Łukasz Rogojsz, Interia: Wojna z Iranem nie jest wojną Europy. Może się nią stać?
Prof. Tomasz Pawłuszko, Uniwersytet Opolski, Sieć Badawcza Łukasiewicz: – Europa nie gra w tej wojnie pierwszych skrzypiec, ale od jej efektów nie ucieknie.
– Europejskie interesy są globalne i zmiany zwłaszcza na światowym rynku energetycznym będą nas dotyczyć. Nie ma co ukrywać, konflikt w Iranie przełoży się też na sytuację Rosji i Ukrainy, co jest kolejną strategiczną z punktu widzenia Europejczyków sprawą.
Europa wejdzie do tej wojny czy nie?
– Nie sądzę. Europejscy sojusznicy Stanów Zjednoczonych na pewno będą chętnie współpracować w sprawach niedotyczących bezpośrednio ataków na Iran. Jednak co do zasady Europa reaguje na tę wojnę podobnie, jak reagowała na początku tego wieku na wojnę w Iraku. Nie chce się w nią zaangażować, bo widzi naruszenie przez Stany Zjednoczone i Izrael prawa międzynarodowego.
Tyle że ostatecznie do Iraku wiele państw europejskich za Amerykanami poszło. W przypadku Iranu Wielka Brytania i Hiszpania już odczuły gniew Donalda Trumpa za powiedzenie „nie” Stanom Zjednoczonym w kwestii udostępnienia swoich baz do ataków na Iran. Hiszpania doczekała się nawet całkowitego wstrzymania handlu ze strony Ameryki.
– Europa ma już dosyć kowbojskich szarż Ameryki, zwłaszcza Ameryki za administracji Trumpa. Z punktu widzenia Europejczyków Amerykanie co chwilę znajdują sobie nowy problem na świecie – dopiero co Grenlandia i Wenezuela, teraz Iran, jutro być może Kuba – i Europa nie chce mieć z tym nic wspólnego.
Po co to Amerykanom? Przecież Trump doszedł do władzy dzięki obietnicom rozwiązania codziennych problemów swoich rodaków, a nie wszczynania interwencji wojskowych na całym świecie co trzy tygodnie.
– Polityka czy nawet deklarowane strategie działania to jedno, ale jest jeszcze światowy układ gospodarczy, który w dużej mierze decyduje o sile i pozycji państw. Gdyby Stany Zjednoczone zdołały przejąć kontrolę nad większością globalnego rynku energii, surowców energetycznych, to byłby niesamowity zwrot akcji. Pozycja Ameryki całkowicie by się zmieniła. A nie jesteśmy od tego daleko. Po zdominowaniu Iraku i Wenezueli, a w przyszłości być może również Iranu, Ameryka mogłaby kontrolować znaczą część surowców kluczowych dla rozwoju gospodarczego. Nie tylko swojego, ale także, albo przede wszystkim, swoich rywali.
Potężny lewar wobec Chin, które dotychczas były w stanie szachować Stany Zjednoczone dostępem do kluczowych zwłaszcza w nowych technologiach metali ziem rzadkich.
– W gospodarce trudno cokolwiek przewidzieć z wyprzedzeniem dekad czy nawet lat. Jednak kluczową stałą są w niej źródła energii, surowce energetyczne. To są zasoby fizyczne, nikt nie wytworzy tego za pomocą sztucznej inteligencji ani operacji finansowych. To zasoby geopolityczne, o które toczy się rywalizacja między mocarstwami.
O to tak naprawdę walczą teraz Amerykanie? O kontrolę nad światową gospodarką?
– Tak. Stany Zjednoczone mają potężną marynarkę wojenną, zdolną kontrolować liczne szlaki handlowe i wpływać na łańcuchy wartości. Energia jest podstawą tych wszystkich łańcuchów wartości, zwłaszcza w czasach transformacji energetycznej. Zdobycie kontroli nad tym obszarem może zagwarantować Ameryce konkurencyjną przewagę na długie lata.
Energia jest też tym, co do wojny w Iranie przyciąga Europę. Po niemal całkowitym wyeliminowaniu rosyjskich źródeł energii z rynku unijnego kraje europejskie w surowce energetyczne w dużej mierze zaopatrują się właśnie na Bliskim Wschodzie. W ich żywotnym interesie jest, żeby dostawy tych surowców nie zostały przerwane, a najlepiej – żeby wojna czym prędzej się skończyła.
