Strona głównaRozrywkaNie! (2022) - recenzja, opinia o filmie . Bliskie spotkania trzeciego stopnia...

Nie! (2022) – recenzja, opinia o filmie [UIP]. Bliskie spotkania trzeciego stopnia z naturą

Małomówny hodowca koni na użytek filmów i jego wygadana, roztrzepana siostra wietrzą nowy, niebezpieczny interes i choć zdają sobie sprawę z zagrożenia, postanawiają podjąć ryzyko.

Jordan Peele to, w moich oczach, jeden z najbardziej przereklamowanych filmowców ostatnich lat, dosłownie M. Night Shyamalan dzisiejszych czasów. Zrobił jeden całkiem fajny horror w postaci “Uciekaj” z 2017 roku i natychmiast, jak za dotknięciem magicznej różdżki, cały świat zwariował na jego punkcie, nie mogąc się doczekać, co pokaże dalej. Źle to świadczy o obecnym stanie kinematografii, kiedy po prostu solidnie skrojony film sprawia, że ludzie zaczynają zdejmować majtki przez głowy. Tak więc kiedy nadeszło “To my”, ludzie wiedzieli już zawczasu, że mogą szykować się na kolejne dzieło sztuki. Cóż. Dla mnie ten film był kompletnym nieporozumieniem i mało śmiesznym żartem nie do wybronienia. Tak więc na trzeci strzał od Jordana już nawet specjalnie nie czekałem. I może dlatego dałem się zaskoczyć, ponieważ zupełnie nie spodziewałem się, że to nie będzie horror. No dobra, panie Peele, ma pan moją uwagę.

Nie! (2022) – recenzja filmu [UIP]. Motyw ważniejszy niż angażująca fabuła


OJ (Daniel Kaluuya) i jego siostra Emerald (Keke Palmer) zajmują się końskim ranczem specjalizującym się w przygotowywaniu zwierząt do występów przed kamerą, odkąd ich tata zmarł pół roku wcześniej, trafiony w głowę drobnym przedmiotem, jednym z wielu, które tamtego dnia nagle spadły z nieba. Interes nie idzie najlepiej, ponieważ OJ jest raczej wycofany, cichy i burkliwy, podczas gdy jego siostra niespecjalnie interesuje się prowadzeniem rodzinnego interesu – będąc tak blisko Hollywood w jej głowie dojrzewają marzenia o występowaniu przed kamerą, a nie gdzieś z boku, za nią. Sytuacja zmusza ich do sprzedania kilku koni właścicielowi lokalnego parku tematycznego, Rickiemu Parkowi (Steven Yeun), dawnej dziecięcej gwieździe serialu telewizyjnego z małpą w jednej z głównych ról , którego przygoda przed kamerą zakończyła się dosyć mrocznie. Jakby tego było mało, od czasu do czasu w całej okolicy padają urządzenia elektryczne i to nie tylko te podłączone do prądu, ale w ogóle cała technologia, łącznie z tą na baterie.

Wątki, o których pobieżnie wspomniałem powyżej sprawiają wrażenie zupełnie ze sobą niezwiązanych i dosyć losowych, lecz ostatecznie okaże się, że wszystkie te drobne detale są istotnymi częściami składowymi historii, którą chce opowiedzieć nam Peele. Bo musisz wiedzieć, że “Nie!” jest zasadniczo filmem i przyrodzie, o walce człowieka z naturą, próbach podporządkowania jej sobie, co nie jest zbyt mądrym pomysłem, jeśli pomyśleć sobie o sytuacjach takich jak chociażby siedzenie w jednym pomieszczeniu z wielkim, trzystukilogramowym tygrysem. Ale spokojnie! Jest oswojony… Przynajmniej dopóki jeden dostatecznie mocny impuls nie przypomni mu, że może zagryźć cię i rozszarpać pazurami zanim zdążysz wydusić z siebie “siad”.

Wszystko w nowym filmie Peele’a aż wykrzykuje tę wiadomość, nawet jeśli nieprzygotowany na nią widz, z początku jej nie dostrzega. Tresura koni, grająca w serialu małpa, show wystawiany przez Parka i nawet ten przysłowiowy słoń w pokoju, o którym nie chcę się tu rozpisywać, choć film nie robi z niego jakiejś wielkiej tajemnicy – bardziej z jego dokładnej natury. Problem polega na tym, że ostatecznie zgrabnie przygotowany motyw ginie, przygnieciony ciężkostrawnym, nijakim finałem bez polotu, a że cała fabuła filmu służyła wyłącznie temu przesłaniu, kompletnie nie broniąc się jako samodzielny, angażujący scenariusz, to i cały film wywala się na finiszu prosto na twarz.

