Słowo „czystka” w wiadomościach dotyczących amerykańskich sił zbrojnych pojawia się ostatnio bardzo często. I trudno się dziwić: lista osób, które tracą stanowiska, wciąż się wydłuża. Generał CQ Brown, który pełnił rolę przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabu, admirał Lisa Franchetti, szefowa operacji morskich, generał Randy George, szef sztabu wojsk lądowych, generał David Allvin, szef sztabu sił powietrznych. A do tego sekretarz marynarki, John Phelan czy sekretarz sił lądowych Dan Driscoll. W sumie ponad 20 generałów, admirałów i cywilnych liderów z Pentagonu.
Jeśli dopisać tych, których awanse zostały wstrzymane bądź odrzucone – to nawet ponad 80 osób. Część tych dymisji wydarzyła się już w czasie wojny, jaką Stany Zjednoczone prowadzą przeciwko Iranowi.
W centrum tego niezwykłego zjawiska znajduje się sekretarz wojny Pete Hegseth. Jeden z najbardziej kontrowersyjnych nominatów prezydenta Trumpa. Były major gwardii narodowej, lider organizacji skupiających weteranów, a także prezenter stacji Fox News (to właśnie jego obecność na wizji sprawiła, że zauważył go prezydent). Przyszłość jego nominacji stała przez moment pod znakiem zapytania, kiedy media rozpisywały się o jego problemach z alkoholem, niewłaściwym zarządzaniu w organizacjach, którymi kierował, a także zarzutach napaści. Prezydent Trump jednak nie tylko nie wycofał swojego poparcia dla niego, ale wywarł ogromną presję na republikańskich senatorach, by uczynili Hegsetha sekretarzem obrony.
W następnych miesiącach wielokrotnie pojawiały się pogłoski, że Hegseth może stracić stanowisko – zwłaszcza po aferze „signalowej”, kiedy szczegóły operacji militarnej w Jemenie były omawiane na prywatnym komunikatorze, w konwersacji, do której przypadkiem dołączył dziennikarz.
Spekulowano, że pozycja Hegsetha jest słaba, a sam prezydent nie uważa go za istotnego doradcę, ceni go przede wszystkim za lojalność i dobrą prezencję w mediach. A mimo to Hegseth wciąż kieruje Pentagonem. I dokonuje w nim zmian, które mogą istotnie wpłynąć na kształt amerykańskich sił zbrojnych.
Pete Hegseth – ideolog
Miasteczko Moscow w stanie Idaho liczy około 25 tysięcy mieszkańców, ale jeden z lokalnych pastorów zdobył ogólnokrajowy rozgłos.
Doug Wilson jest częstym bywalcem podcastów, gdzie opowiada o swojej wizji świata. Świata, w którym państwo ma charakter wyznaniowy a kobiety nie mają prawa głosu. Wilson został w lutym tego roku zaproszony do Pentagonu, by wygłosić kazanie. Sekretarz Hegseth jest członkiem jego kościoła.
I być może właśnie wpływ nauczania pastora o roli kobiet w społeczeństwie okazał się inspirujący dla sekretarza wojny. Jeszcze przed objęciem swojej funkcji krytykował decyzję o daniu kobietom szansy na obejmowanie stanowisk bojowych. „To nie sprawiło, że jesteśmy bardziej efektywni, nie uczyniło nas bardziej śmiercionośnymi” – tłumaczył.
Później, w trakcie przesłuchania przed senacką komisją, przedstawił nieco łagodniejsze stanowisko: kobiety mogą wykonywać w wojsku wszelkie zadania, o ile spełnią te same normy sprawnościowe, które dotyczą mężczyzn.
Sprzeciw Hegsetha wobec kobiet w siłach zbrojnych wynika z jego przekonania, że amerykańskiej wojsko jest dziś słabsze, bo przez lata dążenie do różnorodności i wyrównywania szans zdominowało kryteria merytoryczne. A departament obrony zamienił się w departament „woke”.
We wrześniu zeszłego roku sekretarz wezwał setki oficerów najwyższego szczebla do Quantico w Wirginii. Podczas swojego przemówienia nacisk położył na przywrócenie „etosu wojownika”. Żołnierze mają być sprawni fizycznie, wyglądać schludnie (koniec z „brodatymi dziwolągami”) i zajmować się zwiększeniem skuteczności sił zbrojnych w zabijaniu wrogów, nie zaś różnorodnością w szeregach armii i zmianami klimatu.
Próba oczyszczenia kadry oficerskiej z osób, które awansowały dzięki kryteriom innym niż merytoryczne, jest jednym z powodów, jakie wymienia Pete Hegseth, tłumacząc liczne dymisje.
Pete Hegseth – lojalista
Prezydentowi Donaldowi Trumpowi podczas jego pierwszej kadencji imponowała możliwość współpracy z byłymi i pozostającymi w służbie generałami. Wielu z nich otrzymało nominacje na kluczowe pozycje – James Mattis, Michael Flynn, John Kelly. Zastanawiano się, czy wynika to z jego fascynacji wojskiem, przeszłością w szkole wojskowej czy uznaniem dla takiego modelu przywództwa, gdzie wszyscy salutują i wykonują rozkazy. Z czasem stało się jednak dla niego jasne, że wojskowi zachowują wobec niego sporą niezależność i w kluczowych momentach przedkładają własną ocenę sytuacji nad jego polecenia.
