Strona głównaSportDzień dobry, pani syn nie żyje

Dzień dobry, pani syn nie żyje

  • Waldemar Malak ruszył na igrzyska w Barcelonie świeżo po swoich 22. urodzinach. Po porywającej walce zdobył brąz w podnoszeniu ciężarów w wadze ciężkiej (do 100 kg)
  • Z wielkiego sukcesu nie cieszył się długo. Zaledwie kilka miesięcy później zginął w wypadku samochodowym. — Po śmierci syna miałam tylko jedną prośbę: żeby mi Waldka nie kroili — mówi w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet Zofia Malak
  • Mama medalisty igrzysk sprzed 30 lat opowiada, że od razu wybaczyła kierowcy auta, w którym jechał jej syn. — Po wypadku poszłam do szpitala, żeby go odwiedzić, ale nie wpuścili mnie, bo myśleli, że chcę mu coś zrobić. Potem długo mnie unikał. Mówiłam jego matce, że nie mam do niego żalu, ale on i tak bardzo to przeżywał. Miał do tego prawo — wspomina Zofia Malak
  • Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

To był jakiś dziwny dzień. Ani telewizji nie miałam włączonej, ani radia. Coś mi podpowiadało, żeby jechać do Wejherowa. Ale po co do Wejherowa? Przecież nie mam tam nikogo. Ni stąd, ni zowąd pojawił się znajomy taksówkarz. Pewnie słyszał już o wypadku i przyjechał zobaczyć, jak się czuję. A że zachowywałam się normalnie, to sobie poszedł. Wtedy zadzwonił telefon.

— Dzień dobry. Pani Malak?

— Tak.

— Waldek nie żyje.

— A kto mówi?

— Kolega.

— Ale macie głupie żarty.

I odłożyłam słuchawkę.

Coś mnie później jednak tknęło. Spojrzałam przez okno, a znajomy nie ruszał się z postoju. I tak jak stałam — gołe nogi, kapcie — poleciałam do niego. “Jedziemy do Wejherowa. Waldek nie żyje”.

Musiałam pogodzić się z jego śmiercią. Nie analizować, co by było gdyby. Po prostu szkoda, że dobrzy ludzie odchodzą tak szybko. Aczkolwiek on dla mnie nadal żyje. Będzie żył, dopóki będzie trwać pamięć o nim.

Nigdy nie mówię, że idę na cmentarz, tylko w odwiedziny do Waldka. Zupełnie tak, jakby na Łostowicach miał swój dom. Parę razy miałam taki sen, że oprowadzał mnie po cmentarzu. I na końcu za każdym razem mówił: “Idź, mamo, idź już, bo muszę już wracać”.

Leży w Alei Zasłużonych, jego pomnik jest zaraz za AK-owcami. Jestem pełna podziwu dla jego kolegów, że nawet po blisko 30 latach przychodzą na jego grób. Nawet jakiś czas temu pojawił się znicz z napisem: “Pamiętamy o tobie”. Wyrazem pamięci jest też jego memoriał. 10 września odbędzie się kolejna edycja.

Waldemar Malak – Stefan Kraszewski / PAP

Wszyscy tu, w Przymorzu, Waldka znali. Był bardzo komunikatywną i życzliwą osobą. Nie był zawistny, mściwy czy pamiętliwy. Jak ktoś mu coś zrobił, pierwszy wyciągał rękę na zgodę. Wiecznie uśmiechnięty. A dzięki temu bardzo lubiany. Do tej pory spotykam się z sympatią, bo kojarzą mnie z Waldkiem. Nie wyobrażam sobie zmiany osiedla. Tutaj się go czuje. Do tej pory, jak widzę chłopców wychodzących z hali, widzę w nich Waldka.

Dla mnie nadal jest 22-latkiem. Jakiś czas temu na cmentarzu podeszło do mnie kilku starszych mężczyzn. Powiedzieli, że byli kolegami Waldka. Tak na nich spojrzałam i zaczęłam się śmiać. Zrobili wielkie oczy, przeprosiłam. Musiała minąć chwila, zanim zdałam sobie sprawę, że gdyby żył, to też by wyglądał jak oni.

Jakie miałam nadzieje przed igrzyskami w Barcelonie? Pozytywne, jakżeby inaczej. Każda matka wierzy, że jej dziecko spisze się najlepiej. Ze mną też tak było, nawet pomimo tego, że Waldek dopiero zaczynał seniorską karierę. On zresztą przed wyjazdem powiedział w wywiadzie, że z Barcelony przywiezie mamie medal. Aż się znowuż wzruszam…

I faktycznie ten medal zdobył. To była wielka radość, skakałam przed telewizorem. Niedługo naszła mnie myśl: “Boże, oby tylko nic się nie stało”. Dlaczego miałoby się coś stać? Jak usłyszałam, co mówi dziennikarka — Katarzyna Dowbor to akurat była — aż mnie ciarki przeszły. Okazało się, że zdobył 13. medal dla Polski na tamtej olimpiadzie. A ja nie lubię tej liczby.

