Według ekspertów ze Stanford University tzw. ulepszone systemy geotermalne (ang. enhanced geothermal systems – EGS) mogą odegrać ważną rolę w okresie przechodzenia świata z wykorzystania węgla, ropy i gazu na odnawialne źródła energii.
Konwencjonalne elektrownie geotermalne są ograniczone do obszarów wulkanicznych i stref granic płyt tektonicznych, gdzie ciepło podziemne jest łatwo dostępne. Natomiast EGS wymaga wykonania odwiertów na głębokość od trzech do ośmiu kilometrów, wtłaczania płynu w celu spękania skał, a następnie wypompowywania ogrzanego płynu na powierzchnię.
Według przedstawionych wyliczeń, gdyby EGS dostarczało 10 proc. energii, moc lądowych elektrowni wiatrowych mogłaby spaść o 15 proc., słonecznych – o 12 proc., a pojemność gromadzących prąd baterii – o 28 proc.
Zapotrzebowanie na teren spadłoby z 0,57 proc. do 0,48 proc., co miałoby szczególne znaczenie dla krajów o niewielkiej powierzchni czy dużej gęstości zaludnienia, takich jak Singapur, Tajwan czy Korea Południowa.
Badanie wykazało także, że czysta, odnawialna energia radykalnie obniża koszty, niezależnie od tego, czy w energetycznym miksie uwzględniono EGS.
W obu scenariuszach roczne koszty energii spadają o ok. 60 proc. w porównaniu z utrzymaniem dotychczasowego wykorzystania paliw kopalnych. Gdy do rachunku wliczy się koszty zdrowotne i klimatyczne – takie jak choroby związane z zanieczyszczeniem powietrza oraz wzrost poziomu mórz – łączne koszty społeczne zmniejszają się o ok. 90 proc. Jednocześnie, według analizy, wykorzystanie EGS praktycznie nie podnosi kosztów systemów prądotwórczych.
Technologia ta wiąże się jednak z pewnymi wyzwaniami – przyznają badacze. Koszty EGS wciąż się kształtują, choć amerykański Departament Energii prognozuje, że do 2035 r. mogą one znacząco spaść. Pierwsza duża elektrownia EGS w Stanach Zjednoczonych – obiekt o mocy 2 gigawatów w stanie Utah – została zatwierdzona dopiero w październiku 2024 r.


