Trudno było uniknąć porównań do 2003 roku, kiedy inny amerykański prezydent postanowił obalić bliskowschodni reżim. Jednak Irak okazał się dla USA rozpisaną na wiele lat katastrofą.
Tym bardziej zaskakujące może być, że na kolejną interwencję w regionie pokusił się prezydent, który od lat obiecywał kres niekończących się wojen, a jeszcze w ostatniej kampanii wyborczej przekonywał, że to jego przeciwnicy polityczni – Joe Biden i Kamala Harris – pragną uwikłania USA w nowe konflikty zbrojne.
Tuż po tym, jak amerykańskie pociski spadły na Iran, media społecznościowe zalała fala starych wpisów samego Trumpa oraz jego najbliższych współpracowników, wpisów, w których przestrzegali przed kolejną wojną na Bliskim Wschodzie.
Trudno pogodzić dążenia do obalenia reżimu w Teheranie i angażowanie w to największych sił od czasu operacji irackiej sprzed ponad 20 lat z hasłem „America First”. Dlaczego zatem Donald Trump zdecydował się na taki ruch?
Kiedy dziennikarz zapytał, kto będzie teraz rządził Iranem, prezydent stwierdził, że żadna z osób, których Waszyngton spodziewał się w tej roli, bo atak okazał się tak skuteczny, że wszyscy nie żyją
USA-Iran. Jak obalić reżim
Prezydent USA nie po raz pierwszy wygłaszał takie wezwanie. Kiedy na początku roku Irańczycy protestowali przeciwko swojemu rządowi, Trump napisał na Truth Social: „Irańscy patrioci, protestujcie – przejmijcie swoje instytucje! Pomoc jest w drodze„. Jednak wówczas pomoc nie nadeszła, a manifestacje zostały krwawo stłumione przez rządzących.
Amerykański prezydent podobno już wtedy rozważał uderzenie na Iran, ale odwiedli go od tego doradcy i dowódcy wojskowi. Moment nie był sprzyjający. Amerykańskie siły w regionie były niewystarczające, bo Waszyngton koncentrował się wówczas na Wenezueli i przez wiele tygodni budował presję wobec Nicolasa Maduro.
Tym razem było inaczej. Choć od wielu dni napływały informacje, że Stany Zjednoczone z dnia na dzień umacniają swoją pozycję militarną w regionie, to do ostatniej chwili Waszyngton unikał jakichkolwiek zapowiedzi, sugerując, że wciąż najbardziej pożądane jest rozwiązanie dyplomatyczne.
Po zakończonych brakiem postępu rozmowach w Genewie zapowiedziano kolejne w Wiedniu. Pojawiła się też informacja, że na początku tygodnia sekretarz stanu Marco Rubio odwiedzi Izrael, co mogło sugerować, że Amerykanie nie zdecydują się na atak w weekend.
Z rozpoczęciem ataku zwlekano do godzin porannych w sobotę – najprawdopodobniej po to, by ajatollah Chamenei nie został zaalarmowany przedwcześnie i nie schronił się przed nadchodzącym atakiem. Tym samym Iran został pozbawiony lidera.
Jednak skojarzenia z upadającym pomnikiem Saddama są pozorne. Donald Trump wcale nie zakłada, że ustanowienie nowych władz w Teheranie musi się udać – daje Irańczykom szansę. Ale podkreślając, że wszystko spoczywa w ich rękach, przygotowuje sobie również drogę odwrotu. Jeśli się nie powiedzie – to przecież nie jego wina.
Z perspektywy amerykańskiej równie kuszący jest scenariusz wenezuelski. Narastająca presja militarna ma doprowadzić do rozłamu w obecnej elicie władzy. Niech wyłoni się z niej frakcja, która zdecyduje się przejąć kontrolę, dużo bardziej uległa wobec amerykańskich oczekiwań.
To, czy owa frakcja będzie demokratyczna albo zgodzi się respektować prawa człowieka, nie ma istotnego znaczenia. Ostatecznie, jeśli nowy reżim okaże się równie brutalny wobec swoich obywateli co poprzedni, Irańczycy sami będą sobie winni – prezydent Trump dał im przecież szansę.
Uciec z Bliskiego Wschodu
Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA jasno przedstawiła priorytety. Stany Zjednoczone mają się skupić na własnej półkuli, żeby nie dopuścić do powstania zagrożenia w swoim bezpośrednim sąsiedztwie oraz na Indopacyfiku.
Chiny to dziś jedyne państwo o potencjale umożliwiającym zagrożenie interesom Waszyngtonu. Europa i Bliski Wschód? Na dalszym planie. Docelowo USA powinny ograniczyć swoje zaangażowanie w tych regionach. Wycofywanie się z Europy to skomplikowany proces, ale na Bliskim Wschodzie problem pozostał jeden: Iran i powiązane z nim organizacje (jak Hezbollah czy Hamas).
Sankcje gospodarcze doprowadziły Iran na skraj katastrofy, ale nie zdołały wymusić politycznych zmian. Działania dyplomatyczne prowadzone w ostatnich miesiącach również nie przyniosły pożądanych rezultatów – trudno się zresztą spodziewać, że Teheran zaakceptuje wymóg rezygnacji ze wzbogacania uranu, programu rakietowego oraz wspierania powiązanych z nim milicji w regionie.
