– Racjonalny punkt widzenia schodzi na plan dalszy, a ustępuje miejsca emocjom – wzrusza ramionami jeden z europosłów, dobrze orientujący się w stanie rozmów na temat umowy handlowej, w Brukseli określanej jako „porozumienie z Turnberry”. – W tej chwili mamy kolejny etap eskalacji napięcia, straszenia, pohukiwania. Robimy krok do tyłu. Tyle że problem jest po drugiej stronie oceanu – podkreśla rozmówca Interii.
Inny z naszych rozmówców z Brukseli mówi wprost, że „jest w UE coraz większe zniecierpliwienie, czy wręcz wkurzenie, na to, co wyprawia Trump”. Fakt, że UE nie odeszła od stołu negocjacyjnego ani nie przyjęła mocno konfrontacyjnej postawy, przypisuje naciskom europejskiego przemysłu. Ten, w ocenie naszego źródła, „stara się być bardzo pragmatyczny” i stawia na podejście „żeby za wszelką cenę szukać tutaj porozumienia, nawet zgniłego”.
Europarlament chce docisnąć Trumpa
O porozumienie trudno jednak w samej Unii. Pod koniec marca Parlament Europejski przegłosował przyjęcie umowy handlowej ze Stanami Zjednoczonymi, chociaż zwolennicy jej zatwierdzenia większości szukali do ostatnich godzin przed głosowaniem, co szczegółowo opisywaliśmy w Interii.
Gdy dokument zyskał poparcie europarlamentu, trafił do trilogu, czyli negocjacji między trzema czołowymi instytucjami UE: Parlamentem, Komisją i Radą UE. Celem jest wypracowanie ostatecznego kształtu umowy, który zyska poparcie państw członkowskich.
I właśnie tu dochodzi do nagłego zwrotu akcji. Zakończona 7 maja nad ranem tura rozmów między przedstawicielami trzech unijnych instytucji nie przyniosła porozumienia. Z informacji Interii, ale też medialnych przecieków z Brukseli, wynika, że każdemu z trójki kluczowych graczy chodzi o coś innego.
Zamknięcia procesu legislacyjnego najbardziej chce Komisja Europejska. To w końcu jej przewodnicząca Ursula von der Leyen jest twarzą „porozumienia z Turnberry” – skądinąd mocno krytykowanego nawet przez zwolenników zawarcia umowy z Amerykanami; niektórzy rozmówcy Interii z Brukseli nazywają je ironicznie „kapitulacją z Turnberry” – i jeśli tego „nie dowiezie”, to ona zapłaci polityczna cenę.
W Radzie UE słychać z kolei dwugłos. Z jednej strony, większość państw członkowskich chce zawarcia umowy ze Stanami Zjednoczonymi, żeby w wyjątkowo niepewnych czasach UE sama sobie nie dodawała niepotrzebnych kłopotów. A wojna handlowa z administracją Trumpa byłaby z pewnością niemałym kłopotem.
Z drugiej jednak strony, ciągłe szantaże, groźby i próby upokarzania pojedynczych krajów członkowskich Unii przez Trumpa i jego ludzi sprawiły, że coraz więcej państw ma ochotę odwinąć się amerykańskiemu przywódcy. Planem minimum jest natomiast takie obwarowanie umowy klauzulami, żeby chimeryczny Trump nie mógł wykorzystać porozumienia do własnych celów.
Kto przewodzi antytrumpowej koalicji? Tu nasi rozmówcy wskazują przede wszystkim na Hiszpanię, która od momentu wybuchu wojny w Iranie jest dla administracji Trumpa wrogiem publicznym numerem jeden spośród państw UE. Jednak Francja, Włochy czy Niemcy też mają bardzo świeże przejścia z Amerykanami – pierwsi byli szantażowani gospodarczo, drudzy besztani politycznie, a trzecim oberwało się militarnie (Amerykanie zamierzają wycofać z Niemiec ok. 5 tys. swoich żołnierzy).
Z grupą antytrumpistów sympatyzuje prowadzący negocjacje z ramienia Parlamentu Europejskiego przewodniczący komisji handlu międzynarodowego Niemiec Bernd Lange. Przedstawiciele PE postawili swoim partnerom trudne warunki. Domagają się m.in. odroczenia wejścia w życie umowy do czasu, aż Trump obniży cła na unijną stal i aluminium z obecnych 50 do 15 proc., a także możliwości jej zawieszenia, jeśli Trump ponownie zagrozi integralności terytorialnej UE, tak jak miało to miejsce na początku tego roku w przypadku Grenlandii.
