Rozmawiamy z jedyną osobą w Polsce, z którą kontaktują się hakerzy, odpowiedzialni za największy wyciek danych w historii Polski.
To Adam Haertle, redaktor naczelny serwisu Zaufana Trzecia Strona i specjalista w zakresie cyberbezpieczeństwa. Dostał wiadomość o gigantycznym wycieku, którego ofiarą padło blisko 19 milionów osób, zweryfikował te doniesienia, powiadomił zaatakowaną firmę i służby. A kiedy trzy tygodnie później przestępcy zapowiedzieli „coś większego”, został wskazany jako ten człowiek, który o sprawie dowie się jako pierwszy.
W wywiadzie dla Interii mówi między innymi o kulisach rozmów z hakerami, nie tylko tymi od gigantycznego wycieku – bo żądania okupu w związku z wykradzeniem danych to obecnie nierzadkie historie.
– Czasem są to żądania całkowicie nieracjonalne – zauważa Haertle. I przytacza historię włamania do „mniejszego polskiego banku”, z którego ukradziono salda rachunków, historię, dane osobowe kilkudziesięciu tysięcy klientów.
– Sprawca chciał około pół miliona złotych za to, że nikomu o tym nie powie. Pół miliona za brak utraty reputacji – mówi.
Posłuchaj całej rozmowy z Adamem Haertle:
Oglądaj też w serwisie YouTube
Gigantyczny wyciek danych. Kto za nim stoi?
Wiadomości wysyłane są z konta Fingerprint prowadzonego w języku angielskim. Jak mówi Haertle, koślawym, „szkolno-azjatyckim” angielskim.
– Ale w dobie sztucznej inteligencji można powiedzieć czatowi: „Napisz to tak, jakby napisał to Hindus czy Koreańczyk”. Równie dobrze to mogą być Polacy, udający kogoś innego – wskazuje rozmówca Interii.
Jak mówi, sam nie wie, dlaczego hakerzy piszą akurat do niego.
– Jeden ze znajomych z ciekawości sprawdził, że kiedy zapytamy duży model językowy, kto w Polsce zajmuje się od strony dziennikarskiej opisywaniem tego typu zdarzeń, to są wymieniane trzy nazwiska. I moje jest często pierwsze na tej liście. Podejrzewam, że sprawcy takie właśnie ćwiczenie wykonali – wskazuje.
Jak doszło do pierwszego kontaktu? Jak mówi Adam Haertle, zdarzało mu się już w przeszłości, że ktoś kontaktował się z nim w sprawie okupu.
– Na przykład włamywacz nie dogadał się z firmą w sprawie kwoty. Słowem – firma nie chciała zapłacić tyle, ile żądał włamywacz. Były przypadki, że takich sytuacjach sprawca kontaktował się ze mną, żebym ja odezwał się do firmy i przekonał ich, że negocjacje trzeba prowadzić inaczej – opowiada.
Podkreśla, że „nie lubi być narzędziem w rękach przestępców”. Ale – jak wskazuje – takie sytuacje się zdarzają, więc i teraz starał się wybadać intencje nadawców wiadomości.
Oglądaj też w serwisie YouTube
Firma nie odpisywała przez trzy dni
– Faktycznie okazało się, że próbowali nawiązać kontakt z firmą (MyDr – red.), ale ta przez trzy dni nie odpisywała. (…) To mogła być świadoma decyzja, że nie negocjujemy z terrorystami, którą – można powiedzieć – szanuję. Ale jednak warto dowiedzieć się czegoś więcej o incydencie. Mogło też po prostu dojść do przeoczenia wiadomości – mówi Adam Haertle.
Potem hakerzy podesłali mu jego dane i dane jednego z polskich polityków. Zaczęła się weryfikacja.
– Moje dane były prawdziwe. Dane tego polityka też byłem w stanie częściowo sprawdzić, bo chociażby numer telefonu gdzieś można było znaleźć w archiwalnych zapisach w internecie – podaje.
Jak mówi, wówczas informacje o ataku przekazał firmie MyDr i zespołowi CERT Polska, który zajmuje się koordynacją tego rodzaju incydentów w kraju.
– Paradoksalnie muszę przyznać, że osoba – albo osoby – stojąca za kontem Fingerprint, do tej pory nie skłamała – wskazuje Haertle i dodaje: liczba danych się zgadza, zakres danych się zgadza.
– Obiecali, że nie opublikują, nie opublikowali, więc te twierdzenia do tej pory wszystkie się sprawdziły. Nie mamy innego powodu, oprócz tego, że są to przestępcy, by im nie ufać. Ale pamiętajmy nadal: to są przestępcy – podkreśla.
Jak mówi, nie wie, czym może być zapowiadane przez hakerów w nowym wpisie „coś większego”. Można mieć jednak pewne podejrzenia.
– Firma MyDr obsługuje mniej więcej jedną trzecią rynku, a są jeszcze dwie inne bardzo duże firmy w tej branży – wskazuje.
Polacy sprawdzają swoje dane po wycieku. Utworzyła się kolejka
Wyciek danych już w 2024 r.? W sieci krąży pewna teoria
Po potwierdzeniu gigantycznego wycieku danych w sieci zaczęły krążyć informacje, że w rzeczywistości doszło do niego nie w 2026 roku, a już w 2024 roku. Od tej pory rzekomo dane miały krążyć w sieci i trafić w ręce m.in. obcych wywiadów. Co Adam Haertle na te doniesienia?
– Faktycznie była taka komunikacja w internecie. Wzięło się to z tego, że dwa lata temu miał miejsce incydent, który ma wiele cech podobieństwa do tego tegorocznego – mówi ekspert.
O co chodziło?
– Po pierwsze, ta sama firma była wymieniona jako jeden z aktorów w tym procesie, a po drugie liczba, która pojawiała się tam wykradzionych danych, była prawie identyczna. Różniła się na przestrzeni tych 18 milionów zaledwie o kilkaset pozycji – wylicza.
Zatem, jak wskazuje, istniało „niezerowe prawdopodobieństwo”, że to są te same bazy.
– Natomiast po zweryfikowaniu tego, co stało się w 2024 roku, mogę z całą pewnością powiedzieć: to jest coś zupełnie innego. To jest przypadek – podkreśla.
Co się zatem stało w 2024 roku?
– Wówczas dwóch nastolatków, którzy chcieli pozyskać dane pacjentów, żeby wystawiać na nich recepty na leki opioidowe, a następnie te recepty sprzedawać na czarnym rynku, dostało się do systemów poznańskiej przychodni. Placówka ta korzystała z systemów MyDr – mówi Adam Haertle.
Młodociani hakerzy – jak wskazuje rozmówca Interii – użyli aplikacji, która ma możliwość łączenia z państwowymi rejestrami i poprosili o dane 18 milionów pacjentów.
– I bazę pozyskali. Były tam informacje, którzy z pacjentów mają państwowe ubezpieczenie. Po paru dniach wpadli w ręce policji, która zabezpieczyła dane i osoby, które popełniły to przestępstwo – mówi.
Dopytywany, czy możemy mieć pewność, że wskazane dane nie zdążyły wyciec, zapewnia: Z mojej wiedzy wynika, że zatrzymani nic nie zdążyli z tymi danymi zrobić. Nie słyszałem też, żeby gdzieś było domniemanie, że te dane dalej krążą.
Oglądaj też w serwisie YouTube












