Piolito Salgan od 27 lat jeździ jeepneyem po Manili, wożąc każdego dnia setki pasażerów jednym z najbardziej charakterystycznych pojazdów transportu publicznego na Filipinach. Jednak gdy wojna w Iranie wywindowała ceny paliw do rekordowych poziomów, zaczął poważnie myśleć o rezygnacji.
Ceny oleju napędowego na Filipinach wzrosły od początku wojny ponad dwukrotnie, sięgając około 150 peso (2,49 dol.) za litr – to jeden z najsilniejszych skoków w Azji. Uderza to w dochody kierowców jeepneyów, które stanowią podstawowy środek transportu w jednym z najbardziej zakorkowanych miast świata. Zarobki Salgana spadły niemal o połowę – do 900 peso dziennie.
– Przestanę, kiedy cena diesla dojdzie do 200 peso… Po prostu pomogę żonie sprzedawać chleb i inne jedzenie przed naszym domem – powiedział 47-letni Salgan w rozmowie z „FT”, siedząc w korku w swoim minibusie, który nazwał Misis – po tagalsku: „żona”.
Salgan jest jedną z milionów osób, które ponoszą największe koszty szoku naftowego wywołanego sześciotygodniową wojną w Iranie.
Filipiny są szczególnie podatne na takie wstrząsy: kraj niemal całkowicie zależy od dostaw ropy z Bliskiego Wschodu, a do tego nie stosuje limitów cen krajowych ani nie dopłaca do paliw.
Władze ogłosiły stan nadzwyczajny w energetyce, po raz pierwszy od pięciu lat kupiły rosyjską ropę i wdrożyły racjonalizację paliwa. Ekonomiści ostrzegają, że działanie te mogą ciążyć gospodarce, która i tak hamowała: w ubiegłym roku wzrost wyniósł zaledwie 4,4 proc., to najmniej od czasu pandemii COVID-19.
Manila zasugerowała również możliwość współpracy energetycznej z Pekinem, z którym toczy coraz bardziej napięty spór morski na Morzu Południowochińskim.
Kryzys energetyczny na Filipinach pokazuje, jak wiele biedniejszych krajów uzależnionych od importu odczuwa najbardziej dotkliwe skutki konfliktu na Bliskim Wschodzie, choć toczy się on po drugiej stronie świata.
Teheran zapowiedział, że podczas dwutygodniowego zawieszenia broni, uzgodnionego późno we wtorek, zapewni „bezpieczny przepływ” przez cieśninę Ormuz – wąską gardziel szlaków morskich.
Wciąż jednak nie ma pewności, czy USA i Iran dojdą do trwałego pokoju.

Kryzys obnażył też brak przygotowania Manili na sytuację awaryjną.
– Mimo wcześniejszych kryzysów nasz rząd nie wyciągnął wniosków – mówi Gerry Arances, dyrektor wykonawczy Centrum Energii, Ekologii i Rozwoju. – Nasze bezpieczeństwo energetyczne jest niezwykle wrażliwe na międzynarodowe wstrząsy, bo tak bardzo zależymy od importu.
Za prezydentury Ferdinanda Marcosa Jr. Manila przyjęła asertywną postawę wobec agresywnych działań Pekinu – oskarżając go m.in. o taranowanie filipińskich jednostek i używanie armatek wodnych – oraz zacieśniła więzi ze Stanami Zjednoczonymi.
Pod koniec marca Marcos powiedział jednak Bloombergowi, że jest otwarty na współpracę energetyczną z Chinami na spornych wodach i że konflikt na Bliskim Wschodzie może stać się impulsem do osiągnięcia porozumienia. Dodał, że nadszedł czas na reset w relacjach z Chinami.
Pod koniec ubiegłego miesiąca Manila poinformowała, że po raz pierwszy od czterech lat odbyła „wstępne rozmowy o potencjalnej współpracy naftowo-gazowej” z Chinami.
Po rozmowach – które dotyczyły także szerszych kwestii dwustronnych oraz sporów terytorialnych – Pekin wezwał Filipiny do podjęcia konkretnych działań na rzecz poprawy relacji. Manila przekazała, że obie strony notują w tym zakresie wyraźne postępy.
Sonny Africa, ekonomista i dyrektor wykonawczy fundacji Ibon Foundation, uważa, że Filipiny powinny zwiększyć produkcję krajową i popiera rozpoczęcie rozmów z Chinami.
– Strategie bezpieczeństwa energetycznego Filipin były krępowane przez dotychczasowe wybory w polityce zagranicznej – mówi.
W kraju istnieje jednak silny sprzeciw wobec jakiegokolwiek zbliżenia z Chinami. Rafaela David, liderka progresywnej opozycyjnej partii Akbayan, oceniła, że jest to „akt zdrady”.
– Owszem, nasz kraj musi dążyć do bezpieczeństwa energetycznego i szukać zrównoważonych źródeł energii, ale nigdy kosztem suwerenności – podkreśliła w oświadczeniu.

