1.
Ewakuację wiosek wokół Czarnobyla rozpoczęto w maju 1986 roku – ale równolegle z nią zaczęły się pierwsze powroty. I pojawiło się słowo, które normalnie oznacza zboże rozsiewające się bez kontroli i udziału człowieka: samosioł. Właśnie tak bardzo szybko zaczęto nazywać wracających do zony.
Byli to bardzo dzielni ludzie, te pierwsze samosioły. Żeby wrócić do swoich wiosek, musieli iść przez lasy i bagna. Zazwyczaj szli na piechotę, forsując ogrodzenia, nieraz ze zwierzętami na postronku. Olga Juszczenko, jak wielokrotnie mi opowiadała, by wrócić do Łubianki, przełaziła przez jakieś mokradła i przez druty kolczaste; pokonywała po dwadzieścia kilka kilometrów sama przez las. I tak po wielokroć. W dodatku razem ze swoją krową żywicielką.
Potem do chatki Olgi przyjeżdżała milicja, żeby ją wyrzucić, ona płakała, ale cóż było robić – z władzą nie wygrasz, a przynajmniej nie na krótką metę. Jednak gdy tylko radzieccy milicjanci tracili ją z oczu, Olga wracała. Aż pewnego razu już nie przyjechali – upór babuszki ich przekonał. Nie było sensu tracić czasu i energii na użeranie się ze starszą kobietą. Niech sobie żyje w tej upadłej wsi, skoro już musi. A że nie zapowiada się, że to będzie długie życie? To już jej problem.
Dziadek Iwan Kuzmicz Rajenok zadanie miał ułatwione, bowiem mieszkał w wiosce Teremci, która leży nad Dnieprem. Rzeka wyznaczała granicę strefy zamkniętej, dlatego wystarczyło pod osłoną nocy przepłynąć ją łódką, żeby już być w domu. W 1986 roku z okolic Czarnobyla, z tak zwanej strefy zamkniętej, ewakuowano 165 000 ludzi. W ciągu pierwszego roku po katastrofie wróciło od 1600 do 3000 z nich. Dane są rozbieżne, bo nikt nie miał nad tym kontroli.
2.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę powiedzieć, że pierwszą samosiołką była babuszka Hania Iwanowna Czała – silna, niezależna kobieta, również z Teremci. A mówię to z taką pewnością dlatego, że Hania, kiedy ewakuowano jej wieś, nawet nie dotarła do miejsca, dokąd ją wieziono razem z innymi mieszkańcami, tylko prysnęła po drodze z autobusu. Uciekła prosto do swojego malowniczego, drewnianego domku. Zawsze, jak podkreślała i ona, i jej sąsiedzi, była bardzo niezależna. Dość szybko do wioski docierali kolejni. Hania opowiadała mi, jak na znak, że zbliża się milicja, mieszkańcy zamykali się w domach na kłódkę i udawali, że ich nie ma, lub chowali się w lesie, za wioską. Funkcjonariusze szybko zrozumieli, że przy takim uporze miejscowych nic nie wskórają – będą tracić czas, żeby się z nimi ganiać po lasach, a ci i tak wrócą. Samosiołów od początku było za dużo, żeby wszystkich aresztować za niesubordynację – albo chociaż skutecznie przepędzić.
Hania Czała przyszła na świat w czasie II wojny światowej, na wschodzie zwanej wielką wojną ojczyźnianą. W tym czasie Niemcy spalili jej wioskę, która leżała nieopodal miejsca, gdzie przeprawiali się przez Dniepr, więc lata wojenne były traumatyczne dla wszystkich mieszkańców tej miejscowości. Ale ciężkie czasy nie minęły z końcem wojny. Położona urokliwie, ale pośrodku niczego wioska znajdowała się na marginesie zainteresowań każdej władzy. Teremci długo nie mogło stanąć na nogi, odbudowywało się bardzo wolno. Zamiast sanek i zabaw na śniegu Hanna zapamiętała zimy spędzane w ziemiance, która przez pierwsze lata jej życia zastępowała spalony dom. Siedziała w niej całe zimowe miesiące, bo nie miała butów nadających się do tego, by wyjść w nich na mróz. A zimy były tam wtedy srogie i surowe do tego stopnia, że gdy jesienią spadł pierwszy śnieg, to trzymał aż do maja. Małej dziewczynce nie pozostawało nic innego, jak kulić się w ziemiance i gapić nieruchomo w płomień świecy. I mieć nadzieję, że jeśli w nocy zaśnie, to rano się obudzi.
