Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. Co piątek w ramach cyklu „Interia bliżej świata” publikujemy najciekawsze teksty opiniotwórczych zagranicznych gazet. Założony w 1877 r. dziennik „The Washington Post”, z którego pochodzi poniższy artykuł, to najstarsza gazeta w USA. Jej dziennikarze 73-krotnie zdobywali nagrodę Pulitzera.
Niewiele skarg można w Rangunie wypowiadać otwarcie.
Miasto znajduje się pod czujnym nadzorem wojskowych generałów Mjanmy. Informatorzy czają się w herbaciarniach i w autorikszach. Wyprodukowane w Chinach kamery monitoringu skanują skrzyżowania w poszukiwaniu nietypowej aktywności. Z tygodnia na tydzień – jak twierdzą organizacje obywatelskie – więzienia coraz bardziej zapełniają się ludźmi oskarżonymi o krytykowanie reżimu.
Ci, którym dotąd udało się przetrwać w mieście, wiedzą, że lepiej trzymać język za zębami. Dlatego zaskoczyło mnie, że istnieje jedna uciążliwość tak powszechna i frustrująca, iż nie da się jej stłumić: ograniczenia importu.
Braki w sklepach i astronomiczna inflacja
Aby zdławić grupy rebelianckie, w ciągu ostatniego roku wojsko znacznie ograniczyło napływ towarów z zagranicy. Te restrykcje uderzyły najmocniej w Rangun – największe miasto i krajowe centrum handlu. Od sklepikarzy i dyplomatów po taksówkarzy
i urzędników ONZ – każdy miał jakąś historię.
W sklepach zabrakło Coca-Coli, bo fabryki nie były w stanie sprowadzić zastrzeżonej receptury z zagranicy. W niektórych lokalach KFC, gdy skończyły się saszetki z sosem, zaczęto rozdawać zestaw lokalnych sosów w plastikowych woreczkach.
Coraz częściej – jak mówili ludzie – jedynym sposobem na zdobycie zmywacza do paznokci, płynu do soczewek, karmy dla kotów czy tamponów jest poproszenie rzadkiego gościa z zagranicy, by przemycił je w bagażu. Niecały funt drożdży kosztował kiedyś 2 tys. kiatów, czyli nieco poniżej dolara. Teraz na czarnym rynku cena jest 10-krotnie wyższa – przekazał handlarz towarów sypkich.
Od czasu gdy pięć lat temu armia Mjanmy przejęła władzę w brutalnym zamachu stanu, stopa inflacji w kraju – według Banku Światowego – utrzymuje się na poziomie od 20 do 40 procent.
Mjanma prawie jak Korea Północna
Relacjonuję wojnę domową w Mjanmie od 2022 roku, opisując bolesne i drastyczne świadectwa wojskowych represji. Więźniowie polityczni skazywani są na śmierć pomimo apelacji. Dzieci giną w masowych nalotach. Młodzi mężczyźni uciekają przed poborem do wojska przez porośnięte dżunglą wzgórza.
Wojsko próbowało ukryć te historie, blokując wjazd zagranicznych dziennikarzy do kraju. Jednak w ostatnim miesiącu pozwolono niektórym z nas wrócić na podstawie wiz krótkoterminowych – pod pretekstem relacjonowania przygotowań wojska do organizacji wyborów.
Wszystkie organizacje obywatelskie, z którymi rozmawiałam, twierdziły, że wybory nie będą ani wolne, ani uczciwe. Jeszcze zanim oddano pierwsze głosy, było niemal pewne, że Partia Solidarności i Rozwoju Związku – polityczna przybudówka wojska – odniesie miażdżące zwycięstwo. I tak się stało.
Mimo to możliwość obserwacji kontrolowanych przez wojsko obszarów Mjanmy była rzadką i cenną okazją. Dlatego w czwartkowy wieczór pod koniec stycznia znalazłam się na lotnisku w Rangunie jako jedyny pasażer mojego lotu – i, jak się wydawało, wszystkich innych lotów – kierując się do stanowiska celnego z napisem „FOREIGNER” (pol. obcokrajowiec). Oficer dyżurny, poderwany z ławki, zrobił mi zdjęcie zarówno aparatem, jak i telefonem, po czym machnął ręką, żebym przeszła.
