-
Eksperci analizują, w jakich okolicznościach Władimir Putin mógłby zdecydować się na wykorzystanie broni jądrowej i gdzie mogłoby dojść do pierwszego użycia, które zdaniem naszych rozmówców miałoby charakter demonstracji, bez strat w ludziach.
-
Opisujemy zmiany rosyjskiej doktryny nuklearnej, sygnały sugerujące gotowość do użycia broni jądrowej oraz różne warianty eskalacji, w tym zagrożenia dla państw NATO i możliwe lokalizacje demonstracyjnych ataków.
-
Wskazujemy możliwe odpowiedzi NATO i Zachodu na rosyjskie działania, łącznie z reakcją konwencjonalną lub udziałem w programie Nuclear Sharing. Ograniczona wiarygodność rosyjskich gróźb nie powstrzymuje przed braniem pod uwagę realności zagrożenia.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Luty 2026. Rosyjskie MSZ wydaje komunikat o ryzyku „bezpośredniej konfrontacji militarnej między mocarstwami nuklearnymi”. Kilka dni wcześniej grupa Ramstein potwierdziła pakiet wsparcia dla Ukrainy. Unia Europejska uzgodniła warunki pożyczki dla Kijowa.
Październik 2025. Władimir Putin ogłasza, że Rosja prowadzi testy nowej generacji broni jądrowej. Jednocześnie trwa impas ws. porozumienia o ograniczeniu głowic jądrowych z USA, a – jak podkreśla amerykański Instytut Studiów nad Wojną – Moskwa próbuje zablokować dostawy amerykańskiej broni dalekiego zasięgu dla Ukrainy.
Listopad 2024. Putin podpisuje dekret zmieniający rosyjską doktrynę nuklearną. Wcześniej trwały dyskusje zachodnich państw o zgodzie dla Ukrainy na uderzenia w głąb terytorium Rosji.
Przykłady można mnożyć. Argument broni jądrowej pojawia się zawsze wtedy, gdy Moskwa dostrzega ryzyko porażki swojej polityki. Putin zaś przypomina swoje słynne zdanie z 2018 roku: „Po co nam taki świat, w którym nie będzie Rosji”.
Prezydent wypowiedział te słowa w filmie Władimira Sołowjowa. Naczelny propagandysta Kremla nie ustaje w wysiłkach. W czerwcu tego roku w rozmowie ze szwajcarskim „Die Weltwoche” podkreślał, że rosyjska broń jądrowa „to nie blef”.
Kreml straszy atomem regularnie. Czy jest gotowy go użyć? Nasi rozmówcy wyjaśniają w jakich warunkach może do tego dojść. Podkreślają też, że na pierwszym etapie broń jądrowa pozostanie elementem brutalnej dyplomacji, a nie narzędziem zagłady.
Doktryna nuklearna Rosji
By zrozumieć, jak powstają rosyjskie plany, musimy przyjrzeć się rosyjskiej strategii. W 1993 roku Rosja wycofała się z deklaracji o nieużywaniu broni atomowej jako pierwsza. W kolejnych latach dokonała zmian w kierunku obniżenia progu jej potencjalnego wykorzystania.
Najnowsza wersja rosyjskiej doktryny jądrowej z listopada 2024 roku daje ogromne pole do interpretacji zapisów dotyczących stosowania odstraszania nuklearnego lub uderzenia – w szczególności taktyczną bronią jądrową.
Po raz ostatni mocne sygnały gotowości użycia arsenału Rosja wysłała ledwie miesiąc temu.19 maja Rosjanie na nogi postawili siły tzw. triady nuklearnej w celu przeprowadzenia niezapowiadanych wcześniej manewrów. Zaangażowano w nie 64 tys. żołnierzy.
Analityk Atlantic Council i były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Jacek Siewiera w rozmowie z Interią podkreśla, że Rosjanie wcześniej rozmieścili na Białorusi taktyczną broń jądrową. – Ćwiczą użycie tej broni bardzo efektywnie, skutecznie, konsekwentnie i demonstracyjnie – ocenia.
Zaledwie tydzień wcześniej Rosjanie przetestowali międzykontynentalny pocisk balistyczny RS-28 Sarmat.
Jak zauważyli eksperci z Niemieckiej Rady Stosunków Zagranicznych, podjęte środki sygnalizacji strategicznej były silnie związane z niepowodzeniami na froncie w Ukrainie.