W latach 50. życie nabrało jakichś pozorów normalności, a rodzina Hani miała już dom. Niedługo potem kobieta wyszła za mąż i urodziła dzieci. A jeszcze później przyszła katastrofa w postaci awarii w pobliskiej elektrowni. Całkowicie przeorało to życie mieszkańców wsi – dokładnie tak, jak czterdzieści lat wcześniej niemieckie wojsko, a może nawet bardziej, bo po przejściu Niemców w Teremci dało się jednak mieszkać. Niestety, nie była to ostatnia katastrofa w życiu babuszki Hani Czały. Kilka lat później zmarł jej mąż. Syn został zabity przez własną żonę w bardzo okrutny sposób – uderzeniem siekiery w szyję.
– Pora już umierać. W moim życiu nigdy nie było niczego dobrego – tak zawsze mówiła. Życie nie oszczędzało babuszki Hani; stała się więc jedną z tych starszych pań, które wiele razy powtarzały, że chcą już umrzeć – nie widziała nic, co sugerowałoby jakiekolwiek zmiany na lepsze. Kiedyś powiedziałem jej, żeby się nie martwiła, bo sprawy się jakoś ułożą. Spojrzała na mnie jak na szalonego. – Krystian – powiedziała – co się ułoży? Jestem coraz starsza, mam coraz mniej siły. Jestem sama w niemal całkiem opuszczonej wsi. Co się może jeszcze w moim życiu ułożyć?
Niestety, trudno było jej nie przyznać racji. Nie oszukiwała się złudną nadzieją. Doskonale wiedziała, że kolejne lata będą coraz trudniejsze. Aż przyjdzie śmierć. Może właśnie przez to, przez ten jej smutek i to jej ciężkie życie, bardzo dbałem, żeby ją zawsze odwiedzać. Kiedy po raz pierwszy przyjechaliśmy do niej z pomocą, a było to w roku 2017, zadaliśmy jej głupie pytanie, czy inni turyści, tacy jak my, ją odwiedzają. – Turyści to jeżdżą do Wasyla, nie do mnie – odparła od razu. I dobrze wiedziała, dlaczego tak się dzieje.
Wasyl, również mieszkaniec Teremci, miał gadane, a także lekką rękę do nalewania trunków. Był towarzyski jak diabli. Hania czuła się tak zmęczona życiem, że nie znajdowała w sobie siły na żadną z tych rzeczy. Z Wasylem też wiąże się wiele ciekawych historii: on lubił gadać, ale nie o przeszłości, choć bez wątpienia wiele widział. Kiedy tylko jego żony nie było w okolicy, język od razu mu się wyostrzał. Lubił zakląć. Lubił się pośmiać i zaprosić nawet po trzydzieści osób do swojego domu na zakrapianą imprezę. Zdarzało się to dość rzadko – rzadko przecież przyjezdni w ogóle trafiali do samosiołów. W pierwszych latach mojej działalności prawie w ogóle do nich nie jeździli. Wszyscy tylko Prypeć i elektrownia. Zmieniło się to kiedy razem z moim kolegą, Amadeuszem Kocanem, wypuściliśmy pierwszy film z serii „Ostatni ludzie Czarnobyla” – szybko zyskał popularność, a temat samosiołów zaczął wzbudzać w ludziach ciekawość. Od tamtej pory wszyscy pytali nie tylko o Prypeć czy elektrownię, ale także o to, czy odwiedzimy babuszkę.
3.
