
Zastrzelenie przez agentów federalnych Alexa Prettiego przekształciło się w poważny dla Donalda Trumpa kryzys polityczny – relacjonuje Reuters. Dlatego cztery dni po tragedii wyraźnie widać, że prezydent zmienia kurs.
Po pierwsze Donald Trump zapowiedział, że w sprawie śmierci 37-letniego pielęgniarza odbędzie się „honorowe i uczciwe” śledztwo, a on sam będzie obserwował cały proces.
Minneapolis. Agent Ross nie został ukarany
Zupełnie inaczej było, kiedy agent federalny Jonathan Ross zastrzelił Amerykankę Reene Good. Sprawa natychmiast wzbudziła ogromne kontrowersje.
Mimo wątpliwości związanych z jego interwencją agent nie usłyszał żadnych zarzutów karnych, a decyzja, by zablokować dochodzenie wobec niego przyszła z samej góry – z Departamentu Sprawiedliwości.
Tom Homan zamiast Grega Bovino. Uspokoi sytuację?
Teraz zmiana kursu widoczna jest nie tylko w kwestii śledztwa. Doszło też do ważnej zmiany personalnej. Dotychczasowego szefa straży granicznej Border Patrol Grega Bovino usunięto nie tylko z Minneapolis, ale – jak donoszą amerykańskie media – z zajmowanego stanowiska.
Bovino zasłynął z twardej ręki, militarystycznego podejścia oraz bezrefleksyjnej obrony działań agentów federalnych. W przypadku śmierci Alexa Prettiego winą obarczył ofiarę. Twierdził, że był on terrorystą, który miał zamiar przeprowadzić „masakrę” funkcjonariuszy, dlatego ci „strzelali w obronie własnej”. Całkowicie przeczą temu nagrania z tragedii.
Teraz do Minneapolis w stanie Minnesota udał się Tom Homan – nominowany przez Donalda Trumpa „carem granicy” oraz były szef ICE za czasów pierwszej kadencji Donalda Trumpa oraz w trakcie pierwszej kadencji Baracka Obamy.
Homan udał się do miasta, które stało się zarzewiem konfliktu rozpalającego dziś USA, by współpracować z lokalnymi władzami. Donald Trump stwierdził, że Homan „neutralna postać”, którą w Minnesocie „zna i lubi wielu ludzi”.
Choć obiektywnie trudno uznać Homana nadzorującego politykę wobec imigrantów za postać neutralną, to według Reutersa jego działania mają doprowadzić do uspokojenia sytuacji panującej w mieście, co „ma być częścią szerszego resetu”.
„Republikański prezydent stoi bowiem w obliczu rosnącej presji politycznej, aby złagodzić agresywną taktykę deportacyjną jego administracji” – pisze Reuters.
Donald Trump w obliczu rosnącej presji. Republikanie atakują szefową DHS
Donald Trump musi mierzyć się nie tylko ze wściekłością Amerykanów, protestujących na ulicach i oskarżeniami demokratów. Problemem jest podział i niezadowolenie w jego własnym środowisku politycznym.
Dwoje senatorów republikańskich (Thom Tillis oraz Lisa Murkowski) otwarcie wezwało do usunięcia z urzędu szefowej Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego (dalej DHS) Kristi Noem, nie zostawiając na niej suchej nitki.
– To, co zrobiła w Minnesocie powinno być dyskwalifikujące. To amatorka – powiedział Thom Tillis, dodając, że działania szefowej DHS stawiają w złym świetle samego prezydenta Donalda Trumpa. Do odejścia Noem wezwali też demokraci, zaś ponad połowa kongresmenów partii podpisała się pod wnioskiem o wszczęcie przeciwko niej procedury impeachmentu.
Trump na razie broni podwładnej, zapewniając, że nie zamierza jej odwoływać.
