-
Unia Europejska wspiera obecnie inwestycje w energetykę jądrową, co daje Polsce szansę na rozwój tej gałęzi gospodarki.
-
Proces wygaszania energetyki jądrowej w Niemczech uznany został za błąd, jednak przywrócenie reaktorów nie jest tam obecnie możliwe.
-
W Polsce rozwijany jest jeden projekt modułowego reaktora jądrowego w Narodowym Centrum Badań Jądrowych oraz inwestycja w SMR BWRX-300 przez spółkę OSGE.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
– Odwrócenie się Europy od niezawodnego, niedrogiego źródła energii elektrycznej o niskiej emisji było strategicznym błędem – oznajmiła we wtorek, otwierając paryski szczyt Nuclear Energy Summit 2026, Ursula von der Leyen.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej 15 lat temu, jako minister pracy w rządzie Angeli Merkel z zaangażowaniem wspierała przeforsowanie w CDU decyzji, iż Niemcy do końca 2022 r. wygaszą u siebie wszystkie reaktory jądrowe.
Następnie, stojąc na czele Komisji Europejskiej, mocno utrudniała starania Polski i Francji, by energię jądrową dopisać do tzw. Zielonej Taksonomii Unii. A bez tego inwestycje w nowe elektrownie atomowe nie mogły liczyć na preferencyjne kredyty ani też na wsparcie z unijnych funduszy.
Energia atomowa. Wolta Ursuli von der Leyen
Nagle Urszula von der Leyen zdecydowała się w Paryżu na coś, co można porównać z udaniem się cesarza Henryka IV do Cannossy, by tam błagać o przebaczenie za polityczne błędy. Przy czym pani przewodnicząca KE nie błagała, tylko ogłosiła, iż:
Energia jądrowa jest dostępna 24 godziny na dobę, zapewniając energię elektryczną przez cały rok. Europa jest pionierem w dziedzinie technologii jądrowej. I może znów przewodzić.
Zwrot o 180 stopni Urszuli von der Leyen nie powinien dziwić. Uderzenie na Iran, jakie rozpoczął Donald Trump, pogłębia kryzysowe trendy w energetyce, dotykające Europę.
Dostęp do energii na Starym Kontynencie jest najdroższy na świecie, a jeśli ceny gazu i ropy pozostaną bardzo wysokie, wówczas będzie drożej.
Najmocniej ten stan rzeczy odczuwa obecnie gospodarka Niemiec. A przewodnicząca Komisji Europejskiej wiele już razy demonstrowała, iż gra w jednej drużynie z kanclerzem Friedrichem Merzem. Ten od dawna podkreśla, iż rezygnacja przez Niemcy z energetyki jądrowej była wielkim błędem. Również zaraz po paryskim wystąpieniu von der Leyen wsparł ją.
– Nie zaskoczy Państwa, gdy powiem, że osobiście podzielam ocenę pani von der Leyen – oznajmił dziennikarzom. Po czym wykonał ciekawą woltę:
Nie ma jednak z tego żadnych konsekwencji dla Niemiec, ponieważ niemieckie rządy federalne wcześniej zdecydowały o odejściu od energetyki jądrowej. Ta decyzja jest nieodwracalna. Żałuję tego, ale tak właśnie jest
Tak demonstracyjna rezygnacja, bynajmniej nie oznacza, iż reaktory nigdy już do Niemiec nie powrócą.
Niemcy bez atomu. Najdłuższą drogą do celu
Likwidacja energetyki jądrowej była jednym z głównych punktów w programach Zielonych i SPD. Angela Merkel dopisała go do programu CDU/CSU. Optowały za tym potężne ruchy ekologiczne z Greenpeace na czele oraz media.
Badania ARD-DeutschlandTrend przeprowadzane 10 lat temu pokazywały, że ponad 70 proc. Niemców popierało odejście ich państwa od energii jądrowej. Ba! Bardzo liczni domagali się, aby całą rzecz przyspieszyć. Trzy ostatnie elektrownie zamknięto ostatecznie 15 kwietnia 2023 r.
– Demontaż centralnych rurociągów wodnych i parowych ma rozpocząć się w najbliższych tygodniach. 108-tonowa pokrywa zbiornika ciśnieniowego reaktora jest również gotowa do rozcięcia – donosił „Handelsblatt” w sierpniu 2025 r. o rozbiórce elektrowni Emsland w Lingen.
