W porównaniu z obecną sytuacją kanclerza Friedricha Merza, ta Aleksandra Macedońskiego prezentowała się mało skomplikowanie. Chcąc udowodnić, że jego przeznaczeniem jest władanie całą Azją, Macedończyk po prostu przeciął węzeł gordyjski. Nikt też nie śmiał mu zarzucić, iż oszukuje, bo renoma armii, którą Aleksander dowodził, była powszechnie znana, a on sam bardzo sprawnie operował mieczem.
O takim luksusie Friedrich Merz może jedynie pomarzyć, mierząc się z problemami, wydającymi się wręcz nie do rozwiązania. Musi bowiem poluzować restrykcje nałożone na najbardziej emisyjne gałęzie gospodarki i jednocześnie wymusić na nich radykalną redukcję emisji CO2.
Poza tym powinien dać nadzieję szefom koncernów, iż Zielony Ład zostanie zmodyfikowany. A koalicjantów z SPD utwierdzić w przekonaniu, że będzie realizowany. Ma też na głowie narastający w CDU bunt przeciwko polityce klimatycznej, co zaczyna cieszyć się poparciem wyborców. Czym też wabi ich AfD.
Reasumując, kanclerz Merz powinien odejść od Energiewende ale tak, by przy niej pozostać. I na dokonanie tego ma jakiś rok, ponieważ cierpliwość zwykłych ludzi się wyczerpuje i porażki mu nie wybaczą.
Domknięcie kwadratury koła
Początkiem wychodzenia Niemiec z recesji i odzyskiwania przez ich gospodarkę konkurencyjności miał być wielki program subsydiowania systemu energetycznego, który ruszył z początkiem roku.
Wydając ponad 29 mld euro z budżetu, rząd Merza zamierza znacząco obniżyć ceny prądu dla przemysłu i obywateli. Ale to tylko pierwszy krok, co gorsza nie prowadzący do wyrwania się z zapętlenia, w jakim znalazła się niemiecka polityka klimatyczna. Tymczasem wspomniana pętla się zaciska.
Oto 29 stycznia 2026 r. Federalny Sąd Administracyjny w Lipsku odrzucił skargę rządu na orzeczenie sprzed dwóch lat i prawomocnie potwierdził, że władze RFN nie realizują obowiązującej ustawy o ochronie klimatu. Przyznając tym rację organizacji ekologicznej Deutsche Umwelthilfe (DUH), która wniosła pozew.
We wspominanej ustawie zapisano, że Niemcy do 2030 r. ograniczą emisję gazów cieplarnianych o co najmniej 65 procent w porównaniu z rokiem 1990. Niegdyś wydawało się to drobiazgiem, dziś ten drobiazg ma wagę ok. 200 mln ton dwutlenku węgla.
Rząd, realizując wyrok sądowy, powinien zmusić Niemców, żeby w ciągu pięciu najbliższych lat o tyle właśnie zredukowali swoją emisję CO2. Zważywszy, że wynosi ona obecnie ok 640 mln ton, redukcja musiałby wynieść ok. 31 proc.
Tymczasem w ostatnich latach, choć w Niemczech produkcja energii elektrycznej zmalała o podobną wielkość, a produkcja przemysłowa jest już o ok. 14 proc. niższa niż w roku 2018, wielkość emisji dwutlenku węgla stanęła właściwie w miejscu.
Spadki oscylują w granicach kilku procent. Wszystko, co się dawało zredukować, przycięto do samych kości i kończą się pomysły na dalsze cięcia. Na łamach „Der Spiegel” publicysta ekonomiczny Arvid Haitsch stwierdził, że jedyną szansą aby wykonać wyrok sądu jest zmuszenie Niemców by… wolniej jeździli samochodami i rzadziej z nich korzystali.
„Reszta świata pokazuje, jak dobrze można z tym żyć” – twierdzi autor. Dodając, że „ograniczenie prędkości do 130 km/h niewiele by dało, ale maksymalne 120 km/h – już tak – zwłaszcza, jeśli jednocześnie obniży się obecne ograniczenie prędkości na drogach wiejskich ze 100 do 80 km/h”.