Poza sporem z Chinami na przeszkodzie stoi też wymóg, by około 60 proc. własności w sektorze energetycznym należało do podmiotów krajowych – to zniechęca zagraniczne koncerny naftowe. Lokalni operatorzy, ograniczeni finansowo, woleli importować ropę zamiast podejmować kapitałochłonne poszukiwania.
Część ekspertów twierdzi, że Filipinom przydałoby się większe zaangażowanie państwa – sugerują m.in., by rząd był właścicielem rafinerii i przejął sieć stacji paliw.
– Podczas gdy inne kraje chronią konsumentów przed wahaniami cen paliw, zderegulowany rynek naftowy na Filipinach wystawia ich na wahania kosztów ropy – mówi Gerry Arances.
– Polityka na Filipinach faworyzuje korporacje kosztem konsumentów – dodaje.
Inni domagają się pełnej nacjonalizacji sektora naftowego, sprywatyzowanego w latach 90., albo przejęcia przez państwo firmy Petron, która prowadzi jedyną rafinerię w kraju i dostarcza ponad 30 proc. paliwa.
– Wtedy rząd miałby większą kontrolę nad cenami, a paliwo mogłoby być sprzedawane taniej – mówi Mody Floranda, szef Piston, stowarzyszenia organizacji transportu publicznego. Jak dodaje, już prawie 10 proc. kierowców jeepneyów przestało jeździć z powodu podwyżek.
Floranda zapowiada, że Piston zorganizuje w kwietniu „ciągłe ogólnokrajowe protesty”, dopóki nie zostanie zniesiona ustawa z 1998 r. o deregulacji rynku ropy, która odebrała państwu kontrolę nad cenami i handlem.
Ramon S. Ang, dyrektor generalny Petronu oraz San Miguel Corp, właściciela firmy, powiedział pod koniec ubiegłego miesiąca, że jest otwarty na nacjonalizację: – Jeśli rząd uważa, że Petron w rękach państwa lepiej będzie służył Filipińczykom, zwłaszcza w takich czasach, jesteśmy gotowi usiąść do rozmów i to zrealizować.

– Rząd Filipin musi się bardziej zaangażować – uważa Noel Baga, współkoordynator Center for Energy Research and Policy. – Jeśli ceny paliw będą dalej rosły, gospodarka może wkrótce stanąć.
Filipiny jeszcze przed wojną na Bliskim Wschodzie zmagały się z rosnącym bezrobociem i jednym z najwyższych wskaźników ubóstwa w Azji Południowo-Wschodniej.
– Nie startujemy z dobrej pozycji. Już wcześniej było źle, zanim wybuchł kryzys – mówi Africa z Ibon Foundation. – Jesteśmy na krawędzi bardzo poważnego kryzysu kosztów życia.
W całym kraju zaciskanie pasa jest już odczuwalne. Podczas świąt wielkanocnych, kiedy wielu Filipińczyków wraca do rodzinnych prowincji, sporo osób wybrało transport publiczny zamiast jazdy własnym autem – albo w ogóle nie wyjechało.
Restauracje skracają godziny pracy, a jeden z kurierów dowożących jedzenie powiedział, że zrezygnował z mięsa na rzecz tańszych warzyw.
Salgan obciął kieszonkowe dla dzieci i zrezygnował z cotygodniowych rodzinnych wyjść na kolację. To jednak może nie wystarczyć.
– Liczę, że dostanę od rządu więcej wsparcia gotówkowego – mówi. – Rząd powinien kontrolować ceny paliwa, skoro wciąż rosną.
Autor: A. Anantha Lakshmi, Manila
Data Publikacji: 8 kwietnia 2026 r.
© The Financial Times Limited 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone. Zakaz rozpowszechniania, kopiowania i modyfikowania. Interia ponosi pełną odpowiedzialność za tłumaczenie. The Financial Times Limited nie odpowiada za jego jakość i dokładność.