Obecnie, wedle niemieckich mediów, proces demontażu jest już tak daleko posunięty, iż żadnego z reaktorów jądrowych w RFN nie da się przywrócić do życia. Zatem Merz ma rację.
Berlin odciął sobie możliwość powrotu do przeszłości. Ale jednocześnie dostrzegł, że wbrew nadziejom OZE nie posiadają zbawczych mocy i są technologiami, które nie funkcjonuje dobrze bez wsparcia ze strony klasycznych elektrowni. Co gorsza w RFN systematycznie spada produkcja energii elektrycznej i jest o 22 proc. niższa niż w 2018 r.
Aż 11,2 terawatogodzin (TWh) musiano zakupić w 2025 r. od Francji, produkującej z naddatkiem prądu za sprawą swych reaktorów jądrowych. I takowe mogą za kilka lat wrócić do Niemiec, acz pod postacią modułowych jednostek, nazywanych SMR-ami (Small Modular Reactors). Wszystko dzięki temu, że Merz i von der Leyen grają w jednej drużynie.
Gdy przewodnicząca Komisji Europejskiej występowała na paryskim forum, w Parlamencie Europejskim komisarz ds. energii Dan Jørgensen zaprezentował pakiet propozycji, mających obniżyć rachunki za prąd w całej Unii. Jednym z kluczowych elementów planu jest wspieranie rozwoju modułowych reaktorów oraz zachęty do inwestowania w nie.
Bruksela obiecuje likwidację wszelkich barier biurokratycznych oraz fundusze dla start-upów konstruujących SMR-y – na początek skromne 200 mln euro. Jednak wedle komisarza Jørgensena moc małych reaktorów, jakie zostaną zainstalowane w Unii, przekroczy 53 GW przed rokiem 2050 (łączna moc wszystkich polskich elektrowni to obecnie ok. 75 GW).
Jeśli zatem Niemcy zostaną otoczone siecią SMR-ów w sąsiadujących z nimi krajach, to nieuchronnie, pojawią się one i w RFN. Merz nie posiadał wystarczającej siły politycznej aby przełamać weto SPD oraz Zielonych wobec budowy klasycznych elektrowni jądrowych. Znalazł zatem sposób, jak go obejść. Tymczasem jego sojusz z von der Leyen otwiera nowe możliwości dla Polski.
Wyciągnąć głowę spod energetycznego topora
Do niedawna czarny scenariusz dla Polski zakładał, że w szczytowych momentach zapotrzebowania na prąd może brakować w sieci ok 1 GW mocy.
Jednak wedle wyliczeń zaprezentowanych przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE) na początku marca 2026 r. owa luka może wynieść za pięć lat cztery gigawaty i systematycznie rosnąć. Tak aby w 2035r. przekroczyć 11 GW i to pomimo gigantycznych inwestycji w OZE.
Brakujący w systemie prąd trzeba kupować od zagranicznych producentów. Pod warunkiem, że oni go wyprodukują. Zważywszy w jakiej formie są obecnie Niemcy, może okazać się to po prostu niemożliwe.
Wówczas pozostaje coś, co w krajach anglosaskich nazywa się poetycko: „wirującym blackoutem„, a w PRL-u było prozaicznym „dwudziestym stopieniem zasilania„. Czyli rotacyjne odcinanie od prądu kolejnych obszarów kraju na kilka godzin. Tak aby system energetyczny nie został przeciążony.
Bez nowych elektrowni konwencjonalnych nie da się uciec przed tym katastrofalnym scenariuszem. Na dokładkę większość bardzo już starych bloków energetycznych, opalanych węglem kamiennym lub brunatnym, nie będzie się wkrótce nadawało do dalszej eksploatacji.
Buduje się nowe bloki gazowe, lecz kolejny kryzys w Zatoce Perskiej dobrze obrazuje, na ile są pewne ceny gazu w przyszłości i jego dostępność. Magazyny energii są nadal drogie, a ich potencjalna pojemność zbyt mała jak na potrzeby kraju wielkości Polski.