Spędzaliśmy z miejscowymi już na tyle dużo czasu, przyglądając się przy okazji ich życiu i przysłuchując ich rozmowom, że zaczęliśmy powoli orientować się w panujących w wioskach stosunkach. I tu zauważyłem coś ciekawego: o Hani Czale, pierwszej samosiołce, inne babuszki z Teremci wypowiadały się dość powściągliwie, choć z niemożliwą do ukrycia niechęcią. Ona nie rozmawiała z nimi, one nie miały do czynienia z nią. W ostatnich latach jedynie Halina, córka mieszkającej niedaleko babuszki Tatiany, i Wasyl co jakiś czas wpadali do jej chatki z jakimiś produktami, wodą ze studni lub żeby jej narąbać drewna – sama nie była już w stanie. Ale bywało, że przez długie miesiące nikt do niej nie zaglądał.
Nie wiem, co takiego zrobiła Hania innym babciom, że została objęta cichą, wioskową anatemą. Może chodziło po prostu o jej lekko zadziorne, niespokojne usposobienie? Może czymś się naraziła? A może – jak to bywa w wiosce – nikt już tego nie pamiętał, ale dawna zadra została w ludziach i żyła swoim życiem? Podobno za młodu Hanna miała trudny charakter, ale kiedy to było? Pół wieku temu? Przez trzydzieści lat samotności, która wdarła się do życia kobiety po odejściu męża i po śmierci syna, po cichu zakradała się też do niej depresja. I to taki rodzaj depresji, o jakiej żadne z nas nie ma pojęcia – podszyta osamotnieniem, zaprawiona niczym żółcią wielokrotnie powtarzaną przez Hanię myślą, że życie jej się nie udało. Że jej życie to pasmo ciągłych katastrof: wojna, awaria, ewakuacja, śmierć męża, pogarszające się zdrowie psychiczne i fizyczne. A na koniec kolejna wojna. W tych wspomnieniach Hani towarzyszyły zawsze jej wiekowy kot i pies, z którymi mieszkała w Teremci – jedyne stałe punkty w jej życiu.
Podczas każdego z wyjazdów nalegałem, żeby odwiedzić właśnie jej chatkę, bo wiedziałem, że jeśli my nie przyjedziemy, to nie przyjedzie też nikt inny. Zjawiliśmy się któregoś razu sporą grupą, w domu zrobił się gwar. Hania może nie była gadatliwa, ale to nie oznaczało, że nie lubiła gości. Jeśli ktoś ją o coś zapytał, zawsze chętnie odpowiadała; obecność drugiego człowieka sprawiała jej przyjemność. Otoczyliśmy ją wtedy, zajęła swoje wysiedziane miejsce na dużej sofie, postawionej naprzeciwko telewizora. Słuchaliśmy opowieści o mozolnych powrotach do wioski, kiedy rozległo się drapanie u drzwi. Do pomieszczenia wszedł pies, a zaraz za nim kot. Pies poszedł gdzieś pod piec, a kot usiadł nieruchomo i zaczął pilnie wpatrywać się w jednego z gości, który siedział obok Hani. Gapił się z wyczekiwaniem, jakby chciał mu coś powiedzieć. I to niekoniecznie coś uprzejmego. – Czego on ode mnie chce? – zapytał w końcu tamten, przewiercony na wylot kocim spojrzeniem. – Siedzisz na jego miejscu – wyjaśniłem. – Masz z niego spierdzielać. Mężczyzna wstał, a kot od razu skoczył i usadowił się przy swojej właścicielce.
Obok zawsze leżały też książki i okulary; z braku innych zajęć kobieta czytała po kilka razy te same tytuły. W końcu zacząłem jej przywozić kupione w Iwankowie lokalne gazety. Czytała zatem książki i gazety, a u jej boku mruczał kot. Towarzystwo obu zwierząt było wielką ulgą w samotności Hani, więc bardzo ciężko przeżyła zaginięcie kota. Ten pewnego dnia po prostu wyszedł i nigdy już nie wrócił. Jak Fiodor. Może zjadły go wilki? Któregoś razu Hania przewróciła się w chacie, przez wiele godzin leżała, nie mogąc się podnieść. Uratowało ją przyjście Wasyla – zupełnie przypadkiem wpadł akurat tego dnia. Gdyby zajrzał do niej kilka dni później, mógłby zastać trupa. Kilka razy wypadek się powtórzył, aż zabrano ją do szpitala w Iwankowie. Tam przeleżała dwa tygodnie. A potem – zniknęła nam z radaru. Było to dla mnie duże zmartwienie. Bardzo ją polubiłem, więc chciałem wiedzieć, co się stało. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że może nie żyć. Z drugiej jednak strony, ona nigdy nie opuszczała swojej posesji, więc gdzie mogła się podziać? Od dłuższego czasu na drzwiach po zewnętrznej stronie wisiała kłódka, więc na pewno nie zamknęła się w środku. Pytałem i ludzi w jej wiosce, i ludzi w administracji, ale bardzo długo nikt nie wiedział, co się stało z Hanią Czałą i gdzie może być.