Zaś prezydent Trump w swoich wystąpieniach dotyczących ataku na ten kraj postawił sprawę jasno: państwo będące największym sponsorem terroryzmu na Bliskim Wschodzie nie może dysponować arsenałem nuklearnym i pociskami rakietowymi zdolnymi zagrozić Stanom Zjednoczonym.
Do tego dochodzi obawa obecnej administracji o przyszłe zmiany polityczne w kraju. Można sobie wyobrazić, że prezydent Trump raz do roku zarządza bombardowanie Iranu, by nie dopuścić do rozwoju programu nuklearnego. Ale co, jeśli władza w Waszyngtonie się zmieni, a następny lokator Białego Domu będzie się wzdrygał przed takim postępowaniem? Iran mógłby znów zyskać czas na rozwój zdolności zagrażających Izraelowi i partnerom USA w regionie.
Żeby ogon nie machał psem
Donald Trump udzielił ciekawej odpowiedzi Jonathanowi Karlowi ze stacji ABC. Kiedy dziennikarz zapytał, kto będzie teraz rządził Iranem, prezydent stwierdził, że żadna z osób, których Waszyngton spodziewał się w tej roli, bo atak okazał się tak skuteczny, że wszyscy nie żyją.
Taka wypowiedź może oznaczać kilka rzeczy. Być może prezydent chciał jedynie pokazać, jak gigantyczny sukces odniósł – zresztą w tej samej rozmowie dodał, że nikt poza nim nie byłby w stanie tego dokonać.
Może jednak to sposób na przyznanie, że w chwili obecnej nie istnieje gotowy plan na polityczną zmianę w Teheranie i Waszyngton wciąż liczy, że militarna presja pozwoli na wyłonienie się rozłamowej frakcji w rządzącej elicie.
Możliwe też, że Izrael postanowił skutecznie te poszukiwania utrudnić. Tel Awiw nie wydaje się zainteresowany wspomnianym wcześniej scenariuszem wenezuelskim: reżim ma upaść.
Gdyby to ostatnie przypuszczenie okazało się prawdziwe, wpisywałoby się w szerszy problem, który przyczynił się do decyzji Trumpa o interwencji: obawę, że jeśli Amerykanie się zawahają, Izrael sam zdecyduje się działać, wymuszając reakcję Waszyngtonu.
Podobna dynamika miała miejsce w czerwcu zeszłego roku, podczas tzw. wojny 12-dniowej. Teraz jednak republikanów czeka kampania wyborcza przed nadchodzącymi wyborami do Kongresu w listopadzie.
Ryzyko, że konflikt wybuchnie w czasie intensywnej kampanii i dodatkowo skomplikuje i tak już niełatwą sytuację partii prezydenta Trumpa, było spore. Administracja mogła zatem zdecydować, że nie pozwoli, żeby tym razem ogon machał psem i sama wybrała dogodną datę ataku.
Atak na Iran a wizerunkowe zyski
Donald Trump może wiele stracić na interwencji w Iranie. Jego polityczny wizerunek prezydenta pokoju kończącego wojny i skupiającego się przede wszystkim na USA stoi w sprzeczności z kolejną militarną interwencją na Bliskim Wschodzie.
Interwencja w Iranie jest niepopularna – ostatni sondaż Reuters/Ipsos wskazuje, że popiera ją mniej niż 1/3 Amerykanów (nieco lepiej sytuacja wygląda wśród wyborców republikańskich, ale i tam to niewiele ponad połowa ankietowanych).
Ewentualne komplikacje, przedłużające się walki – wszystko to będzie przywoływało wspomnienia nieudanych wojen z pierwszych dekad tego stulecia. Zaburzenia na rynku ropy i gazu mogą negatywnie wpłynąć na sytuację gospodarczą w USA. Republikańscy politycy znajdą się na cenzurowanym kilka miesięcy przed wyborami.
Paradoksalnie jednak operacja militarna w Iranie daje Donaldowi Trumpowi również pewną szansę. Po pierwsze, odwraca uwagę opinii publicznej. Od kilku dni Bliski Wschód dominuje medialny przekaz, a prezydent Trump może występować w roli wojennego przywódcy, co może być bardziej atrakcyjne niż tłumaczenie się z wysokich kosztów życia w kraju czy kolejnych publikacji na temat akt afery Epsteina.
Jeśli działania w Iranie potrwają krótko (prezydent mówi obecnie o czterech tygodniach) i zakończą się jakiegoś rodzaju sukcesem – prezydent ogłosi, że militarne zdolności Iranu zostały porażone, a nowe przywództwo kraju jest ugodowe i chce przystać na część amerykańskich warunków – wątpliwości elektoratu mogą zniknąć.
Po pojmaniu Maduro można było zaobserwować bardzo znaczący zwrot w odczuciach amerykańskich wyborców w stosunku do interwencji w Wenezueli – poparcie dla tej akcji znacząco wzrosło, Amerykanie docenili sukces.
Choć w tym przypadku to nie polityka wewnętrzna podyktowała Trumpowi rozpoczęcie bombardowań w Iranie – raczej wynikało to z bezprecedensowej słabości tego kraju, presji Izraela i chęci zamknięcia istniejącego od wielu dekad problemu – to prezydent może w tej sytuacji odnieść pewne wizerunkowe korzyści. O ile ten popis amerykańskiej siły militarnej okaże się skuteczny, a to ogromne zastrzeżenie.