Również Siewiera uważa, że „Federacja Rosyjska w momencie, kiedy będzie jej źle szło na froncie, może być bardziej skłonna do nieprzewidywalnych ruchów„.
Rosyjska polityka deklaratywna zakłada ochronę Rosji oraz jej „sojuszników” przed „agresją” potencjalnego przeciwnika, a „w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego – zapobieganie eskalacji działań wojennych i ich zakończenie na warunkach akceptowalnych dla Federacji Rosyjskiej„.
Działania zinterpretowane przez Kreml, jako „agresja” innego państwa oznacza, że przeciwnikiem staje cały blok obronny, w którym ono funkcjonuje. Zatem Rosjanie w przypadku konfliktu dają sobie prawo do uderzeń nuklearnych przeciwko wszystkim członkom NATO.
Obawy Zachodu, które pojawiały się w trakcie trwania wojny na Ukrainie, dotyczyły użycia przez Rosjan niestrategicznej broni jądrowej, a więc o małym ładunku.
Celem Moskwy jest taka eskalacja, żeby uzyskać przewagę psychologiczną nad przeciwnikiem, narzucając mu na tyle wysokie koszty, zmuszające go do zakończenia konfliktu. – To uzyskanie deeskalacji poprzez eskalację – komentuje w rozmowie z Interią gen. Leon Komornicki.
„Drabina eskalacyjna”. W co uderzy Moskwa?
– Niepokój jest słuszny – przyznaje były zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Komornicki tłumaczy, że Rosjanie zarządzają konfliktem i realizacją swoich celów w ramach „drabiny eskalacyjnej”, która zakłada wykorzystanie różnych środków w zależności od poziomu napięcia i sytuacji, w jakiej Rosja się znajduje.
Na obecnym etapie podstawowym kontekstem jest Ukraina, a argumentem Oriesznik. – System rakietowy, na który nie ma antidotum. Systemy przeciwrakietowe, które Ukraina pozyskuje, w tym amerykańskie systemy Patriot, nie są w stanie go zestrzelić. Rosjanie użyli Oriesznika trzykrotnie i za każdym razem skutecznie – podkreśla generał.
Komornicki dodaje, że kolejnym krokiem może być wykorzystanie Oriesznika do ataku na cele administracji państwowej w Kijowie lub dekapitacja władz ukraińskich, czyli usunięcie konkretnych osób na wzór operacji amerykańsko-izraelskiej w Iranie.

Na razie szczeble rosyjskiej drabiny eskalacyjnej mają charakter konwencjonalny. Kolejne kroki – w opinii generała – zależą od reakcji Ukrainy i państw zachodnich.
– Rosjanie liczą na to, że Zachód w pewnym momencie, prognozując użycie broni jądrowej, będzie osłabiał wsparcie Ukrainy do prowadzenia wojny z Rosją. Jeśli Oriesznik nie poskutkuje, a Ukraińcy w dalszym ciągu będą prowadzić asymetryczne, ale dotkliwe uderzenia na terytorium Rosji, to Moskwa może taktycznej broni jądrowej użyć – zaznacza generał.
Jeśli jednak Rosja zdecyduje się na taki krok, co będzie pierwszym celem? – Rosjanie mogą wykonać uderzenie prewencyjne. Nie na terytorium lądowym, żeby nie było strat w ludności cywilnej czy większych materialnych – wskazuje Komornicki, ale równocześnie zaznacza, że plan uderzenia jądrowego na słabo zurbanizowanym terytorium Ukrainy również jest obecny w rosyjskich strategiach.
Podobnie scenariusz rosyjskiej demonstracji widzi członek Rady Bezpieczeństwa i Obronności przy Prezydencie RP i były ambasador Polski przy NATO Tomasz Szatkowski. – Rosjanie mogliby uderzyć na froncie, ale też na przykład na morzu, czy dokonać detonacji ładunku w atmosferze, przestrzeni kosmicznej – mówi.
– Gdy uczestniczyłem w dość dobrze przygotowanej grze wojennej w polsko-amerykańskim środowisku eksperckim, w jednym ze scenariuszy Rosjanie zdetonowali ładunek na własnym terytorium niezamieszkałym, na Nowej Ziemi. Tylko akurat to byłoby zinterpretowane jako sygnalizacja strategiczna a nie uderzenie – opowiada w rozmowie z Interią.
Oceny te pokrywają się z lokalizacjami wskazywanymi przez takie think tanki jak Center for Strategic and International Studies czy Atlantic Council.
