Wyraźny spadek zdolności Irańczyków do wysyłania rakiet widać po raportach z państw Zatoki Perskiej i Izraela. Szóstego dnia walk liczba irańskich pocisków w nie wycelowanych spadła o około 90 procent. O ile w minioną sobotę było to około 350, o tyle w czwartek doniesiono o zaledwie 35. Szef Dowództwa Centralnego USA (CENTCOM) admirał Brad Cooper podał taką samą informację, mówiąc o spadku irańskich ataków rakietowych o 90 procent. Mniej spadła za to liczba wysyłanych przez Iran dronów, bo według Amerykanina o 83 procent. W czwartek państwa regionu informowały o wykryciu około setki. I to one wydają się sprawiać większy problem.

Deficyt wyrzutni rakiet

Spadek skali irańskich ataków rakietowych był czymś spodziewanym ze względów, które opisywaliśmy już na początku walk. Kluczowa jest kampania powietrzna Izraela i USA nad zachodnim i południowym Iranem. Lotnictwo obu tych państw uczyniło priorytetem polowanie na mobilne wyrzutnie irańskich rakiet. Bo to one, a nie zapasy samych pocisków, są wąskim gardłem systemu odwetowego Iranu. Już od lat szacowano, że Irańczycy mają tysiące rakiet, ale zaledwie kilkaset wyrzutni do nich. Teoretycznie są one wielorazowego użytku, więc taka proporcja to standard praktycznie w każdym wojsku. Więcej ma się amunicji niż wyrzutni. Dlatego Iran produkował rakiety masowo i składował je w dużych podziemnych arsenałach. Mobilne wyrzutnie zazwyczaj ucharakteryzowane na cywilne ciężarówki, miały do nich wjeżdżać, ładować pocisk i wyruszać do wcześniej ustalonych stref startowych na kawałku płaskiego terenu. Odpalać i powtarzać proces.

Cały ten system okazał się mieć jednak krytyczną wadę. Nie został zaprojektowany na sytuację, w której napastnik może swobodnie i w sposób ciągły operować w powietrzu nad rejonami działania sił rakietowych. Przed wojną w czerwcu 2025 roku nawet w najbardziej śmiałych zachodnich analizach nie zakładano, że coś takiego będzie tak łatwe do osiągnięcia. Że system obrony przestrzeni powietrznej Iranu okaże się tak słaby, a możliwości najpierw samego Izraela, a teraz też USA do utrzymywania stałej obecności na irańskim niebie, będą tak duże. W efekcie główny filar irańskiego systemu bezpieczeństwa, odwetowy arsenał rakietowy, został zduszony z powietrza. Duże, scentralizowane składy rakiet są monitorowane i intensywnie atakowane ciężkimi bombami. Nie trzeba ich całkowicie niszczyć, wystarczy regularnie demolować same wjazdy do tuneli wykutych w górach. Do tego rejony znanych baz i obszarów działania wyrzutni są też monitorowane z powietrza, w tym przez duże uzbrojone drony, które na owe wyrzutnie nieustannie polują. Jest bardzo prawdopodobne, że Irańczycy mają jeszcze znaczące zapasy rakiet ukrytych pod ziemią, jednak nie mają ich jak wykorzystać. Co jest widoczne w statystykach ataków.

Można się jednak spodziewać, że nie doprowadzi to do całkowitego ustania irańskich uderzeń rakietowych. Amerykańsko-izraelski system patroli nad Iranem na pewno nie jest w stanie pokryć całkowicie szczelnie wszystkich obszarów działania Irańczyków. Jakaś ograniczona liczba codziennie przemknie się niezauważona i odpali pociski. Takie zagrożenie będzie jednak czymś do opanowania przez systemy antyrakietowe w Izraelu i państwach Zatoki Perskiej, nie licząc incydentów i błędów. Nawet w długim okresie, bo według ocen specjalistów zapasy antyrakiet pozostają wystarczające pomimo ich wysokiego zużycia w pierwszych dobach wojny. Pewnym problemem jest też to, że Irańczycy ewidentnie postarali się sięgnąć kluczowych elementów całego regionalnego systemu obrony antyrakietowej, czyli radarów wczesnego ostrzegania.

Według dostępnych informacji potwierdzonych zdjęciami satelitarnymi coś trafiło kilka z nich. Po pierwsze największy w swojej klasie AN/FPS-132, zakupiony przez Katar za około miliard dolarów i zbudowany na początku tej dekady. To bardzo zaawansowane urządzenie stworzone w celu wykrywania i śledzenia rakiet balistycznych, używane przez USA w systemie wczesnego ostrzegania dla Ameryki Północnej. 2 marca coś w niego trafiło, prawdopodobnie irański dron. Zdjęcia satelitarne z 3 marca wyraźnie pokazują osmalenie i uszkodzenia jednej ze ścian budynku radaru oraz ślady prawdopodobnie akcji gaśniczej. Stan radaru nie jest znany, ale są to dość delikatne urządzenia. Możliwe są też trafienia w trzy mniejsze radary AN/TYP-2 będące częścią amerykańskiego systemu antyrakietowego THAAD. Jeden należący do wojska USA i rozmieszczony w bazie Muwaffaq Salti w Jordanii, jeden w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (obok miasta Al Ruwais) i jeden w Arabii Saudyjskiej (baza lotnicza Prince Sultan). Tylko w pierwszym przypadku jakość zdjęcia satelitarnego pozwala z dużą pewnością stwierdzić, że coś rzeczywiście się stało samemu radarowi. W dwóch pozostałych widać pobliskie trafienia, ale bez pewności co do losu anteny. Można jednak stwierdzić, że Iran z pewnym powodzeniem stara się wyeliminować najważniejsze radary przeciwnika, aby utrudnić przechwytywanie swoich rakiet.

