W Interii opisaliśmy przypadek jednego z lekarzy w powiatowym szpitalu w Braniewie, który zarobił w 2024 roku prawie 1 mln 800 tys. w rok. Wykazywał, że jego doba miała nawet 72 godziny, a on pracował w kilku miejscach jednocześnie. Jak ustaliliśmy, w przypadku tego jednego lekarza podobny system „rozliczania” funkcjonował też w latach poprzednich.
Dziś lekarz ten nie pracuje w braniewskim szpitalu. Odszedł latem ubiegłego roku, bo nowa prezes szpitala nie zgodziła się na rozliczanie według zastanego modelu.
Zadajemy więc pytanie, jak to możliwe, że w roku 2024, a także w latach poprzednich taki system był akceptowany? Dlaczego ani ówczesna dyrektor szpitala, ani rada nadzorcza, ani władze powiatu odpowiadające za nadzór nad placówką nie zakwestionowały tych praktyk?
– Nie można sprowadzać tej sprawy wyłącznie do osoby lekarza – mówi Interii obecny starosta braniewski Leszek Dziąg.
– Pytanie brzmi również: kto zatwierdzał jego umowy, kto przyjmował faktury, kto kontrolował nakładające się godziny i kto wyrażał zgodę na wypłatę tak ogromnych kwot? Dokumenty przez lata przechodziły przez kilka szczebli organizacyjnych i nikt nie zatrzymał rozliczeń, w których doba miała 48, 62, a nawet 72 godziny – dodaje.
Rekordowe rozliczenia miały miejsce, gdy funkcję prezes Powiatowego Centrum Medycznego w Braniewie pełniła Bożena Duduś, obecnie dyrektor ds. ekonomicznych w szpitalu w Ostródzie.
Nadzór właścicielski nad spółką szpitala w Braniewie do końca kwietnia 2024 roku sprawowały władze powiatu, na czele których stał ówczesny starosta braniewski Karol Motyka. Zaś spraw szpitala miał doglądać etatowy członek Zarządu Powiatu Krzysztof Kowalski. Za co – jak wskazują obecne władze powiatu – otrzymywał specjalny dodatek do wynagrodzenia.
Obaj politycy, wraz z kilkoma innymi osobami, protestowali z transparentami „prezes sukcesu musi zostać”, kiedy nowe władze odwoływały Bożenę Duduś.
– Postawiono lisa do pilnowania kurnika – tak o funkcji Krzysztofa Kowalskiego mówi obecny starosta braniewski Leszek Dziąg.
– Odkryliśmy, że w szpitalu funkcjonował system, który można określić jako „rodzina na swoim”. Ówczesna prezes Bożena Duduś to kuzynka Krzysztofa Kowalskiego. Z kolei syn Kowalskiego świadczył usługi dla szpitala jako informatyk. W placówce zatrudnione były także inne osoby powiązane rodzinnie lub osobiście z ówczesnym układem zarządzającym – wylicza samorządowiec.
Sam Kowalski, dziś przewodniczący Rady Powiatu przyznaje, że łączą go relacje rodzinne z poprzednią prezes szpitala. – Mieliśmy wspólnego dziadka. Sąd w Braniewie uznał, że nie jesteśmy rodziną – mówi krótko.
Interia ustaliła, że w szpitalu pracował także chłopak córki pani prezes, a obecnie jej zięć. Pełnił on funkcję dyrektora do spraw techniczno-administracyjnych oraz prokurenta spółki. To bardzo ważne stanowisko w szpitalu. „Druga osoba po prezes” – słyszę.
Z dokumentów wynika, że miał on otrzymać także dodatkowe wynagrodzenie za czynności dotyczące remontów i prac technicznych, choć zadania związane z nadzorem nad remontami miały należeć do jego podstawowego zakresu obowiązków.
Syn informatyk na specjalnych zasadach
Jak mówi Interii Leszek Dziąg, do dziś wiele wątpliwości budzą zasady współpracy z informatykiem, będącym synem samorządowca Krzysztofa Kowalskiego. – W szpitalu widywano go rzadko – relacjonuje starosta.
Kowalski przyznaje w rozmowie z nami, że jego syn wykonywał usługi dla szpitala „jako podmiot zewnętrzny”.
Wieloletni pracownicy szpitala potwierdzają, że wspomniany informatyk często bywał niedostępny. – Wydzwaniały do niego oddziałowe, a on nie odbierał telefonów albo mówił, że ma zlecenie w innej firmie i przyjedzie później, co często nie następowało. To było naprawdę częste i utrudniało codzienne funkcjonowanie szpitala – mówi nam jedna z pielęgniarek.
– Po objęciu funkcji prezesa zrobiliśmy wstępny audyt informatyczny, który wykazał wiele nieprawidłowości systemu IT, sieci LAN i sieci teletechnicznej. Pojawiały się skargi dotyczące trudności w uzyskaniu bieżącego wsparcia, osoba odpowiedzialna za ten obszar była trudno dostępna – stwierdza aktualna prezes braniewskiego szpitala Agnieszka Grzelak.
