-
Europa może odbudować swoje ekonomiczne i polityczne znaczenie, jeśli wyzwoli się z dotychczasowych uzależnień od zewnętrznych czynników.
-
Unia Europejska podjęła działania na rzecz zwiększenia samodzielności, m.in. poprzez ograniczenie importu rosyjskich surowców i inwestycje w rozwój zdolności militarnych oraz cyfrowych.
-
Przykład Francji pokazuje, że determinacja i odpowiednie przywództwo mogą umożliwić budowę odporności na kryzysy i strategiczną suwerenność.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
„W ciągu następnych dwóch-trzech tygodni uderzymy w Iran ekstremalnie mocno. Cofniemy ich do epoki kamienia” – zapowiedział Donald Trump w swoim wojennym orędziu. W odniesieniu do światowego kryzysu paliwowego poinformował, iż dotknięte nim kraje same muszą zadbać o odblokowanie cieśniny Ormuz. „My będziemy pomocni, ale to oni powinni przejąć inicjatywę i chronić ropę, od której tak bardzo są zależni” – poinformował. Jeśli prezydent USA będzie się trzymał tych zapowiedzi (z czym jest jak z grą w rosyjską ruletkę), to prawdziwy krach energetyczny dopiero przed nami.
Spodziewa się go m.in. Międzynarodowa Agencja Energetyczna i jej prezes Fatih Birol. Prognozujący, że niedobory paliw na światowym rynku mogą okazać się większe niż te pod koniec 1973 r. podczas pierwszego kryzysu naftowego.
Jest fatalnie, ale może być gorzej. Co staje się… całkiem dobrą wiadomością dla Europy. Pod warunkiem, że kraje Starego Kontynentu zapragną przetrwać obecne stulecie w dobrej formie. Seria kryzysów zaoferowała im bowiem bezcenną rzecz. Motywację do podjęcia walki o odzyskanie strategicznej samodzielności.
Zespół głębokich uzależnień
Do 2022 r. Unia Europejska krok po kroku zamieniała się w klub beztroskich arystokratów. Czerpali oni profity z majątku odziedziczonego po przodkach, cieszyli się bezpieczną teraźniejszością, a swą przyszłość wiązali z życiem pełnym wygodnych uzależnień. Przy unikaniu wszelkiego ryzyka i większych wyzwań.
Klub krajów Starego Kontynentu swe bezpieczeństwo oparł na uzależnieniu od Stanów Zjednoczonych na niwie militarnej i strategicznej. Do tego doszło z początkiem XXI w., wraz z zawojowaniem całej gospodarki cyfrowej przez amerykańskie „big techy”.
Dostawy potrzebnych paliw scedowano przede wszystkim na Rosję i państwa Zatoki Perskiej. Swój rozwój ekonomiczny Europa uzależniła od Chin, którym dobrowolnie odstąpiono rolę fabryki zglobalizowanego świata. Godząc się, by to tam korporacje relokowały produkcję. Oddano też Państwu Środka kontrolę nad łańcuchami dostaw.
Jakby tego było mało, cały system energetyczny Starego Kontynentu zaczęto sukcesywnie uzależniać od panującej danego dnia pogody. Zdając się w coraz większym stopniu na zbiegi okoliczności, generowane przez zmiany w natężeniu wiatru oraz dostępności do promieni słonecznych. Wreszcie sens tego wszystkiego uzależniono od idei najszczytniejszej z możliwych, a mianowicie ratowania dotychczasowego klimatu i całej ludzkości.
Jeszcze latem 2021 r. starczy klub arystokratów, jakim stała się Unia Europejska, spoglądał w przyszłość z niewytłumaczalną beztroską. Jego członkowie przypominali dystyngowanych lordów zaczynających dzień od kawy, ciastka i fajeczki z opium. Na obiad zjadali tłusty stek z deserem, a kolację kończyli tabletką metadonu popitą butelką whisky. Święcie przekonani, że w znakomitym zdrowiu dożyją setki. Jednak jesienią 2021 Putin odciął dostawy rosyjskiego gazu, a potem najechał na Ukrainę. Wymierzając klubowi stetryczałych lordów pierwsze z jakże potrzebnych chlaśnięć prosto w twarz.
