Życie pod świstem rakiet
Kiedy wyją syreny, Ayala nie biegnie już do schronu. – Czy ty słyszałeś, kiedy ostatnio w Jerozolimie ktoś zginął od rakiet Hezbollahu? Nie? Ja też nie. Ile można schodzić do schronów. Wyjdź teraz na ulice i zobacz, czy ludzie biegną w popłochu. Nie biegną. Do takiego życia można się przyzwyczaić – mówi Interii mieszkanka Jerozolimy. Spotykamy się przy jednym z kościołów przy jerozolimskiej starówce. Ayala ma izraelski paszport i jest chrześcijanką.
– Bardziej mnie martwi, że nie mogę się pomodlić tam, gdzie chce – dodaje. Bo Stare Miasto w Jerozolimie to dzisiaj miasto duchów, izraelskiej policji i wojska, a z rana nie wiadomo po czym sprzątającego personelu służby oczyszczania miasta.
Komu Hezbollah zakłóca spokojny sen?
Najprostsza odpowiedź na to pytanie: w Jerozolimie – rodzinom z dziećmi i przyjezdnym. W Tel Awiwie – tym którzy nie śpią w mamadzie, czyli bezpiecznym pomieszczeniu wewnątrz mieszkania. Zazwyczaj bez okien i w środku budynku. W Kirjat Szemona najbliżej granicy z Libanem – wszystkim.
W tej ostatniej miejscowości w 15 sekund trzeba udać się do mamadu, mamaku lub mamanu. Dwie kolejne nazwy – to właściwie zabezpieczona klatka schodowa albo „bezpieczne” pomieszczenie w budynku użyteczności publicznej. Mieszkańcy Tel Awiwu i Jerozolimy mają 90 sekund na zejście do schronów.
Pierwszej nocy w Jerozolimie syreny wyją o 5 rano. Najpierw z naprawdę przeraźliwym sygnałem wibruje telefon. Potem pojawia się powiadomienie o zagrożenie. Sweter, buty, komputer pod rękę i w drogę dwa piętra pod ziemię do mamanu. W hotelu przy jerozolimskiej starówce, gdzie mieszkam, na 150 pokoi jest ośmioro gości. Sami dziennikarze.
Choć sytuacja – na razie – nie wyeskalowała do takich rozmiarów, przypomina mi się 2003 rok i Bagdad. Ishtar Sheraton był centrum dziennikarskiego życia tamtejszej wojny. Tuż po 5 rano w Jerozolimie zawyły syreny. Do mamanu wpadam ja, dwie dziennikarki z włoskich mediów i para Amerykanów z roczną dziewczynką. Ci ostatni – nadzwyczaj dokładnie ubrani jak na 90 sekund żeby dobiec do schronu. Jak wam się udało tak szybko ubrać – pytam. Dziecko nam zaczęło marudzić na chwilę przed atakiem – mówi tata małej.
Po 10 minutach alarm jest odwołany.
12 000 alarmów, 2000 rakiet i 500 dronów
Od ubiegłej soboty na terytorium Izraela alarm rozlegał się ponad 12 000 razy. Izraelska armia twierdzi, że w stronę kraju poleciało przynajmniej 2000 rakiet i 500 dronów.
Choć każda śmierć to tragedia, to w Izraelu zginęło 10 osób. W Iranie – według najnowszych danych Czerwonego Półksiężyca – ponad 1200.
Ayala ma rację, że Jerozolima – siedziba izraelskich władz – jest szczególnie dobrze chroniona. Tego szczęścia nie miało Beit Szemesz niedaleko Jerozolimy. To tu w irańskim ataku zginęło 9 osób. Izraelskie wojsko na razie nie zgłasza żadnych ofiar.
Jerozolima tylko dla Ciebie
Kto przyjedzie teraz do Jerozolimy, o 7 rano starówkę ma tylko dla siebie. Tak opustoszałego Starego Miasta nie pamiętam. Głównie jednak chrześcijańskiej jego części, gdzie setki sklepików napędzały tłumy turystów pielgrzymujących, aby być bliżej Pana Boga lub „odhaczyć” kolejną atrakcję turystyczną na liście.
Przy bramie Jaffy, ale już za murami Starego Miasta Abdel sprzedaje kawę i papierosy. Trochę się nachodzę, aby znaleźć i jedno i drugie. Izraelskie władze skutecznie walczą z palaczami. Paczka papierosów to prawie 50 złotych. Pytam go, jak idzie biznes. – Nie idzie. Nie ma turystów. I to nie tylko od soboty. Już od początku lutego wyraźnie mniej osób przyjeżdżało do Jerozolimy. – mówi Interii.
– Kiedy to się skończy i jak to się skończy – pytam Abdela.
– Oby jak najszybciej. Na razie niczego dobrego to nie wróży.
– Ale przecież izraelski rząd robi to, żebyś także ty, Abdelu poczuł się bezpieczniej.