Prezydent po swojej pierwszej kadencji wyciągnął następujący wniosek: potrzebuję sił zbrojnych, które będą lojalne wobec Białego Domu, a zasiedziałe struktury w Pentagonie na pewno w tym nie pomagają.
To jeden z powodów, dla których Hegseth trwa na swoim stanowisku tak długo: przy wszystkich niedostatkach szefa Pentagonu jest on bezwzględnie lojalny wobec prezydenta. Nie miał wcześniej doświadczenia pracy w departamencie obrony, co z jednej strony może brzmieć jak wada, z drugiej jednak oznacza, że brak mu wieloletnich powiązań ze starymi bywalcami Pentagonu. Znajomości nie będą więc miały wpływu na jego decyzje.
Ba, oficerowie i cywilna kadra departamentu traktują go nieufnie, jako człowieka z zewnątrz. A o to właśnie chodziło Donaldowi Trumpowi. Tylko ktoś taki może zadbać o lojalność sił zbrojnych wobec prezydenta.
W maju zeszłego roku do mediów wyciekła informacja o memorandum sekretarza obrony, nakazującym zredukowanie liczby czterogwiazdkowych generałów o przynajmniej 20 proc. Zmniejszona miałaby być także ogólna liczba generałów i admirałów, a także generałów w gwardii narodowej. W tym dokumencie Hegseth tłumaczył, że pozwoli to usunąć nadmiar najwyższych oficerów i sprawi, że przywództwo w siłach zbrojnych będzie bardziej efektywne.
To zalecenie brzmi bardzo charakterystycznie dla pierwszych miesięcy urzędowania Trumpa. Właśnie wtedy Elon Musk i jego Departament Efektywności Rządu (DOGE) poszukiwali oszczędności, zwalniali urzędników i tropili marnotrawstwo. Jednak zwalnianie generałów trudno uznać za rozsądny pomysł na zmniejszenie wydatków departamentu, którego roczny budżet oscyluje w okolicy biliona dolarów. Dlatego wydaje się prawdopodobne, że pomysł był inny.
Zadeklarowanie procentowego celu zwolnień zwiększa presję na oficerów. Jeśli chcesz pozostać w siłach zbrojnych, robić karierę, mieć otwartą drogę do awansu – musisz wybrać. Czy opowiesz się po stronie Donalda Trumpa i jego sekretarza wojny?

Pete Hegseth – paranoik?
Pogłoski o rychłym końcu Hegsetha w Pentagonie przybrały na sile w listopadzie zeszłego roku, kiedy do Kijowa wyruszył z misją dyplomatyczną sekretarz armii Dan Driscoll. Driscoll miał za sobą karierę w armii, pozytywnie recenzowano jego pomysły na modernizację sił lądowych, a do tego przyjaźni się z wiceprezydentem J.D. Vancem. Fakt, że to właśnie jego wybrano do misji w Europie, z pominięciem sekretarza wojny, sugerował, że może być poważnie rozważany jako następca Hegsetha. Mówiło się także o personalnym konflikcie między nimi.
Sprawy potoczyły się jednak inaczej. Hegseth po raz kolejny obronił swoje stanowisko. W kwietniu sekretarz wojny wysłał na emeryturę szefa sztabu sił lądowych, generała Randy’ego Georga. Jednym z powodów miały być bliskie związki generała z Driscollem. W następnych miesiącach narastały spory o politykę nominacyjną w armii pomiędzy Driscollem a Hegsethem. Wreszcie sekretarz armii poprosił o spotkanie z Trumpem i próbował przekonać prezydenta, że sprawy w Pentagonie zmierzają w złym kierunku. Rozmowy nie przyniosły rezultatu i ostatecznie Driscoll podał się do dymisji.
Walka Hegsetha z Driscollem, którego sekretarz wojny mógł postrzegać jako zagrożenie dla własnej kariery, ujawniają inny aspekt osobowości szefa Pentagonu. Hegseth jest niezwykle podejrzliwy. Zwalnia najbliższych współpracowników. Zleca badania wariografem, by wykryć źródła medialnych przecieków (departament wojny jest na nie wyjątkowo podatny w ostatnim czasie). Również część dymisji wysokich rangą oficerów (albo wstrzymanych nominacji) może być podyktowanych obawami o brak lojalności i podkopywanie jego pozycji.
Niedawno Hegseth zdecydował o dymisji generała Chrisa Donahue, doświadczonego żołnierza, który w ostatnim czasie stał na czele Dowództwa Armii Stanów Zjednoczonych w Europie i Afryce. Oficjalnym powodem miał być udział generała w operacji ewakuacyjnej na lotnisku w Kabulu, pod koniec obecności sił amerykańskich w Afganistanie.
Donahue, według relacji „The Wall Street Journal”, miał być intensywnie broniony przez kolegów. Hegseth nie dał się jednak przekonać do kompetencji generała, a obrona ze strony wojskowych tylko wzmogła jego podejrzliwość.
Donald Trump wybrał model, w którym siły zbrojne mają przede wszystkim być lojalne wobec niego, a Pete Hegseth okazał się idealnym wykonawcą tego planu. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że tak radykalna polityka personalna w wojsku może nie być idealnym rozwiązaniem dla państwa, które właśnie toczy kolejny, trudny do rozwiązania konflikt na Bliskim Wschodzie i z niepokojem spogląda na inne strony świata.
Andrzej Kohut