Co prawda mieszkam pod “13”, ale trudno jest ot tak zmienić miejsce zamieszkania. Dlatego unikam jej, jeśli tylko mogę. U Waldka w pokoju było 13 ogniw w kaloryferze, więc osiem kazałam zdemontować i wyrzucić. Jeśli u lekarza proponują mi wizytę 13. dnia jakiegoś miesiąca, proszę o zmianę terminu.

No i przede wszystkim 13 listopada zginął Waldek.

Swoją drogą dostał “opr”, że taką radość pokazał po medalu. No, opierdzielili go. Niby 1992 r., ale to komuna jeszcze była. Nie wolno było się cieszyć, trzeba było być smutnym. Z drugiej strony ta radość Waldka po medalu spodobała się nawet w USA. Przed igrzyskami w Atlancie dzwonili z pytaniem, czy mogą wykorzystać ją do promocji olimpiady. Oj, szkoda, że tam nie wystąpił. Potrafił robić show, przypadłby do gustu Amerykanom.

Szkoda że tak krótko żył. Może miał krótko żyć? Nie wiem… Tam też ludzi potrzeba. Wszyscy prędzej czy później tam pójdziemy. Bóg dał mu zdobyć medal i wziął go do siebie.

Sztanga nie była jego pierwszą miłością. On wszystkiego się imał. I na tenis chodził, i pływać próbował, i w hokeja grał. Dobrze, że miał takie zainteresowania, a nie inne. Przecież chłopaki od niego ze szkoły robili różne złe rzeczy. Kradli samochody, włamywali się do mieszkań. A on nie miał na to czasu, bo musiał iść na trening.

Jak był mały, grałam razem z nim w piłkę. Niektóre panie myślały, że jestem pomocą domową. No bo jak to, matka z dzieckiem biega za piłką? A myśmy z byłym mężem się rozeszli, jak Waldek miał osiem lat. Zawsze mu powtarzałam: “Pamiętaj, że jesteś z rozbitej rodziny, więc wszystkie śmieci, które leżą na ulicy, będą wam przypisywane”.

Zofia Malak z bluzą syna Waldemara z igrzysk olimpijskich w Barcelonie:

Bałam się o to w szczególności po sytuacji z Cetniewa. Wszystkich szczegółów pewnie nie znam, bo wie pan — matce zupełnej prawdy się nie mówi. W każdym razie na zgrupowaniu byli wtedy też chłopcy z Łodzi. Prawdopodobnie poszło o jakąś dziewczynę. Przeważnie tak jest, jak dochodzi do bójki między młodymi chłopcami. Waldek wstawił się za kolegą, pchnął kogoś, a ten uderzył o scenę i zemdlał. Pogotowie go wzięło, a jego rodzice oddali sprawę do sądu. Od razu zdobyłam do nich numer, zadzwoniłam i przeprosiłam. Bałam się, że chłopaka wsadzą mi do więzienia.

Wtedy bardzo pomógł nam Zygmunt Smalcerz. Załatwił dobrego adwokata, który skierował sprawę na takie tory, że wyciągnął mi Waldka z tarapatów. Dzień przed rozprawą pojechałam do rodziców tego chłopaka. Wzięłam pieniądze w ramach odszkodowania. Otworzyła mi matka, po jakimś czasie pojawił się syn. Kaleka. Aż się przeżegnałam. Bałam się, że to Waldek go tak załatwił. A tu się okazuje, że ten chłopak się taki urodził. Inaczej Waldek nie wygrzebałby się z więzienia.

Niedługo po pogrzebie słyszę stukanie do drzwi.

— Kto tam?

— Koledzy Waldka.

— Jak to koledzy?

— Myśmy z Warszawy przyjechali. Mogłaby nam pani drzwi otworzyć?

A ja do otwierania drzwi jestem ostatnia. Powiedziałam więc na głos:

— Weź tam, Tadeusz, otwórz te drzwi.

I już spierniczali po schodach. Po prostu myśleli, że odziedziczyłam kupę pieniędzy za medal Waldka i odszkodowanie za wypadek. Ale gdzie tam. Jak poszłam do PZU, okazało się, że odszkodowanie nie przysługuje, bo Waldek nie był ubezpieczony. Działacze ubezpieczali ich tylko wtedy, gdy zawodnicy wyjeżdżali na zawody.