Kryzysy nie do zmarnowania
Kryzysy zapoczątkowane przez Władimira Putina pogłębiła w Europie ekonomiczna ekspansja Chin Xí Jìnpínga. Teraz zaś je eskalują poczynania Stanów Zjednoczonych podporządkowanych woli Donalda Trumpa.
Łatwo można dostrzec, że kolejne kryzys szerzą się wedle czytelnego schematu. W tych obszarach, gdzie kraje europejskiej godziły się na uzależnienie od czynników, nad którymi nie sprawowały żadnej kontroli, turbulencje są najbardziej kosztowne. Wymuszają bowiem nagłe zerwanie z dotychczasowymi przyzwyczajeniami.
Pierwszym tego objawem stał się wzrost wydatków na zbrojenia. Raport Institute for Strategic Studies (IISS) pt. „Global defence spending” odnotowuje, że:
„W Europie wzrost wydatków na obronę utrzymywał się na rekordowym poziomie”.
Nigdzie indziej w świecie nie wzrosły one tak gwałtownie w 2025 r., bo aż o 21 proc. Wynosząc w sumie ponad 380 mld euro. Dla porównania USA wydały 838 mld dolarów (ok. 727 mld euro). Różnica wciąż jest olbrzymia, lecz za kilka lat kraje Unii zaczną dysponować potencjałem militarnym pozwalający na coś, co fachowcy nazywają „projekcją siły” poza Europą.
Co ciekawe, ten sam raport odnotował:
Dodajmy, że o wiele mniej zamożna Polska wedle prognoz analityków PKO BP wyda w ciągu dekady jedynie na zakupy sprzętu militarnego ok. 640 mld zł (150 mld euro).
Posiadany potencjał militarny od początków cywilizacji przekładał się na zdolności do prowadzenia samodzielnej polityki zagranicznej. Oczywiście pod warunkiem umiejętnego korzystania z tego narzędzia w połączeniu z innymi atutami.
Acz budowanie własnych zdolności obronnych to zrywanie tylko z jednym uzależnieniem. W momencie trwania wojny na Ukrainie i Bliskim Wschodzie oraz wiszącej w powietrzu groźby inwazji Chin na Tajwan najbardziej oczywistym. Ale na dłuższą metę równie ważne są pozostałe.
Nagle dostrzeżono, że posiadanie własnych narzędzi do komunikowanie się w globalnej sieci i uniezależnienie na tym polu od zewnętrznych mocarstw jest równie niebezpieczne co brak potencjału militarnego. Nieśmiałe próby realnego wybicia się na „cyfrową suwerenność” zainicjował rząd Francji, ogłaszając pod koniec stycznia, że do 2027 r. zastąpi amerykańskie platformy Microsoft Teams i Zoom własnym oprogramowaniem do wideokonferencji. Oparto go o narzędzia dostarczone przez francuską firmę Outscale.
Półtora miesiąca później w ślady Paryża podążył Wiedeń, informując austriackich urzędników, że podczas komunikowania się w sieci będę musieli korzystać z europejskiej platformy open source – Nextcloud. To tylko malutkie symptomy zmian. Jednak są one możliwe.
Zderzenie z koniecznością sprawiło, że o ile przed najazdem na Ukrainę gazociągami z Rosji trafiało do krajów Unii ok. 45 proc. konsumowanego przez nie gazu ziemnego, tak teraz jest to zaledwie 6 proc. W przypadku ropy naftowej konsumpcja rosyjskiej obniżyła się z 30 proc, do 2 proc.
Zatem da się zrywać z uzależnieniami, choć to proces trudny, bolesny i wymagający olbrzymiej determinacji. Poza tym trwa wiele lat.
Początek długiego marszu
Wszystko, co do tej pory kraje Unii zrobiły, to wciąż początek drogi. Jeśli pragną w dobrej kondycji przetrwać zapowiadające się na bardzo burzliwe XXI stulecie, muszą wyjść ze wszystkich wymienionych wyżej uzależnień.
