Strona głównaNauka i technikaPokemony nie zawsze wypalały. Najgorsze gry z kultowymi stworkami

Pokemony nie zawsze wypalały. Najgorsze gry z kultowymi stworkami

Pokemony to jedna z tych marek, obok których nie da się przejść obojętnie. Co więcej, trudno jest sobie wyobrazić, aby ktoś mógł ich po prostu nie znać. Przez lata dostaliśmy tak wiele przeróżnych projektów związanych z samą serią, że dziś trudno je nawet zliczyć. Wszystko zaczęło się od gry, a później przeszło na sprzęty elektroniczne, mangi, komiksy, anime, a nawet pełnometrażowe filmy aktorskie w Hollywood! 

Zaczęło się niewinnie, a rozrosło do niebotycznych rozmiarów. Zresztą – wystarczy spojrzeć wyłącznie na rynek gier wideo, gdzie w ubiegłym roku liczba sprzedanych produkcji sygnowanych popularną marką przekroczyła 380 milionów egzemplarzy. Oznacza to w praktyce, iż Pokemony są drugą największą serią w branży. Zaraz po Mario, a przegrać z hydraulikiem, to oczywiście żaden wstyd. 

Najwięksi zapaleńcy bez wątpienia doliczą także Pokemon Go, gdzie liczba pobrań przekroczyła miliard. Tak, nie pomyliłem się. I choć zazwyczaj dostajemy dokładnie to, czego oczekujemy, gdy płacimy za grę o „Poksach”, to niekiedy można się srogo rozczarować. Produkcje na licencji popularnych stworków nie zawsze wypalały i dziś chciałbym Wam przedstawić dziesięć takich, które spotkały się z najgorszym przyjęciem. 

Pokemon Battle Revolution

Zacznijmy od gry, która debiutowała w 2007 roku! Zapowiadano ją naprawdę hucznie – oferowała nam bowiem możliwość walk pomiędzy Pokemonami, gdzie przeciwnikami mógł być zarówno komputer jak i… Siedzący przy innej konsoli przeciwnik! Produkcja miała przedstawić posiadaczom Wii możliwość zabawy online i choć w gruncie rzeczy spełniła swoje założenia, to na dłuższą metę była po prostu toporna i nudna. 

Pokemon Dream Radar

Jeśli miałbym wybrać najnudniejszą grę w historii marki, to prawdopodobnie postawiłbym właśnie na tę konkretną. Powód jest dość prozaiczny – trudno zrobić coś gorszego pod tym względem. Wyobraźcie sobie tylko produkcję przypominającą Pokemon Go, gdzie główną mechaniką jest łapanie stworków, ale bez całej tej otoczki związanej z ich poszukiwaniem, rajdami i tak dalej. Zwykłe grindowanie – nawet jako produkcja mobilna mogłoby to zanudzić. 

Pokedex 3D Pro

Dobra, technicznie rzecz biorąc, nie jest to do końca gra. Ale skoro kalkulator na Nintendo Switch mogliśmy rozpatrywać w takich kategoriach, to podobnie możemy zrobić także tutaj. Mówimy bowiem po prostu o pewnej formie „bestiariusza” ze wszystkimi dostępnymi na tamten moment stworkami, który został wydany na 3DS-a. I o ile pierwszy wirtualny Pokedex był całkowicie darmowy, o tyle za tego przyszło nam płacić. Niezrozumiała decyzja. 

Pokemon: Link Battle

Kolejna pozycja wydana na Nintendo 3DS i znów całkowity bubel. Sama nazwa brzmi fajnie, co nie? Można by pomyśleć, że będziemy tu mieli do czynienia z produkcją, w której dostaniemy masę stworków, którymi następnie będziemy mogli się mierzyć w pojedynkach z innymi graczami. Tiaaa… Marzenia ściętej głowy. Prawdą jest bowiem, że to zwykła gra logiczna, w której łączymy ze sobą trzy (albo więcej) mordki popularnych stworków. 

Pokemon Masters 

Pamiętam, jak jakieś 3-4 lata temu było o tej grze naprawdę głośno. Mieliśmy tu dostać mobilną produkcję, w której wszystko kręci się wokół pojedynków w formule 3 vs 3. I rzeczywiście tak było, choć w praktyce całość była potwornie niedopracowana. Założenia starć były banalnie proste – wręcz do przesady. A gdy mechaniki nie stanowią żadnego wyzwania, to bardzo szybko odkładamy produkcję na bok. Tu nic nie stymulowało, by bawić się dalej. 

Pokemon Shuffle

Kolejna produkcja oparta na zasadach match-3 (połącz 3 lub więcej…), tym razem skierowana na urządzenia mobilne i wydana w formie free-2-play. Tak więc szukaliśmy połączeń kilku takich samych ikonek, w ten sposób zadawaliśmy obrażenia i w konsekwencji mogliśmy dodawać nowe Pokemony do kolekcji. Niby fajnie, ale jednak bardzo nużąco. Jakby tego było mało, system mikropłatności potrafił wręcz wyprowadzić z równowagi. 

Pokemon Channel

Nigdy nie kupiłem tej gry, ani nawet nie miałem przyjemności w nią grać (choć to za dużo powiedziane). Obejrzałem ją na YouTube i nie sądzę, abym wiele stracił, albowiem sama produkcja opiera się praktycznie na tym samym. To gra, w której chodzi o oglądanie telewizyjnych programów z Pikachu. Tak, to tyle. Nie ma tu zbyt wiele mechanik, interakcje ograniczone są do minimum, a my mamy po prostu oglądać. 

Pokemon Rumble Rush

Idąc dalej mamy projekt, który swego czasu wywołał niemałe zamieszanie. Łatwiutka gierka mobilna wydana została jako free to play i miała pozwalać nam na przemierzanie sporego świata Pokemon, gdzie moglibyśmy chwytać kolejne stworki, aby następnie toczyć nimi pojedynki. Brzmi nieźle, prawda? Szkoda, że na tym koniec. I niech najbardziej wymownym zakończeniem tego akapitu będzie fakt, iż pozycja została wyłączona po blisko roku od premiery. 

My Pokemon Ranch

Tu – niestety – tytuł zdradza absolutnie wszystko. Mamy farmę Pokémonów. No, właściwie na tym koniec. Możemy transferować swoje stworki z Pokemon Diamond i Pokemon Pearl, trzymać je u siebie, a następnie wchodzić z nimi w potencjalną i bardzo ograniczoną interakcję. Na tym praktycznie koniec. Studio Ambrella działało chyba po linii najmniejszego oporu i postanowiło zrobić eksperyment społeczny – jak mało włożyć w grę na licencji, aby ta i tak się sprzedała. 

Pokemon Dash

Odnośnie do tego tytułu odczuwam pewien dysonans. Wszak jak można nazwać grę „Pokemon’, a następnie oddać w nasze ręce możliwość kierowana wyłącznie Pikachu? Słaby ruch. Co więcej, samo „kierowanie” opierało się tu na używaniu rysika do Nintendo DS! Może i było to pomysłowe, ale śmiem twierdzić, że żaden z twórców nie spędzał przy zabawie kilku godzin z rzędu – nadgarstek wręcz odpadał… 

Must Read
Powiązane wiadomości