Trofea Waldemara Malaka w Muzeum Lechii Gdańsk (od 3:10):

Jakaś tam nagroda finansowa po igrzyskach była, a ponadto po olimpiadzie Waldek dostał od Henia z Warszawy forda scorpio. Skumplowali się już wcześniej, gdy jeździli na zawody. Heniu nie miał rodzeństwa, więc powtarzał, że Waldek jest dla niego jak brat. Gdy syn poszedł odrobić wojsko w Legii Warszawa, to obstawiał Heniowi jego kantor. A przed wyjazdem do Barcelony miał obiecane, że jak zdobędzie medal, to Heniu da mu auto. I potem Waldek zginął w tym samochodzie. Heniu strasznie to przeżył. Przyjechał na pogrzeb i powiedział: “Ja mu trumnę dałem”.

Od razu wybiłam mu to z głowy. To był po prostu 13 listopada. Tego dnia było wilgotno, a wieczorem pojawił się lekki mróz. Z tego względu zrobiło się ślisko. Do wypadku doszło w Charwatyni koło Wejherowa. Jechali do Niemiec. Waldek miał wystartować w zawodach, a Rafał odwiedzić swoją dziewczynę.

Waldemar Malak za kierownicą forda scorpio, w którym zginął:

Początkowo prowadził Waldek, ale później zamienili się miejscami z Rafałem. Po wyjeździe ze stacji syn zdążył tylko wyciągnąć batona i doszło do wypadku. Nawet nie zdążył go odwinąć. Czołowe zderzenie. Ci, co jechali do Kochanowa, mieli rozwalony cały przód samochodu, dziewczyna złamała nogę.

Waldek zmarł pechowo. Masa mięśni i klatki piersiowej spowodowała pęknięcie aorty i krew zalała mu płuca. Z kolei Rafałowi wbiła się kierownica nad okiem. Po przyjeździe na miejsce strażacy przez dwie godziny rozcinali wrak, żeby wyjąć Rafała.

Po śmierci syna miałam tylko jedną prośbę: żeby mi Waldka nie kroili. “Przykryjcie go prześcieradłem, bo mu zimno” — mówiłam lekarzowi. To takie trochę głupie, ale w domu zawsze powtarzał, żeby mama zamknęła okno, bo mu po barkach ciągnie.

Nikogo nie obwiniałam o to, że Waldek zmarł. Nawet Rafała. Oboje z Waldkiem zawsze tak podchodziliśmy do życia, że jak coś się stało, to tak miało być. Dlatego nie mam do niego żadnych pretensji, że zabił mi dziecko.

Po wypadku poszłam do szpitala, żeby go odwiedzić, ale nie wpuścili mnie, bo myśleli, że chcę mu coś zrobić. Potem długo mnie unikał. Mówiłam jego matce, że nie mam do niego żalu, ale on i tak bardzo to przeżywał. Miał do tego prawo.

Brązowy medal Waldemara Malaka z igrzysk olimpijskich w BarcelonieBrązowy medal Waldemara Malaka z igrzysk olimpijskich w Barcelonie – Wojciech Figurski / newspix.pl

Później rodzice Rafała przyjeżdżali jeszcze do mnie z kwiatami w jego imieniu. Za każdym razem powtarzałam, że nie mają za co przepraszać, bo nie wiadomo, kto jest winny. A może to jednak kierowca tamtego auta? Może rozmawiali i nie patrzył na drogę? Może trzymał ją za rękę? Mnie to było już obojętne. Życia Waldkowi by to już nie wróciło.

Bardzo było mi szkoda Rafała. Stracił przecież oko, a mogło być jeszcze gorzej. Czuł się strasznie winny. W końcu go spotkałam i powiedziałam: “Panie Rafale, ja nie mam do pana żadnych pretensji. Gdyby pan zrobił to specjalnie, to miałabym urazę. Ale to był przecież wypadek”. Mam nadzieję, że zrozumiał.

Rafał dostał chyba jakąś karę w zawieszeniu. Coś pewnie mu wlepili, bo to jednak był wypadek śmiertelny. Nie pamiętam już. Na rozprawy chodziłam, bo musiałam, ale ja sprawy w sądzie nie wytoczyłam. Żadnego odszkodowania nie żądałam. Dziwię się ludziom, którzy nie mają siły, żeby przebaczyć, ale mają siłę, żeby walczyć o pieniądze. Dla mnie to jest dziwne. Chyba że to ja jestem jakaś dziwna…

Wysłuchał Dariusz Dobek

***

Jego wzrok pogorszył się z dnia na dzień. Najpierw w jednym oku. Zajęcia na hali, uderzenie piłką w twarz i Michał Globisz znalazł się w szpitalu. Później gasła widoczność w drugim oku. Mimo to zasłużonego trenera i wychowawcę młodzieży wciąż można spotkać na trybunach stadionu w Gdyni – przychodzi na mecze, a koledzy opowiadają mu, co dzieje się na boisku. W “Prześwietleniu” opiekun złotych medalistów mistrzostw Europy sprzed lat opowiada o nauce nowego życia i ustawiania głowy pod takim kątem, żeby na przystanku dostrzec numer nadjeżdżającego trolejbusu.

Must Read
Powiązane wiadomości