Trzaskowski swój kampanijny kwiecień rozpoczął w stolicy, w Pałacu Kultury i Nauki, gdzie we wtorek przez ponad dwie godziny odpowiadał na pytania przedstawicieli mediów – polskich i zagranicznych. Akredytowało się około 130 dziennikarzy, pytanie (pewnie w sumie jakąś setkę) zadało kilkudziesięciu z nich.
Nie brakowało tych poważnych – o kondycję finansów publicznych, wysokość składki zdrowotnej, stopy procentowe, zmiany w wymiarze sprawiedliwości, dostępność mieszkań czy migrację. Na większość z nich Trzaskowski starał się odpowiadać tak, by nie stawiać w kłopotliwej sytuacji rządu, zwłaszcza premiera Donalda Tuska i ministrów, którzy wywodzą się z Koalicji Obywatelskiej. Poparł więc szeroko krytykowaną m.in. przez Rzecznika Praw Obywatelskich tzw. ustawę azylową (dopuszcza czasowe ograniczenia prawa do złożenia wniosku o udzielenie ochrony międzynarodowej), a także stopniowe obniżanie składki zdrowotnej (wątpliwości co prawda ma ministra zdrowia Izabela Leszczyna, ale ideę popierają szef rządu i minister finansów Andrzej Domański).
Podobnie Trzaskowski odpowiedział na zadane przez nas pytanie o krytykowaną przez obecny obóz władzy tzw. ustawę kompetencyjną, która nakazuje rządowi współpracę z prezydentem przy obsadzie unijnych stanowisk. Czy przyszły prezydent Trzaskowski chciałby zachować uprawnienia, które pozwalają mu np. zablokować rządowe kandydatury na komisarza UE czy sędziego TSUE? – zapytaliśmy. – Uważam, że to jest dobry zwyczaj, żeby w momencie, kiedy rozmawiamy o nominacjach na najważniejsze unijne stanowiska, rząd pozostawał z prezydentem w dialogu – odpowiedział Trzaskowski, choć zaraz potem dodał, że „nie potrzeba do tego żadnej ustawy” i przyznał, że uchwalone jeszcze w czasach rządów PiS prawo budzi wątpliwości konstytucyjne.
Trzaskowski dystansuje się od słów Tuska
Podczas dyskusji padło też jednak kilka zaskakujących deklaracji, jak choćby ta, w której kandydat KO nie wykluczył w przyszłości własnej, prezydenckiej inicjatywy ustawodawczej, która miałaby rozwiązać problem „neosędziów”. To istotny sygnał, zwłaszcza, że sam resort sprawiedliwości od miesięcy nie potrafi zdecydować co zrobić z sędziami, którzy awansowali dzięki tzw. neo-KRS (cofnąć ich na poprzednio zajmowane stanowiska, czy poddać ponownej weryfikacji przez ewentualną nową Krajową Radę Sądownictwa). Jeszcze ciekawsza była deklaracja dotycząca woli utrzymania kary bezwzględnego doywocia (bez możliwości ubiegania się o wcześniejsze, przedterminowe zwolnienie), która zdziwiła nawet sztabowców Trzaskowskiego. Jest o tyle zaskakująca, że w resorcie Adama Bodnara powstał projekt, który ma znieść tę karę. Sam minister sprawiedliwości, jeszcze jako RPO, krytykował jej wprowadzenie, argumentując, iż bezwzględne dożywocie narusza prawa człowieka. – Kiedy pozbawiamy kogoś dożywotnio wolności, musimy dać mu minimalną szansę wyjścia na wolność, takie swoiste prawo do nadziei – mówił w 2019 roku ówczesny Rzecznik Praw Obywatelskich.
Kandydat na prezydenta w pewnym momencie zdystansował się nawet od samego premiera, przyznając, iż nie podoba mu się jego słynne powiedzenie o „demokracji walczącej”. – Uważam, że dzisiaj to sformułowanie nie ma specjalnego uzasadnienia, ale za licentia poetica każdy polityk odpowiada sam – tłumaczył Trzaskowski, odpowiadając dziennikarzowi telewizji Trwam.
Prawicowe media w natarciu
Pytania przedstawicieli mediów prawicowych dostarczyły zresztą najwięcej emocji podczas wtorkowej dyskusji. Doszło do kilku, czasem zabawnych, potyczek słownych, gdy prezydent Warszawy co i raz mylił dwie stacje: Republikę i wPolsce24. – A to nie to samo? – upewniał się Trzaskowski. – Nie? A, to przepraszam. Myli mi się, bo treści są dokładnie te same – dodał nieco złośliwie.
Reporterzy trzech sympatyzujących z PiS stacji starali się zresztą tak zadawać pytania, by postawić Trzaskowskiego w kłopotliwej sytuacji. Przypominali wypowiedzi kandydata z przeszłości lub wytykali niespełnione obietnice Koalicji Obywatelskiej. – Dlaczego pan po raz kolejny obiecuje podniesienie kwoty wolnej od podatku? I o jakiej sprawczości pan mówi, skoro rządzicie, a kwoty dalej nie ma? – dociekał dziennikarz z Republiki. Kandydat KO zapewnił, że jeśli zostanie prezydentem, dopilnuje, by rząd Tuska dotrzymał obietnicy i podniósł kwotę wolną od podatku do 60 tys. zł.
Jeszcze więcej emocji dostarczyła wymiana zdań Trzaskowskiego z przedstawicielami telewizji wPolsce24, którzy skarżyli się, że nie są wpuszczani na spotkania kampanijne kandydata KO. – Czy to zaproszenie na dzisiejsze spotkanie jest tylko żartem primaaprilisowym? – pytał jeden z nich. – Panie redaktorze, sam pan robi z tego żart. Zamiast zadać jakieś merytoryczne pytanie, opowiada pan o jakiejś wyimaginowanej cenzurze – odparował Trzaskowski. Przyznał jednak, że z ekipami wPolsce24 były kłopoty, bo zakłócały jego spotkania z wyborcami.
Reporterzy prawicowych stacji byli zresztą jedynymi, którzy ustawili się w kolejce do zadawania pytań po raz drugi. W tej rundzie padały m.in. zarzuty o kontakty posłów KO z „separatystami ze Śląska”, czy o „niską” frekwencję na spotkaniach wyborczych Trzaskowskiego. Kandydat KO się roześmiał, po tym spytał: Panie redaktorze, ileż można manipulować czy kłamać? – Proszę przyjść i zobaczyć ilu ludzi przychodzi na otwarte spotkania – dodał prezydent stolicy.