Proste drony pozostają wyzwaniem

Odrębnym problemem są proste drony uderzeniowe w rodzaju Szached-136. Tych, które od Iranu najpierw importowali Rosjanie, a teraz sami produkują na dużą skalę i praktycznie codziennie wysyłają na Ukrainę. Są znacznie mniejsze i łatwiejsze do skrytego składowania, transportowania oraz odpalania. Amerykanie i Izraelczycy też polują z powietrza na ten element irańskiego potencjału, ale można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że będzie to trudniejsze i mniej skuteczne. Widać to po statystykach ataków, które w przypadku bezzałogowców wykazały mniejszy spadek. W czwartek państwa regionu doniosły o około setce wykrytych. To znacznie mniej niż w rekordową pierwszą dobę konfliktu, kiedy było ich około 800.

Problem jednak pozostaje. Tym bardziej, że jak wynika z danych prezentowanych przez ministerstwo obrony ZEA, państwa statystycznie najbardziej dotkniętego irańskimi atakami, system przechwytywania dronów jest mniej skuteczny niż system przechwytywania rakiet. Pomijając kwestię wiarygodności oficjalnych danych, ZEA twierdzą, że z 204 wykrytych irańskich rakiet tylko 2 spadły na terytorium ich państwa. Mniej niż procent. Reszta miała zostać przechwycona lub spaść do morza. W przypadku dronów liczby te mają wynosić odpowiednio 1072 i 71. Około 6,6 procent. W co te drony trafiły i jakie wyrządziły realne szkody, to jeszcze oddzielne pytanie, na które nie sposób na razie kompleksowo odpowiedzieć. Nie można jednak zaprzeczyć, że istnieje ciągłe zagrożenie ze strony bezzałogowców.

Do ich przechwytywania najpewniej są używane inne systemy niż w przypadku rakiet. To znacznie prostsze cele, niewymagające użycia skomplikowanych i drogich systemów antyrakietowych. Na drony polują więc głównie samoloty i śmigłowce, tak jak na Ukrainie. Tylko tam jest jeszcze dodatkowe niższe piętro systemu, czyli walka elektroniczna, drony przechwytujące oraz mobilne grupy przeciwlotnicze z działkami, karabinami i lekkimi rakietami. I to niższe piętro odgrywa istotną rolę w długotrwałej oraz oszczędnej obronie przed takim zagrożeniem. Doświadczenia Ukraińców zostały jednak właściwie zignorowane tak przez USA, jak i przez państwa arabskie. Efekt jest taki, że Ukraina ma być teraz proszona o ekspercką pomoc. Mówił o tym w czwartek prezydent Wołodymyr Zełenski, a Donald Trump temu nie zaprzeczył, mówiąc wręcz, że „przyjąłby pomoc z każdego kraju”.

Utrzymać wysokie koszty

Zarówno w przypadku rakiet, jak i dronów problem dla Izraela, USA i państw arabskich jest właściwie taki sam. Nawet bardzo ograniczone ryzyko ich pojawienia się i przedarcia przez obronę uniemożliwia powrót do normalności. Oznacza więc ciągłe koszty dla wszystkich będących celem, w postaci ograniczeń w funkcjonowaniu państwa i gospodarki. Zwłaszcza jeśli dodać do tego koszty wynikające z czasowego zawieszenia żeglugi przez cieśninę Ormuz, które spowodowało nie tyle jakieś potężne i destrukcyjne uderzenie Iranu w statki handlowe, ile głównie wzrost ryzyka takiego zdarzenia.

Taki najwyraźniej jest aktualnie cel Iranu. Przetrwanie reżimu przez trwanie pod bombami i podnoszenie kosztów wojny dla całego regionu. Tak, aby wywrzeć presję zwłaszcza na Waszyngton, aby był skłonny zakończyć operację bez doprowadzenia do trwałych zmian na szczycie irańskich władz. Najistotniejszym narzędziem w drodze do tego celu najpewniej będą ceny surowców i koszty samej wojny. Od początku nie jest ona szczególnie popularna w USA, a jeśli jeszcze wpłynie niekorzystnie na koszty życia przeciętnego Amerykanina, może stać się realnym problemem, a nie perspektywicznym sukcesem Trumpa.

Share.
Exit mobile version