Pierwszy reaktor w budowanej elektrowni jądrowej w gminie Choczewo na Pomorzu ma zacząć dostarczać prąd do sieci w roku 2036. Acz nikt nie zaryzykuje dania głowy, czy ów termin będzie dotrzymany.
Zapowiada się więc, że za kilka lat Polacy będą otrzymywać drakońskie rachunki za energię elektryczną, siedząc w domach po ciemku. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach pojawiają się postulaty powrotu do węgla.
Tyle tylko, że aby to zadziałało, musiano by od podstaw zbudować nowe elektrownie oraz kopalnie, ponieważ stare do cna wyeksploatowano. Koszt jednej elektrowni węglowej o mocy 2 GW budowanej obecnie w Chinach – wedle agencji „Reuters” – to ok 1,10 miliarda dolarów. Kopalnia węgla kamiennego to ok 600-800 mln USD.
Polska zapewne znalazłaby 30-40 mld złotych na takie inwestycje. Mogłaby też wejść w spór z Brukselą i wbrew całemu systemowi Zielonego Ładu, spróbować dopiąć swego. Ale też może skorzystać z otwierającego się okna możliwości i zainwestować w zupełnie nową, gałąź gospodarki. Korzystając z tego, iż klątwa nałożona w UE na energetykę jądrową została właśnie cofnięta.
Agencja Energii Jądrowej (NEA) uruchomiła niedawno cyfrową mapę, pozwalana ona na bieżąco śledzić rozwój projektów modułowych reaktorów na całym świecie. System śledzi obecnie 129 projektów. Aż 28 z nich znajduje się w USA. Tyle modeli SMR-ów jest tam obecnie w różnych fazach rozwojowych. Poczynając od studyjnej, aż po budowę pierwszego egzemplarza.
Drugie miejsce zajmuje Francja – 10 typów SMR-ów w projektowaniu. Trzecia, Japonia – sześć typów. W tej klasyfikacji pod koniec stawki odnaleźć można też i Polskę z jednym projektem modułowego reaktora. Jest nim wysokotemperaturowa HTGR-POLA, zaprojektowana w Narodowym Centrum Badań Jądrowych. Ale to tylko teoretyczna koncepcja, bo nikt w NCBJ ani w rządzie nie wie, co dalej z tym kłopotem począć. Brak bowiem środków i chęci na przejście do etapu budowy prototypu.
Jest też w Polsce jeden inwestor. Mianowicie spółka OSGE – powołana przez Orlen i Synthos Green Energy (SGE). Planuje ona postawić do 2035 r. we Włocławku modułowy reaktor BWRX-300, zaprojektowany przez japońsko-amerykański koncern GE Vernova Hitachi Nuclear Energy. Jeśli wszystko będzie szło dobrze, OSGE chce budować w Polsce kolejne SMR-y. I dziś to na tyle.
Ale „okno możliwości” zaczęło się otwierać dla Polski dopiero w tym tygodniu. Spójrzmy na następującą zależność. Z racji wygaszania przez ponad trzy dekady energetyki jądrowej, koncerny z krajów Zachodu, zajmujące się budową takich elektrowni, utraciły zdolności do szybkiego i taniego prowadzenia inwestycji.
Trwają one ponad 20 lat (w latach 70. było to o połowę krócej). Zaś cena jednego bloku energetycznego o mocy 2 GW waha się od 20 do 40 mld dolarów. SMR-y to nowe technologie i nowi wykonawcy, co daje szansę na radykalne obniżenie kosztów i skrócenie czasu inwestycji.
Zwłaszcza jeśli wejdą w życie projekty produkowania ich seryjnie i zostaną przezwyciężone „choroby wieku dziecięcego” zawsze towarzyszące nowatorskim konstrukcjom. Wówczas otworzy się możliwość dostępu do stabilnej, taniej, zeroemisyjnej energii.
Taki scenariusz zagwarantuje producentom modułowych reaktorów krociowe zyski. Wkrótce po 2030 r. możemy być świadkami rewolucji energetycznej o znaczeniu nie mniejszym niż rewolucja AI. Nic nie stoi na przeszkodzie, by i Polska wzięła w niej udział.
-
Zmiany na szczycie spółki odpowiedzialnej za atom. Odwołano prezesa












