Przykłady udanych polskich sukcesji można by mnożyć bez końca. Przekazanie sterów w firmie dzieciom udało się u Mokryszów z Mokate, u Voelkelów z VOX, u Oleksowiczów z Inter Cars, u Furmanów z Aflofarmu, u Niemczyckich z Curtis, u Zajezierskich z Nowel. I tak można by jeszcze wymieniać długo. Historie tych najbogatszych polskich rodzin, w których działa już kolejne biznesowe pokolenie opisywaliśmy w ostatnich miesiącach na łamach „Wprost”. Pisaliśmy o tym, jak im się to udało, jak rodzice przygotowali dzieci do sukcesji, a jak dzieci przestawiały rodzinny biznes na nowe tory.

Ale to niestety wyjątki, bo w Polsce tylko jedna na dziesięć sukcesji kończy się sukcesem. Pozostaje pytanie, co z tysiącami innych firm, które do dzieci założycieli nie trafiły. Opcji jest kilka – jedne mniej, drugie bardziej optymistyczne.

Menadżer zamiast syna

Pierwsza – sukcesja menadżerska. W skrócie – założyciel firmy zachowuje w niej udziały, ale jej zarządzanie przekazuje zaufanemu menadżerowi. Taki model sukcesyjny jest bardzo popularny w Stanach, gdzie najbogatsi Amerykanie wcale nie przekazują swoich firm dzieciom, a właśnie menadżerom, których do roli prezesów przygotowywali przez lata.

Billa Gatesa na fotelu prezesa Microsoftu najpierw zastąpił Steve Ballmer, a potem Satya Nadella, który szefuje gigantowi z Redmont od 2014 r. do dziś. Chociaż Gates ma dzieci i fortunę szacowaną na 123 mld dolarów, to w wywiadach przyznaje otwarcie, że nie odziedziczą po nim nawet 1 proc. majątku.

Udział
Exit mobile version