Mogą mówić, co chcą, ale jeśli nałożą cła, to skutki tego odczuje i gospodarka amerykańska, i amerykańscy obywatele. Oni zapłacą za to cenę. Nie tylko gospodarka amerykańska, ale cały obóz polityczny republikanów
Przedstawiciele PE chcą też krótszego czasu obowiązywania umowy – do marca 2028 roku – dzięki czemu możliwa byłaby weryfikacja współpracy i ocena tego, czy jest ona dla UE korzystna. Komisja Europejska i większość Rady UE wolą bardziej długoterminowe i elastyczne rozwiązanie, które wychodziłoby naprzeciw interesom europejskiego przemysłu, który domaga się klarowności i stabilizacji w relacjach z Amerykanami.
UE sprawdza amerykański blef. „Zapłacą za to”
– Jest pewien progres i celem jest zakończenie negocjacji możliwie szybko – zdradził w rozmowie z „Politico” jeden z uczestników nocnych rozmów. – Wszystkie strony muszą jednak spotkać się ze swoimi frakcjami i państwami członkowskimi, żeby ustalić, co są w stanie zaakceptować – dodał urzędnik.
Z kolei wspomniany Bernd Lange stwierdził, że obie strony „dążą do porozumienia”, ale do jego osiągnięcia potrzeba więcej czasu. Następna tura negocjacji jest planowana na 19 maja, ale termin nie jest jeszcze oficjalnie potwierdzony. Celem pozostaje jednak wypracowanie finalnego stanowiska przed lipcem, ponieważ wtedy wygasają tymczasowe cła nałożone przez Donalda Trumpa.
Lipcowy deadline jest jednak mocno nie w smak Amerykanom, czemu wyraz dał Andrew Puzder, ambasador Stanów Zjednoczonych przy Unii Europejskiej. – Jeśli porozumienie tak naprawdę nie jest żadnym porozumieniem, to Stany Zjednoczone się z niego wycofają – zagroził w rozmowie z Bloomberg TV.
Odniósł się też do niedawnych słów prezydenta Trumpa o podniesieniu ceł na importowane z UE samochody i ciężarówki z obecnych 15 do 25 proc., jeśli umowa handlowa nie zostanie natychmiast wprowadzona w życie. – Macie czas, żeby to naprawić, ale to musi być tu i teraz. Jeśli tego nie zrobicie, prezydent wróci do kwestii nałożenia ceł – podkreślił Puzder.
To nie pierwsza sytuacja, gdy amerykański dyplomata poucza lub straszy kraje UE. Kolejne tego rodzaju (nie)dyplomatyczne popisy, w ocenie rozmówców Interii w Brukseli, odnoszą skutek odwrotny do zamierzonego.
– Jest to zagrywka często stosowana przez Stany Zjednoczone. My na te groźby patrzymy raczej jak na blef. Ludzie w instytucjach unijnych śmieją się z Amerykanów, ale zagryzają zęby, żeby nie powiedzieć tego, co aż ciśnie się na usta – kwituje pohukiwanie ambasadora Puzdera jeden z polskich europosłów.
Inny dodaje: – Mamy tutaj do czynienia z zupełnie inną dyplomacją, niż to powinno profesjonalnie wyglądać. Amerykańscy dyplomaci zgadują nastroje swojego pryncypała, czasami nawet starają się przewidzieć to, co wydarzy się jutro. To nie jest dobra droga. Co do pana ambasadora, to mamy do czynienia z osobą, która z całą pewnością nie pomaga relacjom amerykańsko-unijnym.

Nasz rozmówca zapewnia też, że jeśli administracja Trumpa wybierze eskalację, nie tylko Unia na tym straci. – Ich też to dotknie – zapewnia polityk. – Mogą mówić, co chcą, ale jeśli nałożą cła, to skutki tego odczuje i gospodarka amerykańska, i amerykańscy obywatele. Oni zapłacą za to cenę. Nie tylko gospodarka amerykańska, ale cały obóz polityczny republikanów – nie ma wątpliwości.