– Zdecydowanie. Ceny ropy i gazu w wyniku działań wojennych będą rosnąć, a coraz poważniejszą pozycję na rynku energetycznym zaczną zyskiwać firmy i surowce amerykańskie. Amerykanie są w tym momencie eksporterem surowców energetycznych, zwłaszcza ropy naftowej i gazu ziemnego. Dla Europejczyków oznacza to potencjalny wzrost zależności do Stanów Zjednoczonych i osłabienie dywersyfikacji źródeł energii, na której tak im zależy i którą w ostatnich latach całkiem nieźle udało się osiągnąć. Zwłaszcza że rozwój alternatywnych źródeł energii, tzw. zielonej energii, jeszcze chwilę w Europie potrwa.
Donaldowi Trumpowi ta wojna może posłużyć za okazję do wywołania kryzysu w relacjach z Europą, zwłaszcza jeśli amerykańska „specjalna operacja wojskowa” nie przyniesie pożądanych efektów
Europa na Bliskim Wschodzie ma nie tylko interesy energetyczne. Wystarczy spojrzeć. Francja – obrona ostatniej, historycznej strefy wpływów, a także kluczowy rynek zbytu dla francuskiego przemysłu zbrojeniowego. Wielka Brytania – liczne bazy wojskowe oraz mnóstwo bliskowschodnich inwestycji w londyńskim City. Niemcy – wielka obawa przed kolejną falą migracji z Bliskiego Wschodu, ale też wsparcie dla istnienia i bezpieczeństwa Izraela, które ze względów historycznych są postrzegane w Niemczech jako racja stanu.
– Europejczycy jeszcze 100 lat temu rządzili światem. Jednak dość powszechnie na Starym Kontynencie uznano, że imperializm i kolonializm były złe, przez co Europejczycy bardzo mocno ograniczyli swoje interwencje zbrojne w innych częściach świata. Nawet w czasie tzw. arabskiej wiosny, gdzie starali się w pewien sposób zaangażować, zobaczyli, że nie mają zbyt dużego wpływu na funkcjonowanie lokalnych społeczności. Dlatego skupili się na pomocy rozwojowej, handlu, energetyce, a nie na kwestiach politycznych czy ustrojowych. Stany Zjednoczone nie mają podobnych oporów i wielokrotnie uzasadniały swoje interwencje zbrojne właśnie w sposób polityczny, chęcią zmiany władzy w danym państwie. W przypadku Iranu Donald Trump przecież wprost to nawet powiedział.
– Strategie Europejczyków i Amerykanów różnią się i będą się różnić. Europejczycy na pewno nie wyślą wojsk do okupowania jakiegokolwiek kraju pozaeuropejskiego. Tutaj Trump nie będzie mógł też liczyć na ich poparcie w ramach NATO. Jednocześnie kraje europejskie są świadome ryzyka kolejnej fali migracji i zubożenia dziesiątek milionów ludzi na Bliskim Wschodzie w wyniku kolejnego okresu chaosu. Te okresy na Bliskim Wschodzie powtarzają się bardzo często i bardzo regularnie – wojny w Afganistanie, Irak i Syrii, arabska wiosna, wojna z Państwem Islamskim, konflikt Armenii z Azerbejdżanem, interwencje Izraela w sąsiednich państwach. Europejczycy będą reagować podobnie do Chińczyków – będą sugerować powrót do dialogu, do pokojowego uregulowania konfliktu.
A mają jakieś narzędzia nacisku na Iran? Bo przełożenie na Izrael czy Stany Zjednoczone jest raczej zerowe.
– To prawda, na Izrael i Amerykę trudno będzie jakkolwiek wpłynąć. Natomiast jeśli chodzi o wpływy na Iran, to, podobnie jak w przypadku Chin, one nie są duże. Iran przez lata był krajem izolowanym przez Zachód za pomocą sankcji gospodarczych i dzięki temu uodpornił się na presję z zewnątrz. Iran jest też teokracją, krajem niezwykle religijnym. Zachowanie władz determinują nie tylko analizy i doktryny polityczne, ale również czynnik pozanaturalny, a więc wola boska.
Umowa jądrowa też nie przyniosła rezultatu, a po wycofaniu się z niej Stanów Zjednoczonych sama Europa nie była w stanie kontynuować tego projektu.
– Ostatnią w miarę skuteczną interwencją Europejczyków w regionie był tzw. kryzys sueski, ale nawet wówczas Francja i Wielka Brytania musiały wycofać się pod naciskiem Stanów Zjednoczonych. W przypadku Iranu Europejczycy na pewno zechcą być przy stole, gdy będą zapadać kluczowe decyzje, ale nie odegrają pierwszoplanowej roli w tym procesie.