Co jeśli Rosjanie pójdą o krok dalej? Co jeśli takie uderzenie zostałoby wymierzone w członka Paktu Północnoatlantyckiego?
Odpowiedź NATO na ruch Władimira Putina
– Zakładam, że NATO trzymałoby się swojej polityki nuklearnej, która w skrócie polega na tym, że nie wyklucza użycia broni nuklearnej w wymiarze obronnym. Trzeba uderzyć w przeciwnika w taki sposób, żeby to było adekwatne do jego czynów. To przywrócenie wiarygodności odstraszania – mówi nam Tomasz Szatkowski.
Na kolektywną postawę Sojuszu w takiej sytuacji wskazał też były szef BBN. – Strategia bezpieczeństwa USA w dalszym ciągu otwarcie odnosi się do tego, że domena jądrowa nie podlega zmianom w strategii amerykańskiej. Amerykanie oficjalnie mówią, że nie wycofują się ze strategicznego sojuszu w tym zakresie – podkreśla.
To istotne, bo kluczem w tej sytuacji byłaby właśnie postawa Stanów Zjednoczonych. – Bez zgody Waszyngtonu to się nie odbędzie. A jeśli ma mieć miejsce pod flagą Sojuszu, w ogóle bez zgody całego NATO. Konkretnie, oznaczałoby to decyzję Rady Północnoatlantyckiej, poprzedzoną zielonym światłem Amerykanów, do których należą głowice użytkowane w programie Nuclear Sharing – tłumaczy Szatkowski.
Co jeżeli sojusznicy na Starym Kontynencie zostaliby jednak porzuceni przez Amerykanów w obliczu uderzenia taktyczną bronią jądrową?
– Europa ma pewne narzędzia, które teoretycznie na poziomie taktycznym byłyby adekwatne. Problem polega jednak na tym, że wartość ograniczonego użycia broni taktycznej w celu utrzymania wiarygodności odstraszania polega na posiadaniu zdolności dalszej eskalacji. Potrzebne są więc zdolności do strategicznego poziomu. Moim zdaniem, bez Amerykanów nie można mówić o wiarygodnych europejskich gwarancjach nuklearnych – uważa były ambasador Polski przy NATO.
W ocenie obu ekspertów reakcja na tego rodzaju eskalację ze strony Rosji powinna być „możliwie symetryczna„.
Z kolei generał Komornicki uważa, że Sojusz Północnoatlantycki nie zdecyduje się na taki krok. – Na pewno nie będzie to działanie odwetowe, bo użycie adekwatnej siły na terytorium Rosji groziłoby rozpętaniem wojny atomowej. Rosjanie poszliby dalej. Tym nie są zainteresowani ani Amerykanie, ani Chińczycy – zaznacza.
Broń jądrowa i reakcja konwencjonalna
Szatkowski zauważył, że są również brane pod uwagę „pewne konwencjonalne opcje” działania. – Chodzi o głębokie, precyzyjne uderzenie przy użyciu lotnictwa czy wojsk rakietowych w obiekty na terytorium przeciwnika, w infrastrukturę krytyczną, strategiczną, zniszczenie jego floty. To musi zaboleć – podkreśla.
Siewiera uważa, że odpowiedź konwencjonalna mogłaby zostać odebrana na Kremlu jako słabość. – Chyba, że byłaby na tyle zdecydowana, że pozwoliłaby Ukraińcom na jednorazowe odbicie Krymu – ocenia i wskazuje, że podany przez niego przykład byłby „scenariuszem bardzo eskalacyjnym”.
Nie można dać się zastraszyć, sterroryzować i nie robić tego, co jest potrzebne dla odstraszania
Teoretycznie – jak zaznaczył Szatkowski – innymi opcjami mogłoby być wykorzystanie sił cybernetycznych czy specjalnych, ale w takim przypadku „trudniej byłoby osiągnąć taki efekt uderzenia, który naprawdę adekwatnie by zabolał”.
Co do możliwości neutralizacji środków przenoszenia, na których Rosjanie mogliby umieścić taktyczne ładunki nuklearne, to są one ograniczone. – Można je próbować zestrzelić w powietrzu z użyciem par dyżurnych (mowa o myśliwcach – red.). Ale ma to wiele swoich minusów, łącznie z tym, że materiał promieniotwórczy jest rozpraszany na określonym terenie. Nie dochodzi do reakcji łańcuchowej, ale dochodzi do częściowego skażenia. Nawet jeśli jest niewielkie, to jest to bezdyskusyjnie wielka eskalacja – mówi Siewiera.