Jej wątpliwości wzbudziła także umowa wspomnianego informatyka. – W przypadku zakończenia współpracy umowa przewidywała obowiązek „natychmiastowej” zapłaty wynagrodzenia za okres sześciu miesięcy z góry. Taki zapis ograniczał swobodę działania Spółki i nie zabezpieczał jej interesów, tylko interes informatyka – słyszymy.
Czy ówczesne władze powiatu miały świadomość, na jakich zasadach pracowano wówczas w Powiatowym Centrum Medycznym w Braniewie?
Lekarz sam układał grafiki, rozliczał nawet 72 godziny na dobę
Wróćmy do samego Krzysztofa Kowalskiego – przypomnijmy, dziś przewodniczącego Rady Powiatu, wtedy etatowego członka Zarządu Powiatu, który miał doglądać spraw szpitala. A jednocześnie osoby powiązanej rodzinnie z byłą prezes placówki, Bożeną Duduś.
– Odpowiadałem za analizę sprawozdań finansowych – precyzuje samorządowiec w rozmowie z Interią.
Czy w tych sprawozdaniach cokolwiek budziło jego wątpliwości? – O całej sytuacji dowiedziałem się niedawno z mediów. Czytam, że chodzi o rok 2024. Ja przestałem pełnić funkcję na przełomie kwietnia i maja 2024 r – podkreśla.
Sprawę szeroko opisaliśmy w artykule: Lekarz „pracował” 72 godziny na dobę. „To było wprost dojenie szpitala”. Zabezpieczona dokumentacja wskazuje, że ten sam medyk wykazywał wykonywanie świadczeń w kilku miejscach równocześnie.
Jak powiedziała nam obecna prezes szpitala: „lekarz przez 24 godziny jeździł w karetce i jednocześnie zabezpieczał oddział chirurgii lub świadczył usługi w ramach nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej”. Tak kreatywne grafiki układał sam jako dyrektor ds. lecznictwa.
Zgodnie z przedstawionymi fakturami były miesiące, kiedy lekarz rozliczał ponad 1000 godzin pracy. A w niektórych dobach 48, 62, a nawet 72 godziny.
– To było fizycznie niemożliwe do wykonania przez jedną osobę. Był w kilku miejscach w szpitalu i jeszcze jeździł do przychodni w Płoskini. Zawsze twierdził, że musi łatać dziury – mówi pielęgniarka zatrudniona w szpitalu od lat.
Jak przyznaje nasza rozmówczyni, szpital miał problemy z obsadą dyżurów. – Ale nie takie, żeby jeden lekarz musiał być w czterech miejscach naraz, bo to zagraża bezpieczeństwu pacjenta. Nieraz nie mogliśmy go znaleźć. Czasami szukałam go z poprzednią prezes. Pamiętam, jak pacjent z „nocnej świątecznej” czekał przez całą noc, żeby ten lekarz zszedł i go zbadał, ale się nie zjawił – słyszymy.
Rekordowe zarobki lekarza, czyli prawie 1 mln 800 tys., pochodzą z 2024 roku, ale opisane przez Interię praktyki był stosowane we wcześniejszych latach.
„Z analizy sprawozdań nie wynikało, że tak rozliczano kontrakty”
– Jako Zgromadzenie Wspólników nie mieliśmy wiedzy na ten temat. Z analizy sprawozdań nie wynikało, że tak rozliczano kontrakty. Dlatego trudno mi teraz ferować wyroki – mówi Krzysztof Kowalski.
– Zarząd Powiatu sprawujący nadzór przez Zgromadzenie Wspólników kierował pytania do Rady Nadzorczej odnośnie do funkcjonowania szpitala. Nie mieliśmy żadnych sygnałów – stwierdza.
Czy Kowalski był zszokowany zarobkami na poziomie 1 mln 800 tys. zł w Braniewie? – Lekko zaskoczony – odpowiada. – Takich zarobków się na co dzień nie spotyka, ale myślę, że są większe – mówi i dodaje, „że jest to wina systemu”.
Kto jest w takim razie winny temu, że w szpitalu w ten sposób rozliczano czas pracy? – dopytujemy.
– Nie czuję się upoważniony i uprawniony do wskazywania winnych – odpowiada.
Za to dziś samorządowiec, będąc w opozycji, domaga się od szpitala sprawozdań finansowych. – Jako radni nie mamy dostępu do sprawozdań finansowych F-01 oraz MZ-03, co utrudnia ocenę aktualnej sytuacji finansowej. Próba przeprowadzenia kontroli PCM przez Komisję Rewizyjną również nie powiodła się – mówi.
Obecna prezes szpitala tłumaczy, że kiedy radny wnioskował o dokumentację, nie była ona pełna. – Dziś jest publicznie dostępna – dodaje.
Chaos w dokumentach, fotowoltaika i cieknący dach
Oprócz zarobków lekarza rekordzisty, rodzinnych powiązań osób zarządzających i nadzorujących szpital, wątpliwości obecnych władz placówki budzi także stan techniczny, w jakim ją zastali.
