Ten sondaż zwiastował nadchodzącą burzę. W marcu Instytut Gallupa opublikował badanie dotyczące nastawienia Amerykanów do budowy nowych centrów danych. Rezultaty musiały być alarmujące dla gigantów technologicznych, walczących o prymat w świecie sztucznej inteligencji: aż 71 proc. ankietowanych było przeciwnych budowie tego rodzaju infrastruktury w swojej okolicy.
Co ciekawe, centra danych bardziej niepokoiły mieszkańców USA niż… elektrownie atomowe. Budowie tych ostatnich w swoim sąsiedztwie sprzeciwiało się tylko 53 proc. pytanych.
Kolejne miesiące potwierdziły, że rezultat badania Gallupa nie był przypadkowy: sprawa centrów danych zaczęła rozpalać internetowe dyskusje, pojawiły się protesty w różnych częściach kraju, a politycy zaczęli szukać sposobów, by przekonać wyborców, że oni również nie życzą sobie wielkich projektów infrastrukturalnych (które często zachwalali jeszcze kilka miesięcy wcześniej).
W sprawę włączyła się nawet Erin Brokovich, słynna aktywistka, którą w hollywoodzkiej produkcji zagrała Julia Roberts. Czego obawiają się Amerykanie? I jak to może wpłynąć na nadchodzące wybory do Kongresu?
Nowa gorączka złota
Stany Zjednoczone są zdecydowanym liderem, jeśli chodzi o liczbę istniejących i planowanych centrów danych. Przygotowany na Uniwersytecie Stanforda „The 2026 AI Index Report” pokazuje, że choć w kwestii efektywności modeli sztucznej inteligencji Chińczycy depczą Amerykanom po piętach, to pod względem infrastruktury nikt nie może się równać z USA.
Na koniec 2025 roku funkcjonowało w tym kraju 5427 centrów danych, 10-krotnie więcej niż w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy wspomnianych Chinach. W planach jest nawet 4 tys. kolejnych, choć nie wszystkie muszą się zmaterializować. Jeśli się weźmie pod uwagę, że budowa jednego ma kosztować średnio ponad 2 mld dolarów, lepiej widać skalę tego przedsięwzięcia.
Plany są tak ambitne, że najpoważniejszą przeszkodą może się okazać brak odpowiedniej ilości materiałów budowlanych i wykwalifikowanych robotników (których będzie potrzeba ponad 300 tys.). A także zapotrzebowanie na energię elektryczną.
Według firmy badawczej SemiAnalysis nowe centra mogą potrzebować więcej mocy niż Stany Zjednoczone są w stanie obecnie wyprodukować. Do tego jeszcze mogą pojawić się problemy z wodą – duże centrum danych zużywa do chłodzenia mniej więcej tyle wody co kilkudziesięciotysięczne miasteczko.
Tymczasem, jak wynika z analizy „The Guardian”, ponad 60 proc. nowych projektów ma powstać na obszarach w różnym stadium suszy.
Gigantów technologicznych to jednak nie zraża. Amazon, Meta, Oracle, Microsoft i Google tylko w tym roku planują wydać na nowe centra danych około 750 mld dolarów.
Skala inwestycji w sztuczną inteligencję odzwierciedla najważniejszą nadzieję tych firm – że to właśnie jedna z nich w najbliższej przyszłości zdominuje branżę sztucznej inteligencji, stanie się filarem przyszłej gospodarki i zapewni sobie niewyobrażalne zyski, które z nawiązką zrekompensują dzisiejsze inwestycje.
Nadzieja dla prowincji?
Dziś centra danych rozrzucone są po niemal całym kraju, ale ich szczególną koncentrację można zauważyć w kilku stanach: Teksasie, Kalifornii czy Georgii. Oraz w Wirginii, gdzie znajduje się hrabstwo Loudoun, lokalizacja ponad 250 z nich. W tej okolicy centra danych powstają od końca lat 90. ubiegłego wieku. Loudoun stało się tak znaczącym internetowym hubem, że według popularnej miejskiej legendy aż 70 proc. światowego ruchu sieciowego przechodzi przez tutejsze serwery.
