-
Generał Tomasz Drewniak wyjaśnia, że czas reakcji polskiego wojska na pojawienie się obiektu w przestrzeni powietrznej może wynosić nawet pół godziny, a obiekt w Tarnawie-Kolonii spadł po sześciu minutach.
-
Według dostępnych informacji, wykryty obiekt poruszał się z prędkością około 800-900 km/h i przestał być widoczny na radarach przed dokonaniem pełnej identyfikacji.
-
Generał Drewniak wskazuje, że w czasie pokoju nie używa się naziemnych systemów obrony powietrznej bez wcześniejszej identyfikacji celu dokonanej przez pilota, dlatego nie zdecydowano się na zestrzelenie obiektu.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Co spadło w miejscowości Tarnawa-Kolonia? Według ukraińskich źródeł monitorujących aktywność Rosjan, mogła to być rakieta Ch-101. To rosyjski strategiczny pocisk manewrujący typu powietrze-ziemia, wystrzeliwany z samolotów, którego zasięg przekracza trzy tysiące kilometrów.
Taką informację podał też szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha.
W rozmowie z Interią były Inspektor Sił Powietrznych generał Tomasz Drewniak przyznaje, że to możliwe. Podkreśla jednak, że ustalenie, co spadło na terytorium Polski, musi przedmiotem analizy i potwierdzone informacjami Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych.
Generał wyjaśnia, że radary wojskowe wykryły obiekt, więc armia dysponuje informacjami na temat prędkości obiektu. – Jeżeli krater jest tak wielki, jak podaje straż pożarna, to jednak tam ładunek był poważny – wskazuje generał Drewniak. Służby poinformowały, że krater ma około 10 metrów średnicy.
– Jeżeli obiekt porusza się z prędkością 800 km/h, to nie jest dron – podkreśla generał Drewniak.
Tarnawa-Kolonia. Rakieta spadła po sześciu minutach
Dowództwo Operacyjne opublikowało komunikat, w którym wyjaśnia, że obiekt w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto około 3.40. Poruszał się na zachód.
„W celu jego rozpoznania i przechwycenia w rejon skierowano dyżurny myśliwiec F-16. O godz. 3.46, przed dokonaniem jednoznacznej identyfikacji, obiekt zanikł ze wskazań systemów radiolokacyjnych” – wskazuje wojsko.
Jeśli dodać do tego ukraińskie dane o ruchu pocisków i miejscu przekroczenia granicy, w ciągu wskazanych przez wojsko sześciu minut obiekt pokonał około 80-90 kilometrów. Tyle w linii prostej jest od Ukrainy do miejscowości Tarnawa-Kolonia. Na tej podstawie można obliczyć prędkość obiektu – tak jak wskazał generał – w przedziale 800-900 km/h.
Pozostaje pytanie, dlaczego obiekt nie został zestrzelony.
Obiekt nad Polską. Generał wskazuje czas reakcji wojska
Wojsko podkreśla, że w rejon skierowano dyżurny myśliwiec. Obiekt zaś zniknął z radarów przed jednoznaczną identyfikacją.
Generał Drewniak tłumaczy, że sześć minut to niewystarczający czas, żeby taki obiekt zneutralizować. – W czasie pokoju to w ogóle nie ma o czym mówić – zaznacza.
– Samolot potrzebuje więcej czasu do startu. Stoi w dyżurze w tzw. QR10, czyli 10 minut do startu od sygnału. Plus jeszcze czas, by dolecieć na miejsce. Myśliwiec nie stoi na granicy w Zamościu. Są w Poznaniu, Łasku, Malborku. Jakbyśmy nie patrzyli, mają do przelecenia pół Polski – wyjaśnia nasz rozmówca.
Potrzebny jest pilot samolotu, który na końcu musi dokonać identyfikacji, żebyśmy mieli pewność, co to jest. Dopiero wtedy można wydać zgodę na otwarcie ognia
– Nawet jakby leciał z dość dużą prędkością, zajmie to 20 minut. Zatem czas reakcji systemu to około pół godziny. Chyba, że mamy sygnały od tamtej (ukraińskiej – red.) strony i trzymamy samoloty w strefie (gdzie spodziewane są obiekty – red.). Wtedy czas reakcji jest w zasadzie zerowy – mówi generał Drewniak.
Były Inspektor Sił Powietrznych tłumaczy również, że niemożliwe było zestrzelenie obiektu przy użyciu naziemnych systemów obrony przeciwlotniczej, co wynika z procedur.
– W czasie pokoju nie strzela się systemami naziemnymi do celów powietrznych, z tego powodu, że nie wiadomo tak naprawdę, co leci. Może wlecieć cywilny samolot, awionetka, są dziesiątki wariantów. Dlatego potrzebny jest pilot samolotu, który na końcu musi dokonać identyfikacji, żebyśmy mieli pewność, co to jest – tłumaczy gen. Tomasz Drewniak.
– Dopiero wtedy można wydać zgodę na otwarcie ognia. Jesteśmy w czasie pokoju. Wojna toczy się obok nas, ale nie u nas. Nie strzelamy do wszystkiego, co się rusza w naszej przestrzeni powietrznej – podsumowuje.
Jakub Krzywiecki
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl
-
Premier reaguje na naruszenie przestrzeni powietrznej. „Zwołałem zespół”
-
„Strach”, „pojawił się śmigłowiec”. Niespokojna noc na Lubelszczyźnie