– Każdy dzień przynosił kolejne informacje na temat przeciekającego dachu, pękających rur, awarii, konieczności doraźnego łatania usterek i spraw infrastrukturalnych, które w szpitalu mają bezpośrednie znaczenie dla bezpieczeństwa pacjentów, personelu i ciągłości pracy – wylicza obecna prezes szpitala.
– Gdy weszłam do archiwum szpitala, okazało się, że dokumentacja częściowo leżała na podłodze, część była niedbale wrzucona w kartonach, a część wysypywała się z rozpadających się regałów. Ciekawy był sposób sortowania – według… daty wypisu pacjenta – mówi.
Jeśli pacjent nie wiedział, kiedy wypisano go ze szpitala, to ile mogło trwać znalezienie jego historii choroby – dopytujemy.
– Aż strach pomyśleć – mówi prezes. I wspomina trzy tiry, które były potrzebne, żeby dokumentację zawieźć do firmy, zajmującej się archiwizacją i digitalizacją.
Aktualna prezes wspomina, że jednym z najpilniejszych problemów do rozwiązania była kwestia przeciekającego dachu. – Zalegający śnieg, wzrost temperatury oraz opady deszczu powodowały zalewanie sal oraz pomieszczeń magazynowych – słyszymy.
Pokazuje zdjęcie. Wśród łóżek przeznaczonych dla pacjentów widać wielkie pojemniki zbierające kąpiąca z sufitu wodę. Starosta Leszek Dziąg o fotografii mówi wprost: „to symbol tamtego okresu”. – Doszło do absurdalnej sytuacji, w której na nieszczelnym dachu zamontowano panele fotowoltaiczne – stwierdza.
Panele fotowoltaiczne zamontowano w 2021 roku. Wtedy wykonawca miał ostrzegać, że przed montażem, dach wymaga naprawy i wykonania prawidłowej izolacji. Naprawę tę wycenił na 85 tys. zł. Mimo to zdecydowano o montażu instalacji na istniejącym pokryciu, argumentując, że szpital nie ma środków na remont.
Krzysztof Kowalski w rozmowie z Interią potwierdza, że poprzednia prezes zgłaszała władzom powiatu ten problem. – Ale nie mieliśmy wystarczających środków finansowych w budżecie, żeby wymienić cały dach, a zauważmy, że budynek jest z 1975 roku – podkreśla.
– Myśmy przejęli szpital po poprzedniej kadencji, gdzie wynik finansowy był ujemny, około 1 mln 450 tys. zł. Dodatkowo były wzięte pożyczki na 1,8 mln zł. Natomiast na koniec kadencji zostawiliśmy szpital z zyskiem – wylicza Kowalski.
– Pacjent leżał pod cieknącym sufitem, ale pieniądze znajdowały się na rozliczenia, których nie da się pogodzić z liczbą godzin w dobie. To pokazuje, jakie były wówczas priorytety – nie gryzie się w język obecny starosta Leszek Dziąg.
Możliwe nieprawidłowości bada prokuratura
Obecnie Prokuratura Rejonowa w Elblągu prowadzi postępowanie dotyczące podejrzenia nadużyć i działania na szkodę Powiatowego Centrum Medycznego w Braniewie. Chodzi m.in. o sprawę lekarza, który dokonywał rekordowych rozliczeń godzin pracy.
Z kolei Powiatowe Centrum Medyczne w Braniewie prowadzi przed Sądem Okręgowym w Elblągu postępowanie cywilne przeciwko byłej prezes. Spółka domaga się zwrotu części wypłaconego wynagrodzenia, twierdząc, że było ono zwiększane bez prawidłowej podstawy i z naruszeniem przepisów dotyczących zasad wynagradzania członków organów zarządzających spółkami z udziałem jednostek samorządu terytorialnego.
Czy w obu kwestiach doszło do naruszenia przepisów? To rozstrzygnie sąd.
Pod rozliczeniami lekarza z Braniewa widnieją podpisy ówczesnej prezes Bożeny Duduś, która poza kierowaniem Powiatowym Centrum Medycznym, wykazywała w oświadczeniu majątkowym dochody z „umowy o pracę w Lotos Gdańsk”. W 2024 roku z tego tytułu zarobiła ponad 109 tys. zł.
Próbowaliśmy skontaktować się z Bożeną Duduś, ale jak przekazał nam zatrudniający ją obecnie szpital w Ostródzie – przebywa na urlopie. „Treść korespondencji otrzymanej od Państwa została przekazana na adres mailowy Pani Dyrektor” – napisano.
O sprawie chcieliśmy porozmawiać także z poprzednim starostą braniewskim Karolem Motyką, który bronił byłej prezes, ale do czasu publikacji tego materiału nie odpowiedział na nasze wiadomości.
Czy władze powiatu mogły wiedzieć o „lekarzu rekordziście” – pytam wieloletnich pracowników szpitala? – Wszyscy w szpitalu wiedzieli, jak to wygląda. Takie rzeczy się roznoszą. A pan Kowalski bywał u pani Duduś regularnie, czego byłam świadkiem – mówi wieloletnia pracownica szpitala.
Jolanta Kamińska-Samolej (kontakt do autorki: jolanta.kaminska@firma.interia.pl)