Kłopot w tym, że koalicja „sygnalizacji świetlnej” SPD-FDP-Zieloni próbowała przeforsować taki projekt trzy lata temu. Wzbudzając nim tak wielką wściekłość wyborców, iż pośpiesznie się z niego wycofano.
Tymczasem rząd Merza po wyroku sądu, zgodnie z ustawą o ochronie klimatu, ma obowiązek niezwłocznego przedstawienia planu przyśpieszenia redukowania emisji CO2 w energetyce, przemyśle, transporcie, budownictwie i rolnictwie. Tak aby w 2030 r. osiągnąć założony cel.
Jak na razie w berlińskim Urzędzie Kanclerskim i ministerstwach zapadło milczenie. Bo owe 30 proc. redukcji dałoby się szybko uzyskać, pozwalając na dalszą relokację przemysłu z Niemiec, wygaszając elektrownie zasilane węglem i gazem oraz likwidując rolnictwo. Ale tego Friedrich Merz jednak by nie chciał, zważywszy, że byłby to koniec Niemiec jakie znamy.
Najprostszym rozwiązaniem byłaby nowelizacji przyjętej w grudniu 2019 r. ustawy o ochronie środowiska (Das Bundes-Klimaschutzgesetz), dostosowująca ją do ekonomicznych i politycznych realiów. Wówczas wyrok Federalnego Sądu Administracyjnego straciłby swoje znaczenie.
Kłopot w tym, że dla SPD polityka klimatyczna jest świętością, stanowiącą rdzeń programu partii. Jednocześnie socjaldemokraci znaleźli się pod ogromną presją Partii Zielonych, innych ugrupowań lewicowych oraz organizacji ekologicznych. Te żądają, aby nie wyrazili zgody na cofnięcie się rządzącej koalicji nawet o krok, tylko przyśpieszyli marsz ku neutralności klimatycznej.
„Greenpeace domaga się zatem, aby rząd niemiecki przyspieszył wycofywanie węgla do 2030 roku, czyli o osiem lat, i podjął decyzję o wycofaniu gazu do 2035 roku” – donosił „Die Tageszeitung” (TAZ).
Tymczasem w łonie CDU, przed zaplanowanym na 21-22 lutego 2026 r. zjazdem partii, który wybierze nowego przewodniczącego (zapewne znów zostanie nim Friedrich Merz), zawiązała się „frakcja rewolucyjna”.
Wspólnie stworzyli ją przedsiębiorcy, przedstawiciele wielkiego biznesu oraz związków zawodowych. To, co ogłosili w swej deklaracji programowej 23 stycznia, „Der Spiegel” opatrzył alarmującym tytułem: „Te siły chcą przerobić CDU na partię antyklimatyczną”.
Jak donosiła gazeta, „nawet bogata w ropę Arabia Saudyjska nie posunęła się tak daleko: dwie główne frakcje CDU chcą porzucić cel neutralności klimatycznej„. Ten wielki szok wywołały postulaty znaczącego rozluźnienia w Niemczech gorsetu polityki klimatycznej aby obniżyć jej koszty dla gospodarki. A także: „zniesienia europejskiego celu neutralności klimatycznej do 2050 roku”.
Towarzyszyć temu miałoby kierowanie się nie statystykami ukazującymi emisję gazów cieplarnianych lecz zasadami: „elastyczne cele zamiast sztywnych ścieżek, otwartość technologiczna zamiast ideologii”.
Przeforsowanie na zjeździe CDU przez „frakcję rewolucyjną” takiego programu oznaczałoby, że dni koalicji z SPD są już policzone. Ale Merz zachował się jak na starego, politycznego wyjadacza przystało. Oddelegował dwóch wiceprzewodniczących partii Karla-Josefa Laumanna i Andreasa Junga do przeprowadzenia rozmów wychowawczych z członkami nazbyt anty-klimatycznej frakcji.
Negocjacje trwały tydzień, a ci, co je prowadzili okazali się bardzo przekonujący. Pod koniec stycznia „Die Tageszeitung” doniósł czytelnikom z ulgą: „CDU cudem uniknęła wewnętrznej katastrofy klimatycznej”.