Był to pierwszy z wielu przypadków w ciągu tygodnia, gdy reżim rejestrował mój wizerunek. Policjanci i oficerowie wywiadu wojskowego otwarcie robili zdjęcia, gdy odwiedzałam lokale wyborcze w dniu głosowania. Podczas wiecu zorganizowanego przez prowojskowych, ultranacjonalistycznych mnichów buddyjskich musiałam przerwać wywiad w połowie, ponieważ mnich, z którym rozmawiałam, zaczął mnie nagrywać, trzymając telefon tak blisko mojej twarzy, że nie mogłam nic zobaczyć.
Podobnie jak inni dziennikarze, nie miałam pozwolenia na wjazd do spornych regionów kraju, takich jak Sikong czy Magwe, które junta bombardowała nawet w czasie wyborów. Nie wolno mi było też udać się do zachodniego stanu Rakhine, gdzie ponad 100 tys. Rohindżów żyje w zrujnowanych obozach będących w praktyce więzieniami.
Mieszkańcy Rangunu podkreślali, że miasto jest „bańką”, odizolowaną od najgorszych cierpień kraju. Jednak w tym samym zdaniu narzekali na ceny żywności, leków i prądu. Zrozumiałam, że ta frustracja jest częścią głębszego nastroju panującego w Mjanmie: wyczerpania.
Demokratyczny świat zapomniał o Mjanmie
Międzynarodowe wsparcie dla prodemokratycznego ruchu w tym kraju, w tym ze strony Stanów Zjednoczonych, słabnie. W takich miejscach jak Rangun perspektywa obalenia generałów wydaje się odległa. Wielu ludzi próbuje – lub próbowało – opuścić kraj. A ci, którzy nie mogą, desperacko liczą na jakąkolwiek zmianę, która choć trochę ulżyłaby codziennym trudom.
– Dosyć tego – powiedział łysy, zgarbiony 44-letni handlarz, który, podobnie jak wielu innych mieszkańców, zgodził się ze mną rozmawiać tylko pod warunkiem zachowania anonimowości ze strachu przed represjami ze strony wojska.
W swoim biurze w centrum Rangunu wskazywał na mapie różne szlaki handlowe, które zostały zamknięte przez wojsko. Jego głos podnosił się z niedowierzania. Powiedział, że ma pięć kontenerów z elektroniką, które utknęły w Chinach, bo reżim odmawia mu wydania licencji importowych.
– Polityka to polityka. Naprawcie gospodarkę – rzucił ostro. – Ludzie muszą żyć. Pracuje dla mnie ponad 50 osób. Oni muszą jeść. Mają dzieci, które muszą jeść.
W okresie poprzedzającym wybory konsultanci ds. bezpieczeństwa, dyplomaci i analitycy spodziewali się fali przemocy wymierzonej w wojsko. Sądzili, że grupy oporu będą zabijać prorządowych kandydatów, detonować domowe ładunki wybuchowe w lokalach wyborczych albo urządzać zasadzki na wojskowe konwoje przewożące karty do głosowania.
Tymczasem podczas trzech tur głosowania nie doszło praktycznie do żadnych incydentów. Najwyższy rangą generał, Min Aung Hlaing, swobodnie poruszał się między lokalami wyborczymi w Rangunie.
– Patrząc na to, jak potoczyły się wydarzenia… wojsko zebrało ogrom informacji o ruchu oporu. Ma powody, by czuć się pewniej – powiedział Min Zin, szef Instytutu Strategii i Polityki w Mjanmarze, think tanku z siedzibą w Tajlandii.
Pod koniec mojego pobytu w Mjanmie spotkałam sprzedawcę rowerów i części rowerowych. Pod oczami miał ciemne, sine worki. Powiedział, że od pięciu miesięcy czeka na licencję importową. Próbował sprowadzać towar przez lądową granicę z Tajlandią, ale ostatnio niemal każdą przesyłkę konfiskowało wojsko. Przynajmniej – dodał ze śmiechem – nie było wielkiego popytu. Przed zamachem stanu sprzedawał 10 rowerów dziennie. Teraz zdarzają się długie okresy, kiedy nie sprzedaje ani jednego.
Gdy kończyliśmy kawę, zapytałam, dokąd się teraz wybiera. Westchnął. Powiedział, że idzie spotkać się z pośrednikami, którzy pomagają wręczać łapówki dla wojska. Za każde 70 centów towaru, który chce sprowadzić, armia żąda dolara.
– Jest najgorzej, odkąd pamiętam – stwierdził.
Sprzedawca rowerów zebrał swoje rzeczy i spojrzał na zegarek. Zmęczonym krokiem wrócił na ulice Rangunu.
Tekst przetłumaczony z „The Washington Post”.
Tłumaczenie: Monika Bortnowska


