
Departament Obrony Stanów Zjednoczonych wydał w piątek zgodę na przekazanie Ukrainie rakiet dalekiego zasięgu Tomahawk. W ocenie resortu dostawy pocisków nie zagrożą bezpieczeństwu USA. Ostateczna decyzja leży teraz w gestii prezydenta.
Jeśli Trump się zgodzi, Ukraińcy będą mieli otwartą drogę do przeprowadzania ataków na cele wojskowe i przemysłowe w głębi Rosji, na przykład w rejonie Moskwy i Sankt Petersburga – zauważa amerykański magazyn Forbes.
Tomahawki są szybsze, dokładniejsze i trudniejsze do wykrycia niż pociski, które obecnie wykorzystuje Ukraina – Fire Point FP-1 czy AN-196 Lutyj.
Tomahawki dla Ukrainy. Kijów czeka na decyzję Białego Domu
Wołodymyr Zełenski podkreślił podczas październikowej wizyty w Waszyngtonie, że ataki na rosyjskie magazyny amunicji i obiekty infrastruktury energetycznej mogłyby znacząco ograniczyć zdolności Moskwy do kontynuowania wojny oraz zmusić ją do zakończenia agresji.
Kreml z kolei ostrzegł, że przekazanie Ukrainie rakiet Tomahawk doprowadzi do „poważnej eskalacji” konfliktu. Prezydent Władimir Putin zapowiedział, że rosyjska odpowiedź byłaby „bardzo poważna, jeśli nie przygniatająca”.
Dotychczas sankcje Zachodu i ukraińskie ataki nie skłoniły Rosji do zakończenia wojny. Jednak – jak zauważa Forbes – Kreml odpowiedział zmasowanym atakiem dronów i rakiet na ukraińskie miasta po tym, jak Unia Europejska, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone wprowadziły kolejny pakiet sankcji, wymierzony w kluczowe koncerny naftowe finansujące rosyjską machinę wojenną.
Magazyn Forbes podkreśla, że decyzja Donalda Trumpa może mieć kluczowe znaczenie nie tylko dla dalszego przebiegu wojny rosyjsko-ukraińskiej, ale także dla przyszłej roli Stanów Zjednoczonych w zakończeniu tej wojny.