Rewolucjoniści ulegli wiceprzewodniczącym oraz woli Merza i zgodzili się zrezygnować ze swoich postulatów na rzecz bardzo ogólnikowych stwierdzeń, że należy: „pogodzić zmienioną sytuację geopolityczną i słabość eksportową niemieckich firm” z celami klimatycznymi oraz dążyć do gospodarki „oferującej dobre miejsca pracy i ochronę klimatu”.
Do zjazdu kanclerz musi jeszcze spacyfikować pojedynczych dysydentów, takich jak premier Saksonii a zarazem wiceprzewodniczący CDU Michael Kretschmer. Ów zaczął ostatnio domagać się już nie tylko powrotu do zakupów gazu ziemnego od Rosji, lecz także dalszej eksploatacji złóż węgla brunatnego w Niemczech i nowych elektrowni nim opalanych.
Plan wyłączenia starych nazwał „absurdalnym„. Jednak nawet jeśli Merz skutecznie przywoła Kretschmera do porządku i koalicja z SPD pozostanie niezagrożona, i tak nie wyplącze tym niemieckiej gospodarki z klimatycznego węzła gordyjskiego.
Od początku obecnego stulecia sukces ekonomiczny RFN opiera się na eksporcie i ogromnej nadwyżce handlowej, która w 2025 r. wyniosła ok. 200 mld euro. Jednak jeśli się bliżej przyjrzymy niemieckiemu eksportowi, to zauważymy, że jest on mocno skoncentrowany na zaledwie kilku zaawansowanych technologicznie branżach.
Około 45 proc. dochodu generują trzy gałęzie przemysłu: motoryzacyjny, maszynowy i elektrotechniczny. Do tego dochodzi ok 12 proc. z branż farmaceutycznej i chemicznej. To tu znajdują się rewiry najważniejszych korporacji takich jak: Volkswagen, Mercedes-Benz, Siemens, BASF, Bayer, etc.
One stały się fundamentami niemieckiego dobrobytu. Od jesieni zeszłego roku właściwie nie ma tygodnia, by któryś z prezesów tych wielkich koncernów nie alarmował w mediach, że sytuacja robi się tragiczna.
„Ola Källenius walczy z upadkiem Mercedesa-Benza. Siła robocza i energia są w Niemczech zbyt drogie, twierdzi prezes. Apeluje o zmianę kursu politycznego i ostrzega przed przesunięciem się na prawo” – informował 7 lutego 2026 „Der Spiegel”.
„Branża chemiczna przeżywa prawdopodobnie najtrudniejszy okres od 25 lat” – to z kolei wypowiedź Prezes BASF Markusa Kamietha dla „Süddeutsche Zeitung”, po ogłoszeniu likwidacji zakładów koncernu w Ludwigshafen.
Podobnych przykładów są dziesiątki. Jednocześnie prezesi korporacji stawiają Merza przed alternatywą, że jeśli nic się nie zmieni, to oni zabierają produkcję z Niemiec do Chin, Indii, USA lub Ameryki Południowej.
Tam wygenerują miejsca pracy i odprowadzą podatki (albo i nie odprowadzą). Zaś zwykli Niemcy będą mogli nacieszyć się wspomnieniami o dawnej zamożności oraz neutralnością klimatyczną.
I w tym miejscu węzeł gordyjski Friedricha Merza się ostatecznie zapętla. Jeśli kanclerz spróbuje radykalnie zmienić politykę klimatyczną w Niemczech, to jego rząd upadnie.
Jeśli nie odwróci trendu i dezindustrializacja nabierze tempa, to jego rząd również upadnie. Zatem nie pozostaje mu nic innego, jak zabrać się za ciche rozsupływanie węzła, tak aby sobie z nim poradzić i przetrwać.
Bo nie jest genialnym, dwudziestoletnim władcą Macedonii, potrafiącym błyskawicznie radzić sobie z węzłami, uznawanymi za takie, których nie da się rozsupłać.