Rosyjska broń na Białorusi. Zachód powinien zareagować
Wspomniana rosyjska polityka deklaratywna wskazuje szereg działań, które w zależności od „sytuacji wojskowo-politycznej i strategicznej” mogą przekształcić się w „zagrożenia militarne dla Federacji Rosyjskiej„, które miałyby zostać „zneutralizowane poprzez realizację odstraszania nuklearnego”.
Jednym z nich byłoby „rozmieszczenie broni jądrowej i środków jej przenoszenia na terytoriach państw”, które wcześniej jej nie posiadały. Dotyczy to więc sytuacji, w której Polska dołączyłaby na przykład do programu Nuclear Sharing, albo przyjęła na swoim terytorium francuską broń atomową.
Mimo to, zdaniem Siewiery, Warszawa powinna o to zabiegać, szczególnie po tym, jak Rosjanie rozmieścili swoją broń na Białorusi. – Teraz tego typu przesunięcie powinno się spotkać z symetryczną reakcją w krajach zachodnich. Po to, żeby zachować proporcje strategiczne, jakie z reguły w tego typu okolicznościach, państwa realizują na zasadzie wzajemności – zaznacza były szef BBN.
Brak odpowiedzi Sojuszu na kroki podjęte przez Moskwę może wiązać się z obawami, jakie pojawiają się w Waszyngtonie. – Strona amerykańska nie chce eskalować lub podnosić ryzyka przez rozmieszczenie broni w sposób bardziej ofensywny czy – jak ja to nazywam – asertywny. (…) Jeśli chcemy uniknąć gróźb jądrowych, to powinniśmy przesunąć środki przenoszenia i oddziaływania jądrowego zgodnie z tym, co symetrycznie robi Federacja Rosyjska – mówi Interii.
Siewiera podkreśla, że Warszawa ma wszelkie powody, żeby zabiegać o uczestnictwo w Nuclear Sharing. – Są ku temu spełnione wszystkie warunki. Nikt nie neguje agresywnej postawy Rosji, nikt nie neguje gróźb i wojskowych wskazań – zaznacza.
„Czerwone linie” Władimira Putina. Ukraina testuje blef
W swojej strategii Rosja uzurpuje sobie wykorzystanie potencjału nuklearnego także w przypadku działań „mających na celu odcięcie części terytorium Federacji Rosyjskiej, w tym zablokowanie dostępu do kluczowych szlaków transportowych„. W przypadku naszego regionu odnosiłoby się to na przykład do blokady obwodu królewieckiego czy rosyjskich portów na Bałtyku.
To samo dotyczy organizacji przez poszczególne państwa czy też w ramach NATO „zakrojonych na szeroką skalę ćwiczeń wojskowych w pobliżu granic Federacji Rosyjskiej„. Zapisy polityki deklaratywnej dają Kremlowi szerokie pole do interpretacji, ale nie paraliżują działań Sojuszu.
– Nie można dać się zastraszyć, sterroryzować i nie robić tego, co jest potrzebne dla odstraszania. Jednocześnie NATO nie jest sojuszem agresywnym i nie podejmuje działań, które miałyby być prowokujące – zaznacza Szatkowski.
Były przedstawiciel Polski przy NATO zwrócił też uwagę, że przez ostatnie lata Rosjanie posuwali się do licznych gróźb, które nie były realizowane i zaczęły się dewaluować. – Wojna na Ukrainie pokazywała, że kolejne ich tzw. czerwone linie były przekraczane i tak naprawdę wiarygodność rosyjskiej polityki nuklearnej spadła w ostatnim czasie. Teoretycznie Ukraińcy już wykonali rzeczy, które mogłyby sprowokować Rosję – podsumowuje.
Natomiast generał Komornicki scenariusz użycia broni jądrowej uważa za realny. – W mojej ocenie Rosjanie się do tego przygotowują i jest to przewidziane w ich planach operacyjnych. Natomiast to będzie decyzja polityczna Putina – zaznacza generał. Podkreśla przy tym, że prezydent Rosji musi mieć z tyłu głowy potencjalny opór kremlowskich koterii i generalicji, dla których ryzyko starcia nuklearnego może okazać się zbyt duże.
Jakub Krzywiecki, Artur Pokorski
Chcesz porozmawiać z autorami? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl lub artur.pokorski@firma.interia.pl
-
Rakieta bez głowicy, ale z przekazem
-
Atomowy porządek „na krawędzi załamania”. Ukraina chce reakcji Zachodu