4.
Szukaliśmy jej przez kilka miesięcy. Zniknęła, jakby rozpływając się w powietrzu. Wciąż słyszalny sygnał w słuchawce oznaczał, że jej telefon był włączony i regularnie ładowany, ale nikt nie odbierał. Październik zdążył przepoczwarzyć się w styczeń, mijały kolejne tygodnie. Aż w końcu Wasyl przyniósł skądś wiadomość, że ze szpitala przeniesiono Hanię do domu starców. Do którego? Mężczyzna wzruszył ramionami – wiedział tylko, że gdzieś niedaleko strefy. Zapytałem wujka Google’a, gdzie są domy spokojnej starości w okolicy zony. Znalazłem informacje o dwóch takich placówkach: w Hornostajpolu i w Prybirsku. Hornostajpol znajduje się niemal na samej granicy Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, na trasie do Stracholesia. To właśnie do tej wioski skierowaliśmy się więc w pierwszej kolejności.
Był mroźny wieczór; dodatkowo w tamtym czasie dopiero zaczynałem samodzielnie posługiwać się surżykiem – typowym dla Ukrainy miksem języków ukraińskiego i rosyjskiego. Nie potrzebowałem już tłumacza. Choć wciąż nie czułem, że stąpam po pewnym terenie, rozumiałem wiele i byłem w stanie sklecić pojedyncze, proste zdania. Dotarliśmy na miejsce. Powiedziałem do ochroniarza, takiego dobrotliwego starszego gościa, że zaginęła nam czarnobylska babuszka, i spytałem, czy nie ma u nich Hani Czały. Dziadek okazał się bardzo pomocny, zadzwonił, gdzie trzeba, żeby sprawdzono na liście, ale nikogo o takim nazwisku u nich nie było. Pojechaliśmy więc do Prybirska.
Noc już wisiała nad wioską i dawno minęła godzina odwiedzin, więc przekraczając próg domu starców, byłem pełen obaw. Znaleźliśmy się w szerokim korytarzu, po którego obu stronach siedzieli wiekowi mieszkańcy tego miejsca, wpatrzeni w stareńki telewizor kineskopowy. Niemal natychmiast namierzyłem wzrokiem pracowniczkę placówki, rozpoznając ją po fartuszku żywcem wyjętym z lat 80., więc od razu podszedłem w jej stronę, mijając wszystkich staruszków. Niestety, z milutkim ochroniarzem z Hornostajpola nie miała ona nic wspólnego. Opierniczyła nas z góry na dół za włażenie do ośrodka o późnej porze, bo „co to ma być, proszę w tej chwili wyjść i wrócić rano”. Wyjaśniłem, że rano to my będziemy daleko stąd, bo wracamy już do Polski, a chcieliśmy tylko zapytać o naszą babuszkę. Towarzyszący mi kumple, Amadeusz i Maciek, coś tam pomrukiwali za moimi plecami i ciągnęli mnie za rękaw. Byłem zajęty próbą wyjaśnienia niemiłej pani, że nic złego nie robimy, bo chcemy tylko uzyskać informacje. Wtedy, podenerwowany, że ciągle mnie wołają, odwróciłem się i zobaczyłem ją… Babuszka Hania Czała we własnej osobie.
