Podczas transmisji z dzielnicy Pacific Heights reporterka lokalnej stacji telewizyjnej relacjonowała akcję schwytania pumy, która od kilkunastu godzin była widywana na ulicach i w pobliżu miejskiego parku. W trakcie ujęcia w tle pojawił się kojot, który bez pośpiechu przeszedł przez kadr i zniknął między budynkami. Drapieżnik nie zwrócił uwagi ani na ekipę telewizyjną, ani na obecność służb miejskich.
Nagranie szybko obiegło media społecznościowe jako scena doskonale demonstrująca przemiany miejskiej przyrody: jednego dużego drapieżnika właśnie usuwano z miasta, podczas gdy inny poruszał się po nim zupełnie swobodnie. Sama reporterka później przyznała, że takie sytuacje najlepiej pokazują nieprzewidywalność relacji na żywo i realiów pracy w terenie.
Zwierzęta przechadzają się między budynkami
Odłowione zwierzę było młodym samcem pumy, ważącym około 35 kg. Po raz pierwszy zauważono je późnym wieczorem, a kolejne zgłoszenia dotyczyły okolic jednego z parków oraz ulic o gęstej zabudowie. Ostatecznie służby znalazły drapieżnika uwięzionego w wąskiej przestrzeni pomiędzy budynkami, co wymagało zamknięcia fragmentu ulicy i przeprowadzenia akcji z użyciem środków usypiających.
Po obezwładnieniu zwierzę zostało zabezpieczone i ma zostać wypuszczone na tereny naturalne poza obszarem miejskim. Specjaliści podkreślają, że młode samce pum często podejmują długie wędrówki w poszukiwaniu własnego terytorium. W takich warunkach nawet rozległa metropolia może znaleźć się na ich trasie, zwłaszcza jeśli miasto sąsiaduje z obszarami zielonymi i pasmami wzgórz.
Kojoty to stali mieszkańcy miast
Choć obecność pumy w granicach San Francisco wciąż należy do rzadkości, kojoty od lat są tam regularnie obserwowane. Spotyka się je w parkach, na terenach zielonych, a coraz częściej także na ulicach dzielnic mieszkalnych. Zwierzęta te dobrze przystosowały się do życia w pobliżu ludzi, korzystając z łatwo dostępnego pożywienia i zielonych korytarzy łączących różne części miasta.
Na początku roku jeden z kojotów zwrócił na siebie szczególną uwagę, przepływając wpław na wyspę Alcatraz, oddaloną od lądu o około dwa kilometry. Zwierzę dotarło tam w ciągu dnia, na oczach turystów. Choć przyczyna tej wyprawy nie jest znana, przyrodnicy uznali ją za dowód dużej sprawności i zdolności adaptacyjnych gatunku.
Miasto to siedlisko drapieżników
San Francisco od dawna uchodzi za miasto, w którym dzika przyroda nie została całkowicie wyparta przez zabudowę. Najbardziej znanym przykładem są lwy morskie, które od ponad trzech dekad masowo gromadzą się przy jednym z nabrzeży, przyciągnięte obfitością ryb w zatoce. W niektórych sezonach ich liczba przekraczała tysiąc osobników, czyniąc z nich jedną z największych atrakcji turystycznych miasta.
-
Koniec z popularną turystyczną atrakcją. Na jaw wyszła cała prawda
-
Megaszkodniki z Brazylii. Nowe hybrydy zagrażają całemu światu
Mniej znanym, lecz istotnym przykładem współistnienia infrastruktury i przyrody są także tereny należące do miejskiego lotniska. Na zamkniętych dla ludzi obszarach utrzymano tam siedliska rzadkich i zagrożonych gatunków, w tym niegroźnych dla ludzi, kolorowych węży, które w innych częściach półwyspu niemal całkowicie zniknęły.
Coraz częstsze spotkania ludzi z drapieżnikami
Ekologowie podkreślają, że takie zdarzenia nie są jedynie serią przypadków. Urbanizacja, zmiany klimatu i fragmentacja naturalnych siedlisk sprawiają, że wiele gatunków uczy się funkcjonować w bezpośrednim sąsiedztwie człowieka. Miasta, oferujące schronienie, wodę i pożywienie, stają się dla nich alternatywnym środowiskiem życia.
San Francisco, z rozbudowaną siecią parków, terenów nadbrzeżnych i zielonych enklaw wciśniętych między dzielnice mieszkaniowe, jest jednym z najbardziej wyrazistych przykładów tej zmiany. Krótka scena z relacji telewizyjnej pokazała to w sposób niemal symboliczny: dzikie zwierzęta nie tylko pojawiają się w mieście coraz częściej, ale zaczynają traktować je jak własną przestrzeń.


