Wolontariusze pomagają w większości polskich schronisk, choć są takie placówki, tzw. patoschroniska, które uniemożliwiają socjalizację i spacerowanie z bezdomnymi psami. Ludzie o dobrych sercach po prostu odwalają kawał dobrej roboty, a nawet więcej, ponieważ przejmują na siebie odpowiedzialność nie tylko schronisk, ale i gmin.
Osoby odwiedzające (prywatne) schroniska w ramach wolontariatu zapewniają zwierzętom nieocenione wsparcie, które opiera się na wyprowadzaniu zwierząt na spacery, przyzwyczajaniu ich do obecności człowieka i bezpieczeństwa. Wolontariusze bardzo często sami szukają bezdomnym zwierzętom domów, rozsyłają ogłoszenia, myją, czeszą, a nawet leczą i dokarmiają psy na własną rękę, za swoje pieniądze. Niemal każdy, kto może sobie pozwolić na zabranie psa do domu, prędzej czy później to robi. Nie da się jednak wziąć wszystkich, na ich miejsce trafiłaby równowartość.
– W praktyce wolontariusze i osoby adoptujące przejmują na siebie ogromną część kosztów i pracy: leczenie, transport, utrzymanie, promocję adopcji – mówi Janina Szymanek, działaczka prozwierzęca, zwolenniczka zmiany systemowej, której celem byłaby nie naprawa schronisk, lecz likwidacja mechanizmu generowania bezdomności jako biznesu. Interes ekonomiczny jest bowiem sprzeczny z dobrem zwierząt przebywających w schronisku, które zarabia na istnieniu bezdomności, więc nie ma motywacji, by ją realnie likwidować. Do schronisk trafiają więc kolejne zwierzęta.
Nie każdy potrafi spojrzeć psom w oczy
– Bezdomność zwierząt w Polsce to nie problem empatii, tylko systemowy efekt prawa, które pozwala zarabiać na istnieniu bezdomności zamiast ją likwidować – mówi Janina Szymanek. – System działą tak, że schronisko bierze pieniądze od gminy, wolontariusze robią realną pracę, darczyńcy finansują skutki, a gmina ma czyste ręce – podsumowuje działaczka.
Wolontariat w schornisku nie opiera się często na głaskaniu radosnych psów. To jest praca w trudnych warunkach, wciąż jednak rozwijająca empatię, cierpliwość i budująca odpowiedzialność.
Odwiedzanie schronisk często wiąże się z głębokimi przeżyciami, są momenty, w których trudno powstrzymać łzy. W azylu prawie zawsze jest głośno, psy wyją, piszczą. Gdy bierze się na spacer jednego, inne dają o sobie głośno znać. Są psy proszące o uwagę, łagodne, inne nieobecne, wystraszone lub przerażone, dzikie, zdezorientowane. Każdy pies właściwie otrzymuje uwagę od wolontariuszy, nawet te „najtrudniejsze”.
Nie da się z azylu zabrać ze sobą każdego psa, a nawet jak już się weźmie na siebie tę odpowiedzialność, tego samego dnia do kojca trafi kolejny pies.