– Ja się czuję wystarczająco bezpiecznie – odpowie mi, zanim zauważy na mojej szyi dziennikarską akredytację i nie będzie już tak chętny do rozmowy.
Bramę Jaffy od Bramy Damasceńskiej w Jerozolimie dzieli niewiele ponad kilometr w linii prostej. Późnym popołudniem to jak przejście z pustyni do puszczy.
Okolice bramy Damasceńskiej to dzielnica muzułmańska. Jest ramadan, święty miesiąc postu. Ludzie wylegają to po zachodzie słońca. I tu – kilkaset metrów dalej życie toczy się w swoim gwarze z arabskim kolorytem.
Habibi kup kiszone warzywa
Bliski Wschód dla mnie to także pyszne kiszonki. – Habibi – kup, sprzedam dwie za dwadzieścia szekli! Jedną za 15! – krzyczy sprzedawca.
To dobry moment na rozmowę, bo odzywają się syreny alarmowe.
– Nie biegniesz do schronu? – pytam trochę naiwnie, bo na syreny w ten sposób tu nikt nie reaguje. Kilku młodzieńców patrzy w niebo, kręcą głowami, wypatrując nieszczęścia. Stłumiony huk podrywa dziesiątki gołębi. Jest ich tyle, że przez chwilę wygląda to jak zaćmienie. Huk to izraelska Żelazna Kopuła – zaawansowany system ochrony powietrznej, który strącił pocisk Iranu albo Hezbollahu.
Mam powód do rozmowy. Tu niechętnie rozmawia się z prasą. I co teraz będzie – pytam. – Zajęcie części Libanu to początek kolejnego konfliktu. Mój rozmówca którego imienia nie poznam, uważa, że to cel tej wojny – żeby Izrael miał więcej terytorium.
Libi dziś się boi, bo w wojsku służy jej syn. Znamy się od dwóch dekad. Często prowadziliśmy polityczne dysputy. Libi zawsze wspierała władze. Teraz jest obiema rękoma – jak sama mi powie – za operacją przeciwko Iranowi.
– Tomasz, jeśli Iran zdobyłby broń jądrową, nas nie byłoby następnego dnia – przekonuje mnie, prawie krzycząc.
– Ale ta wojna się niepokojąco rozlewa – mówię.
– Ile można żyć w strachu przed rakietami? Ile można ? Iran gdyby mógł to by nas „załatwił”. To było nieuniknione.
Ale dziś większy strach to ten o syna.
Dama z pieskiem na granicy
Na granicy Izraela i Jordanii od kilku dni panuje tłok. Ale tylko w jedną stronę. Z Izraela wyjeżdżają rodziny z dziećmi, uciekają uwięzieni z powodu zamknięcia przestrzeni powietrznej turyści.
Dzieci, dużo dzieci. Te mniejsze – naprawdę każde – wczepione w mamy, taty i ulubione maskotki. Pewnie tak minimalizują stres.
Na przejście graniczne King Hussain – Allenby po jordańskiej stronie wjeżdża ciężarówka walizek. Tak, na „pace”, na której nie ma brezentu wewnątrz metalowego stelażu jest góra walizek. Wjeżdżają kolumny (przy mnie dwie) samochodów na dyplomatycznych blachach.
Uciekająca z Izraela jedna z placówek dyplomatycznych naszych sąsiadów zabiera rodzinnego czworonoga. Bo co z nim zrobić.
W drugą stronę – z Jordanii do Izraela – w autobusie na 50 miejsc jest nas dwoje. Ja i dużo wiedząca o regonie Kanadyjka, która ma doświadczenie w rejonach konfliktu.
Żeby się dostać z Ammanu, trzeba: godzinę jechać do granicy jednym autem. Odprawić się po jordańskiej stronie. Potem wsiąść w specjalny autobus na pasie ziemi niczyjej. Zapłacić za tragarza (mój zaskakuje mnie pytaniem, czy wiem, gdzie jest Brzeg, bo ma tam przyjaciela). Potem izraelska kontrola (moja trwała dwie godziny) i kolejna godzina kolejnym pojazdem do Jerozolimy.
Nie mam pretensji do dwóch godzin na granicy izraelskiej. Bywało gorzej. Kiedy paszport miał stemple z Iraku czy Korei Północnej, to były i cztery godziny. Myślę sobie, że wykonuje zawód podwyższonego ryzyka przesłuchiwania na granicy.
Mój kierowca po izraelskiej stronie jest Arabem. Sam zaczyna rozmowę po tym, kiedy dowiaduje się, że jestem dziennikarzem. Nie popiera ataków. Uważa, że Ameryka dała się wciągnąć w wojnę.
– Ale Irańczycy żyją w opresji. Może to zwróci im wolność? – staram się kontrować. – Ameryka już zwracała tu wolność Irakijczykom, pamiętasz co się działo po Saddamie? Byłem tam. Pamiętam.
Dla Interii z Jerozolimy korespondent Polskiego Radia Tomasz Sajewicz