Odcięcie energetyczne od Rosji to zbyt mało. Chcąc, by okazało się trwałe, należy zadbać o dostęp do złóż surowców strategicznych w miejscach nie tylko dobrze skomunikowanych ze Starym Kontynentem, ale też potencjalnie dla niego przyjaznych. Najlepiej takich, gdzie w razie czego można budować wojskowe bazy i ustanawiać swe polityczne wpływy. Wybór jest tu spory:
Ściśle z tym powiązane jest uniezależnienie się od Chin. Być może najtrudniejsze z wyzwań, ponieważ Państwo Środka zdobyło sobie kontrolę nad kluczowymi elementami związanymi z transformacją energetyczną oraz rozwojem nowych gałęzi gospodarki.
Zatem Stary Kontynent, poza pozyskaniem dostępu do złóż minerałów krytycznych i stworzeniem zdolności ich przetwarzania, musi odbudować produkcję lub dywersyfikować dostawy:
-
tanich podzespołów do urządzeń elektronicznych,
-
baterii,
-
paneli fotowoltaicznych,
-
substancjami czynnymi do produkcji leków,
-
etc.
Europa powinna więc zabezpieczyć swoich producentów przed nieuczciwą konkurencją ze strony Chin i chronić wewnętrzny rynek. To mnóstwo arcytrudnych wyzwań z racji przewagi zdobytej przez Pekin.
Poza tym w Europie produkcja energii nie może być zależna od zmian pogody. Co technologicznie jest osiągalne, jeśli nastąpi zerwanie z wszystkimi innymi uzależnianiami. I jednocześnie systemy energetyczne będą modyfikowane wedle wskazań rachunku ekonomicznego. Tak, by dbać w pierwszym rzędzie o ich efektywność, a nie wskaźnik emisji CO2.
Jeśli idzie o uzależnienie od idei ratowania klimatu, to proces trzeźwienia już trwa. Widok płonących: miast, rafinerii czy tankowców sugeruje dość jasno, że Stary Kontynent w pierwszej kolejności musi zadać, by nie doświadczyć tego samego. Zatem absolutnym priorytetem powinno być budowanie odporności zamiast redukowania emisji. Choćby dlatego, że milionowe miasta podpalone atakami rakiet i dronów są zdolne do emitowania rekordowych ilości dwutlenku węgla.
To, że wyjście ze śmiertelnie niebezpiecznych uzależnień jest możliwe, znakomicie udowadnia przykład Francji pod rządami prezydentów: de Gaulle’a, Pompidou oraz Giscarda d’Estaing. Dziś V Republika jest w Europie jednym z państw najbardziej odpornych na kryzysy. Dzieje się tak dzięki korzystaniu z resztek spuścizny pozostawionej przez wspomnianych prezydentów.
Po upokarzającej klęsce podczas II wojny światowej, równie upokarzającej utracie imperium kolonialnego i znalezieniu się w latach 50. na krawędzi wojny domowej podczas algierskiego kryzysu Francja otarła się o całkowity upadek. Wtedy też stała się najbardziej zmotywowanym krajem w Europie do walki o swoją strategiczną suwerenność.
Motywacja była ogromna, a przywództwo prezydenta de Gaulle’a na tyle skuteczne, że V Republika zrealizowała program budowy własnej broni jądrowej oraz środków jej przenoszenia. Dodała program kosmiczny i siły zbroje potrafiące prowadzić operacje militarne w każdej części świata.
Stworzono we Francji system energetyczny uniezależniony od rynku paliw i pogody, którego rdzeniem jest 56 reaktorów jądrowych. Zapewniono dostawy surowców strategicznych od afrykańskich państw, ściśle powiązanych z Paryżem. Przekierował środki inwestycyjne do przyszłościowych gałęzi gospodarki. Wówczas były nimi:
-
szybkie koleje,
-
przemysł motoryzacyjny,
-
telekomunikacja.
Spuścizna ta została w ostatnich 30 latach przez Paryż w dużej mierze roztrwoniona. Ale nawet jej resztki stawiają Francję w o wiele lepszym położeniu w porównaniu z innymi krajami UE, a zwłaszcza Niemcami i Włochami.
Państwa zrzeszone w Unii posiadają potencjał, by pójść tą drogą. Acz wymaga ona przebudowy ich funkcjonowania oraz całej Unii. Bo klub starych lordów, jeśli chce przetrwać wiek XXI, musi znów okazać się zdeterminowany, zdolny do poświęceń, ryzyka i przede wszystkim wiary, że sukces jest wciąż możliwy.