Szkocka kapitulacja von der Leyen
„Porozumienie z Turnberry” to wynik negocjacji Ursuli von der Leyen z Donaldem Trumpem, które miały miejsce latem ubiegłego roku w Szkocji. Wynik, który w UE nigdy nie budził entuzjazmu. Gdy Interia rozmawiała o porozumieniu zarówno z wysokimi rangą urzędnikami Komisji Europejskiej, jak i z europarlamentarzystami czy dyplomatami, wszyscy byli zgodni co do jednego: umowa jest korzystna dla Stanów Zjednoczonych, natomiast dla UE to, mimo wszystko, rodzaj kapitulacji. Nie całkowitej i bezwarunkowej, ale jednak zauważalnej już na pierwszy rzut oka.
Wystarczy zresztą spojrzeć na kluczowe postanowienia umowy, którą w Turnberry „wynegocjowała” szefowa KE Ursula von der Leyen. UE zyskuje przede wszystkim to, że Waszyngton obniża stawkę celną z 30 (a niekiedy nawet 50) do 15 proc. na większość unijnego eksportu do Stanów Zjednoczonych. Niewielką część sektorów unijnej gospodarki obejmą też zerowe cła. Chodzi m.in. o sektor lotniczy, farmaceutyki (głównie leki generyczne), zasoby naturalne i surowce krytyczne oraz technologie (zwłaszcza sprzęt potrzebny w produkcji półprzewodników).
Bardzo ważnym aspektem umowy jest też część energetyczna. Unia zobligowała się też do zakupu amerykańskich surowców energetycznych (ropa, gaz LNG, paliwo jądrowe) za kwotę 750 mld euro do 2028 roku, a także ułatwiania i wspierania inwestycji prywatnych firm europejskich w kluczowe sektory amerykańskiej gospodarki. Tu zadeklarowana kwota wynosi 600 mld euro.
Jest w UE coraz większe zniecierpliwienie, czy wręcz wkurzenie, na to, co wyprawia Trump
Unijny komisarz ds. handlu Marcos Sefcovic po podpisaniu umowy starał się przedstawiać ją jako sukces Unii Europejskiej, samej Komisji Europejskiej, a także przewodniczącej von der Leyen, ale żeby zderzyć jego słowa z rzeczywistością, wystarczy przyjrzeć się średnim amerykańskim cłom na unijne produkty w latach 2000-2024. A te wynosiły około 2 proc. W tym kontekście umowa z Turnberry, która podnosi stawkę ponad siedmiokrotnie, jawi się jako całkowita kapitulacja UE.
„Bazooka handlowa” i dywersyfikacja sojuszy
Od czasu rozmów w Szkocji zmieniło się jednak bardzo wiele, żeby nie powiedzieć wszystko. Donald Trump otwarcie mówi dziś o wyjściu z NATO, zaatakował Wenezuelę oraz Iran, chciał zaanektować Grenlandię. A to tylko kilka najjaskrawszych przykładów polityki jego administracji z ostatnich kilku miesięcy.
Chodzi o specjalne narzędzie prawno-handlowe przyjęte przez kraje UE w 2023 roku w obliczu rosnących napięć gospodarczych w relacjach z Rosją, Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Cel jego stworzenia i wykorzystania był prosty: zwiększenie konkurencyjności i bezpieczeństwa UE w relacjach gospodarczych z zewnętrznymi partnerami w sytuacjach, gdy ci sięgają po różnego rodzaju formy ekonomicznego nacisku i/lub szantażu wobec Unii.
Zakres możliwości tego narzędzia wykracza poza standardowe formy handlowych działań odwetowych. Zakłada m.in. cła odwetowe wobec agresora, ograniczenia inwestycji firm agresora na terenie UE, ograniczenie dostępu tychże firm do unijnych zamówień publicznych. Nie bez powodu w brukselskich kuluarach o ACI mówi się jako o „handlowej bazooce” w rękach Komisji Europejskiej.
Jednym z najciekawszych jej punktów jest zacieśnienie współpracy z innymi państwami i zawiązanie takich strategicznych sojuszy, które zminimalizują wpływ Stanów Zjednoczonych na unijną gospodarkę. Na liście państw, z którymi UE chce zacieśnić relacje, znalazły się m.in. Indie (porozumienie już zawarte), Malezja, Filipiny czy państwa Zatoki Perskiej.
Jeśli dodamy do tego umowę z państwami Mercosuru, zobaczymy, że Unia nie przespała ostatniego roku. Dzisiaj jest przygotowana na czarny scenariusz w relacjach z Amerykanami znacznie lepiej niż jeszcze 12 miesięcy temu.