Mieliśmy na sobie mundury, które nosiliśmy w strefie, a ona rozpoznała mnie po samych plecach, ale była tak przejęta, że nie potrafiła wydobyć z siebie słowa; rozpłakała się. A mnie zamurowało. – To pani… – powiedziałem tylko. Wyjaśniliśmy jej przez te łzy wzruszenia, że bardzo się o nią martwiliśmy; szukaliśmy jej od dobrych kilku miesięcy. Była w ciężkim szoku, że ktoś się nią przejmował, naprawdę odebrało jej mowę. Ale jednocześnie pracowniczka tego zacnego miejsca nie dawała o sobie zapomnieć i krzykiem próbowała nas przegonić. Widząc, co się dzieje, inni staruszkowie z tej placówki stanęli w naszej obronie, co chyba jeszcze bardziej ją zacietrzewiło. Krzyki obu stron się nasilały. Pracowniczka powiedziała, że zadzwoni do dyrektora, a on na pewno wezwie policję. Zadzwoniła… i zmiękła, bo przełożony bez problemu zgodził się, żebyśmy zostali. Porządny chłop z niego był, jak się okazało.
Kiedy w końcu udało nam się usiąść w osobnym pokoju, Hania umiała już wydobyć z siebie słowa. Bardzo ją zaskoczyliśmy, nie miała pojęcia, jak udało nam się ją znaleźć. A czemu nie odbierała telefonu? Kiedy ją o to zapytałem, wsunęła na nos okulary i sięgnęła po swoją starodawną komórkę. Oczywiście, na ekranie świeciły się powiadomienia o dziesiątkach nieodebranych połączeń. Jak to babcia – powiadomień nie sprawdzała, bo jej umiejętność obsługi telefonu kończyła się na odebraniu połączenia, gdy ktoś dzwonił. Pech chciał, że dzwoniłem zawsze wtedy, gdy była na spacerze. Zwyczajnie nie słyszała.
Od tej pory podczas każdego kolejnego wyjazdu z pomocą humanitarną zahaczaliśmy o dom starców w Prybirsku. Zrobiliśmy to również w dniu urodzin Hani. W Iwankowie, pobliskim miasteczku, kupiłem tort i parę drobiazgów; przywiozłem też dla niej album ze wszystkimi zdjęciami, które jej zrobiliśmy. Do tego oczywiście zabraliśmy masę jedzenia, to nieodłączny element wizyt u każdej czarnobylskiej babuszki. Hania była zaskoczona tym, że ktokolwiek pamiętał o jej urodzinach. Tym bardziej, że… sama je przegapiła. – Dwa dni temu miałam urodziny – powiedziała. – Ale to dziś ma pani urodziny. Niech pani spojrzy na kalendarz.
Widziałem, że jest zadowolona i szczęśliwa, zwłaszcza z albumu, bo mogła powspominać swój dawny dom. – Jak umrę, chcę być pochowana razem z nim. Strasznie żaliła się na dom starców i zapytała, czy możemy ją zawieźć do jej chatki w Teremci. Tam chciała dożyć reszty swoich dni. Bardzo kochała to miejsce – i wioskę, i swój dom. – Przecież pani sobie tam nie poradzi… – powiedziałem zgodnie z prawdą. – A ile mi jeszcze życia zostało? – odrzekła. – Owszem, zajmują się mną, ale nic nie mogę, nic tu nie jest moje. Moje jest tylko to, co zostało w Teremci. Tam chciałabym umrzeć i zostać pochowana.
Niestety, tej prośby babuszki nie mogliśmy spełnić. Hania, wbrew własnej woli, została w domu starców. W trakcie naszej ostatniej rozmowy przed jej śmiercią babuszka powiedziała gorzko: – W czasie wojny się i urodziłam, i w czasie wojny umrę. Zmarła w czerwcu 2022 roku. Zostawiła po sobie album ze zdjęciami i trochę wspomnień. Tylko tyle.
Krystian Machnik – Polski podróżnik, reportażysta i pasjonat wszystkiego, co związane ze zjawiskiem radioaktywności. W Czarnobylu spędził ponad 430 dni, dokumentując ślady katastrofy z 1986 roku oraz pomagając ostatnim mieszkańcom Strefy Wykluczenia.