Nie! (2022) – recenzja filmu [UIP]. Piękne, przemyślane zdjęcia

Autoreklama. I koń.

Aktorsko film jest jak najbardziej poprawny, chociaż wyglądający jakby był wiecznie zjarany, albo naćpany jakimiś psychotropami, czy czymś Daniel Kaluuya nie jest najbardziej atrakcyjnym głównym charakterem, jakiego można sobie wymarzyć. Keke Palmer jest przynajmniej bardziej żywa, chociaż też trudno powiedzieć o niej coś więcej ponad to, że jest lesbijką – film jasno przypomina nam o tym w przynajmniej dwóch różnych scenach, ale nigdy nie daje jej już niczego więcej, czym można by ją opisać. Glenna z “The Walking Dead” nie ma w filmie jakoś bardzo dużo, ale te sceny, w których widzimy go na ekranie są całkiem w porządku. Prócz nich przed kamerą przewijają się jeszcze dwie istotne postacie – zabawny i lekko dziwny pracownik sklepu rtv (Brandon Perea) i reżyser (albo operator kamery, nie jestem pewien), grany przez Michaela Wincotta. Jak już mówiłem, fabuła jest zbyt skupiona na szerszym przekazie żeby chociaż spróbować zrobić z nich pełnokrwiste postacie.

Czego by mu nie zarzucać, trzeba przyznać, że Peele potrafi opowiadać obrazem. Kolejne kadry jego filmów zawsze sprytnie zapowiadają przyszłe wydarzenia, są technicznie przemyślane i po prostu miłe dla oka. Nawet pierwsze ujęcie całego filmu, dom głównych bohaterów zaprezentowany na nocnej panoramie okolicy robi wrażenie, kiedy się nad nim zastanowić. Z początku zdziwiło mnie, a nawet zirytowało, że reżyser tak długo pokazuje nam niemalże statyczny obraz. Szybko w jednym z okien zapala się światło, ale później kamera wisi w miejscu jeszcze dobrych kilka sekund, mimo że już dosłownie nic się nie dzieje – jedynie chmury przesuwają się z wolna po mocnym niebie. Lecz nie jest to jedynie marnowanie czasu widza, a pierwsza szansa na dostrzeżenie, czegoś, na czym bohaterowie filmu skupią się dopiero jakoś godzinę później. Oczywiście zdarzają mu się i bardziej czerstwe zagrywki, jak choćby przypisanie głównym bohaterom kolorów – OJ (tak jak “orange juice”) ma w finale filmu pięknie pomarańczową bluzę, a jego siostra Emerald nosi się na zielono. Urocze. 

Choć wspominałem o tym we wstępie, warto podkreślić jeszcze raz, że “Nie!” absolutnie nie jest strasznym filmem. Kilka scen ma nawet jakiś tam klimat, zwłaszcza kiedy OJ chodzi po ciemku po stajni, albo kiedy Park siedzi skulony pod stołem. Piszę ogólnikami ale gwarantuję, że będziesz wiedział o co dokładnie mi chodzi. I tak jak ta druga scena od początku do końca ma moc i porządny moment kulminacyjny, tak ta pierwsza… Lepiej żebym nie mówił, ale i tak nie ma o czym gadać. Bliżej końca natomiast klimat zmienia się już kompletnie i zamiast czegoś, co chociaż udaje horror, oglądamy kino przygodowe science-fiction.

Nie jestem dzisiejszym filmem zachwycony. To za długi, nieziemsko powolny film, który niemal w całości jest metaforą, do kompletu na koniec zapominającą o czym miała właściwie mówić. Aktorzy robią co mogą, ale scenariusz nie daje im przesadnie wielkiego pola do popisu. Na pewno jest to ładnie wyglądający film – dobrze nakręcony, z pomysłowymi ujęciami, ciekawą kolorystyką i niezłym CGI. Czysto technicznie trudno mu cokolwiek zarzucić, ale tak samo jak “To my” rozpadał się fabularnie, jeśli choć trochę się nad nim zastanowić, tak i “Nie!” jest filmem, w którym forma bardzo mocno góruje nad treścią. Jeśli natomiast poprzedni film Peele’a przypadł Ci do gustu, to jest szansa, że i ten dzisiejszy spełni Twoje oczekiwania.

Must Read
Powiązane wiadomości