– Z punktu widzenia Europy kluczowe jest to, żeby mocarstwa takie jak Rosja i Stany Zjednoczone przestały atakować sąsiadów, żebyśmy nie wracali do logiki geopolitycznej rodem z XIX wieku. Europa pamięta ten okres jako bardzo wstydliwe czasy imperiów i tzw. koncertu mocarstw, co później doprowadziło do wielu kryzysów i wojen w XX wieku. Dlatego Europejczycy, mając w pamięci tę lekcję z historii, będą na pewno naciskać na pokojowe i trwałe rozwiązanie konfliktu w Iranie. Jednak nie ma się co łudzić, że będą mieć przełożenie czy to na Donalda Trumpa, czy Binjamina Netanjahu, czy na religijnych przywódców Iranu.
Europa ma jakiś cel albo cele w tej wojnie? Odblokowanie Cieśniny Ormuz i przywrócenie płynności handlu surowcami energetycznymi? Uniknięcie destabilizacji całego Bliskiego Wschodu i w konsekwencji kolejnej wielkiej fali migracji do Europy? Zakończenie wojny jak najszybciej, żeby świat nie stracił z oczu Ukrainy i rosyjskiego zagrożenia?
– Wszystkie te trzy kwestie są dla Europy strategicznie ważne. Najważniejsza jest jednak energia, bo to krwiobieg całej światowej gospodarki. Jeśli Stany Zjednoczone zapewniły, że ich marynarka wojenna zabezpieczy szlaki handlowe, to dla Europejczyków dobra wiadomość, dla Chińczyków niekoniecznie.
– Ukraina jest doskonale świadoma zagrożenia, jakie niesie dla nich wojna na Bliskim Wschodzie. Tego, że uwaga świata, a przede wszystkim Stanów Zjednoczonych skupi się na zupełnie innym miejscu. Dostrzegli też jednak dla siebie szansę, żeby temu przeciwdziałać i zaproponowali Amerykanom współpracę w zakresie obrony antydronowej, bo to jedno z głównych narzędzi w arsenale irańskiej armii.
– Jeśli chodzi o zagrożenie nową falą migracji z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, to na pewno w interesie Europy jest, żeby cały ten region był stabilny i prosperował. Europejczycy wierzą, że handel sprzyja pokojowi, rozwojowi i bogaceniu się społeczeństw. Wywołanie kolejnego kryzysu migracyjnego byłoby poważnym strategicznym problemem i wyzwaniem dla Unii Europejskiej.
– Stany Zjednoczone przyjęły w Iranie model interwencji znany z końca lat 90. XX wieku w byłej Jugosławii. To tzw. wojna postheroiczna – możemy prowadzić wojnę, ale nie chcemy, żeby były ofiary po naszej stronie. Dlatego prowadzimy ostrzały artyleryjskie i rakietowe oraz bombardowania, rażąc przeciwnika z dystansu i próbując zmusić go w ten sposób do kapitulacji, a jednocześnie minimalizując liczbę strat własnych żołnierzy.
Jak ta wojna wpłynie na i tak już mocno napięte relacje amerykańsko-europejskie?
– Donaldowi Trumpowi ta wojna może posłużyć za okazję do wywołania kryzysu w relacjach z Europą, zwłaszcza jeśli amerykańska „specjalna operacja wojskowa” nie przyniesie pożądanych efektów.
Będzie chciał „podzielić się odpowiedzialnością” za ewentualną porażkę?
– Tak, ale będzie to również sposób nacisku na Europejczyków, żeby jeszcze przyspieszyli ze zbrojeniami, jeszcze szybciej wzięli odpowiedzialność za bezpieczeństwo na kontynencie i jeszcze mocniej wspierali Stany Zjednoczone. Na rynku analitycznym od kilku lat przewidywaliśmy, że zwracając się w kierunku Bliskiego Wschodu i Azji, Stany Zjednoczone będą oczekiwać, że sojusznicy z NATO podążą za nimi. Europa nie ma dziś jednak ani sił, ani środków, żeby działać na całym świecie. Niewiele krajów europejskich ma lotniskowce, a poza tym Azja nie jest bezpośrednim obszarem oddziaływania gospodarczego Europy.
Europa nie ma chyba przede wszystkim ochoty podążać nigdzie za Trumpem.
– To kolejna sprawa. Dlatego spodziewam się, że na najbliższym szczycie NATO może wybuchnąć o to karczemna awantura między Trumpem i Europejczykami.
Rozmawiał Łukasz Rogojsz