Przypadek hrabstwa leżącego około 50 kilometrów od centrum Waszyngtonu, nieco na północ od lotniska Dullesa, mógł przez lata inspirować naśladowców.
W ostatnich latach Loudoun zyskało park, nowe szkoły czy centrum rekreacji z kilkoma basenami. Inwestycje warte dziesiątki milionów dolarów nie byłyby możliwe, gdyby nie gigantyczny wzrost wpływów podatkowych – dekadę temu było to ok. 150 mln dolarów, obecnie ponad miliard. I to mimo tego, że w ciągu tych 10 lat podatki od nieruchomości spadły w tym hrabstwie o jedną trzecią.
Lokalne władze mogły sobie pozwolić hojność wobec starych i nowych mieszkańców, bo rozrastające się centra danych zapewniły kilkanaście tysięcy nowych miejsc pracy i przyciągnęły do tej niegdyś sennej, stołecznej sypialni wiele osób z innych stron.
Dla wielu prowincjonalnych hrabstw w USA to historia o kopalni złota, którą można u siebie otworzyć na życzenie. Nowe miejsca pracy i większy lokalny budżet brzmi jak marzenie każdego polityka. Czego zatem obawia się niemal trzy czwarte mieszkańców Stanów Zjednoczonych, którzy nie chcą centrów danych blisko własnego ogródka?
Życie bez wody
W sieci nietrudno znaleźć nagrania farmerów pokazujących, jak brudna i mętna woda cieknie z ich kranów w wyniku powstawania nowej inwestycji w ich okolicy. Pod koniec maja media obiegło nagranie z posiedzenia komisji Izby Reprezentantów, podczas którego znana lewicowa polityczka z Nowego Jorku, Alexandria Ocasio-Cortez podniosła problem jakości wody w hrabstwie Morgan w Georgii.
Podniosła go dosłownie, bo podczas swojego wystąpienia trzymała słoik z brudno-brązową cieczą. Tłumaczyła, że na skutek budowy centrum danych w okolicy, lokalni mieszkańcy są zmuszeni sprowadzać wodę do codziennego użytku. – To nie jest niedogodność, to podstawowa kwestia zdrowia publicznego – tłumaczyła.
Kwestia wody dominuje wśród obaw Amerykanów związanych z centrami danych. Na drugim miejscu pojawia się obawa o wzrost cen prądu. W ciągu ostatnich pięciu lat energia elektryczna zdrożała w USA średnio o ponad 40 proc. (w niektórych stanach podwyżki były znaczniejsze).
Powodów oczywiście jest wiele: od starzejącej się sieci przesyłowej, przez wzrost cen surowców po katastrofy naturalne, zaś wzrost zapotrzebowania ze względu na nowe centra danych to tylko jedna z pozycji na tej liście. Jednak to właśnie powstawanie wielkich, szarych hangarów jest przez mieszkańców obwiniane o tę sytuację.
Centra danych generują również nieustający hałas – osoby mieszkające w sąsiedztwie skarżą się, że słyszą go nawet wewnątrz własnych domów.
Budowa centrów danych to także nagła inwazja tłumu robotników i ciężkiego sprzętu na często spokojną prowincję.
Mnożą się też obawy o przyszłość: czy po zakończeniu budowy centra rzeczywiście dostarczą tak wielu miejsc pracy – przecież do ich obsługi nie potrzeba zbyt wielu osób. Jak wpłyną na ceny nieruchomości znajdujących się w pobliżu, bo przecież liczba chętnych na dom w takim sąsiedztwie z pewnością spadnie. No i co się wydarzy, kiedy technologiczny gigant odpowiedzialny za daną inwestycję przegra wyścig o dominację w sztucznej inteligencji. Czy wtedy lokalna społeczność znajdzie się w podobnej sytuacji co mieszkańcy regionów postindustrialnych?
Lęk przed AI
Ostatnie tygodnie pokazują jednak, że sprzeciw wobec masowej ekspansji centrów danych to nie tylko sprawa lokalnych społeczności, które mogą obawiać się zużycia prądu, braków wody czy hałasu. To w coraz większym stopniu sprawa ogólnokrajowa, przyciągająca uwagę milionów Amerykanów.
Prawdopodobnie walka z centrami danych to jedynie wojna zastępcza. Jej prawdziwym powodem są obawy przed samą sztuczną inteligencją, do której coraz mniej osób podchodzi z optymizmem. Według badania Pewe Research Center połowa ankietowanych przyznała, że odczuwa więcej niepokoju niż ekscytacji w związku z rozwojem tej technologii. Przeciwnego zdania było ledwie 10 proc. badanych.
Obawy związane ze znikaniem miejsc pracy, coraz ściślejszą kontrolą czy rosnącą dominacją wielkich korporacji często odnoszą się jednak do mglistej przyszłości. Problemy z centrami danych są widoczne już teraz.
Do tego towarzyszy im atmosfera tajemnicy. Giganci technologiczni często nie chwalą się, co budują. Dbają też o to, by stosownymi umowami zablokować możliwość zdradzania szczegółów inwestycji pracownikom zaangażowanym w projekt. Oczywiście po to, by uniknąć kłopotów i protestów, ale to staje się coraz trudniejsze.
Co zrobią republikanie?
„Gdybym był burmistrzem miasta albo gubernatorem stanu i miałbym szansę na otwarcie dużej fabryki, fabryki sztucznej inteligencji albo centrum danych z pewnością bym tego chciał, bo miejsc pracy jest tam mnóstwo, a płacone podatki są po prostu ogromne”.
Tak Donald Trump zachwalał nowe inwestycje w ostatnich dniach. Prezydent wielokrotnie promował centra danych jako kluczowe dla amerykańskiej przyszłości, twierdził, że są „maszynkami do robienia pieniędzy” i „płynnym złotem”.
Jego entuzjazm może po części wynikać z bliskich relacji z branżą technologiczną – największe „big techy” od miesięcy dbają o dostęp do najważniejszego lokatora Białego Domu, między innymi wspierając różne jego inicjatywy (jak budowa sali balowej).
Jednak narastający społeczny sprzeciw sprawia, że jego entuzjazm dla kolejnych inwestycji staje się coraz bardziej niewygodny dla republikańskich polityków, których w nadchodzących tygodniach czeka trudna kampania wyborcza.
Demokraci zwietrzyli okazję. Były senator Sherrod Brown z Ohio, który w tym roku będzie walczył o powrót na Kapitol, ogłosił swojego republikańskiego rywala Jona Husteda „twarzą centrów danych”.
Progresywny kandydat z Michigan, Abdul El-Sayed, twierdzi, że jego republikański oponent, Mike Rogers, chce budować centra danych w ogródkach mieszkańców.
Nawet demokratyczny gubernator Pensylwanii Josh Shapiro, do niedawna entuzjastyczny wobec nowych inwestycji, wprowadza bardziej restrykcyjne regulacje i obiecuje, że obroni swój stan przed apetytem wielkich korporacji.
Część republikańskich polityków już teraz dokonuje panicznego zwrotu. Wspomniany Mike Rogers z Michigan zaproponował roczne moratorium na nowe centra danych w tym stanie. Byron Donalds, faworyt w walce o fotel gubernatorski na Florydzie wydał dwa miliony dolarów na reklamę, w której zapewnia, że obroni swój stan przed centrami.
Do niedawna entuzjastyczny wobec rozwoju sztucznej inteligencji gubernator Teksasu Greg Abbot grzmi, że korporacje technologiczne „kopią swój własny grób” i zasłużyły sobie na społeczny gniew, który je teraz spotyka.
Zmiana narracji wśród republikańskich polityków może się jednak okazać spóźniona i mało wiarygodna, jeśli dalej będzie ją podważał sam prezydent. Bunt wobec centrów danych dodatkowo komplikuje sytuację tej partii przed wyborami połówkowymi – i tak już niełatwej ze względu na niepopularną wojnę z Iranem i trudności gospodarcze.
Czy partia Trumpa znajdzie sposób by odzyskać wyborców, jednocześnie nie psując zanadto relacji z wpływowymi darczyńcami reprezentującymi sektor technologiczny? Odpowiedź poznamy w listopadzie.
Andrzej Kohut