Środowisko republikanów spiera się o broń. „To szokujące”
Jednak kryzys w środowisku republikanów po śmierci Alexa Prettiego nie dotyczy wyłącznie „amatorskich” działań urzędników stojących na czele służb migracyjnych. Rozgrywa się o kwestię, którą partia zawsze niosła na sztandarach, czyli prawo do powszechnego dostępu do broni.
Nominaci Donalda Trumpa, w tym on sam, tuż po śmierci 37-latka zaczęli winić go, że podczas protestu miał przy sobie broń.
– Pretti na pewno nie powinien mieć przy sobie broni – powiedział prezydent USA.
Jeszcze ostrzej wypowiadał się wspomniany wcześniej szef pograniczników Greg Bovino, twierdząc, że Pretti zamierzał przeprowadzić „masakrę” na jego podwładnych, a dowodem jest broń, którą miał przy sobie. Wtórowała mu szefowa DHS Kristi Noem. Z kolei dyrektor FBI Kash Patel, wskazywał, że 37-latek nie powinien był mieć broni podczas protestu.
Amerykanin nie złamał prawa. Zgodnie z prawem stanowym legalnie posiadł pistolet i mógł mieć go przy sobie także w tracie protestu. Nie ma też żadnych dowodów, które wskazywałyby, że próbował użyć broni przeciw funkcjonariuszom.
– Jest to dla mnie dość szokujące, że teraz nominaci Donalda Trumpa używają przykładu legalnego posiadacza broni jako uzasadnienia dla użycia siły – komentowała spór Megan Walsh, profesor z University of Minnesota Law School, która specjalizuje się w drugiej poprawce do Konstytucji USA.
Politolog z USA: To dla republikanów wewnętrznie sprzeczne i politycznie ryzykowne
Ostry sprzeciw wyraziły organizacje propagujące prawo do posiadania broni, które dotychczas stawały u boku Donalda Trumpa, m.in. niezwykle wpływowa konserwatywna organizacja – Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie Ameryki (dalej NRA), które uznało wypowiedzi przedstawicieli administracji za „niebezpieczne i sprzeczne z konstytucją” – podkreślając, że prawo do noszenia broni nie wygasa podczas dołączenia do protestu.
– To dość czytelna hipokryzja. Obóz Trumpa i szerzej amerykańska prawica od lat budują swoją tożsamość na tezie, że prawo do noszenia broni jest fundamentalne i że legalny posiadacz broni nie powinien być z tego powodu traktowany jak zagrożenie – ocenia w rozmowie z Interią prof. Dominik Stecuła, politolog z Ohio State University.
Jak wskazuje, próba przerzucenia na ofiarę winy dlatego, że w trakcie protestu miała przy sobie broń, dla republikanów jest nie tylko wewnętrznie sprzeczne, ale także ryzykowne politycznie. Jak wytłumaczyć to wyborcom popierającym drugą poprawkę?
Amerykanie coraz gorzej oceniają politykę migracyjną
Tymczasem jesienią tego roku odbędą się tzw. wybory połówkowe, które mogą odebrać republikanom kontrolę nad Kongresem. Niepokoje społeczne i wewnętrzny konflikt dodatkowo pogarszają aktualne notowania obozu Trumpa.
Ostatnie badanie opinii publicznej pokazały, że rośnie liczba Amerykanów, którzy coraz gorzej oceniają bieżące działania. Najnowszy sondaż Ipsos dla Reutersa wskazuje, że poziom aprobaty dla polityki imigracyjnej prezydenta Donalda Trumpa jest najniższy od początku jego drugiej kadencji. Wyniki wskazują, że 39 proc. respondentów deklaruje poparcie dla tej polityki, natomiast 53 proc. wyraża brak aprobaty.
„Biały Dom nie tylko nie osiągnął swych strategicznych celów polegających na masowym usuwaniu imigrantów z rejonu Minneapolis oraz tłumieniu sprzeciwu politycznych przeciwników administracji poprzez siłę, lecz także znacząco stracił poparcie społeczne w kwestii, która dotychczas przysparzała mu zwolenników” – podsumowuje w felietonie dla „The New York Timesa” Jamelle Bouie.

