank Sebastiana Siemiątkowskiego. Banki uniwersalne to jednak swego rodzaju biznesy infrastrukturalne, którym zbyt wiele odwagi i innowacyjności może mocno zaszkodzić.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj