
Kiedy i czy w ogóle dojdzie do amerykańskiego ataku na razie nie sposób powiedzieć. Pentagon ewidentnie gromadzi siły, a w Białym Domu trwają dyskusje nad tym, czy pociągnąć za spust. I w jaki sposób. Do ograniczonej kampanii nalotów wojsko USA może być gotowe już w najbliższych dniach. Do jakichś bardziej skomplikowanych i długotrwałych operacji potrzeba więcej przygotowań. Papierkiem lakmusowym będzie przerzucenie na Bliski Wschód zauważalnych ilości samolotów 5-generacji i systemów obrony przeciwrakietowej do obrony baz przed irańskim odwetem. Na razie to się nie stało.
Powtórka z Wenezueli mało realna
Inwazja lądowa nie wchodzi w ogóle w grę. Nikt w USA nie ma zamiaru angażować się w przewlekłą wojnę w dużym, górzystym i pustynnym Iranie. Sądząc po dotychczasowych decyzjach Trumpa i tym, co nieoficjalnie piszą amerykańskie media na podstawie przecieków z Białego Domu, oczekuje on krótkiego, ale wyrazistego działania. Porwanie dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro na początku stycznia było podręcznikowym przykładem tego, co chcieliby oglądać politycy w Waszyngtonie. Bez strat, szybko, spektakularnie i rozstrzygająco.
W przypadku Iranu powtórka jest jednak mało realna. Największym problemem jest geografia. Maduro był w położonym blisko wybrzeża Caracas. Amerykańskie śmigłowce z komandosami na pokładzie musiały pokonać jedynie krótki dystans nad wrogim terytorium, przede wszystkim drastycznie ograniczając ryzyko przedwczesnego wykrycia. Centralny Iran, rejon stołecznego Teheranu, to ponad pół tysiąca kilometrów od Zatoki Perskiej czy granicy z Irakiem. Około dwóch godzin lotu śmigłowcem w jedną stronę, a do tego konieczność 1-2 tankowań nad Iranem, aby móc pokonać takie odległości. Bez wiropłatów szturmy na jakieś umocnione kompleksy najwyższego przywództwa byłyby natomiast karkołomne. Ogólnie znacznie większe ryzyko błędów, awarii, wczesnego wykrycia i przeciwdziałania Irańczyków. Już raz Amerykanie próbowali czegoś takiego w 1980 roku (operacja Orli Szpon) i skończyło się spektakularnym fiaskiem. Dzisiaj mają znacznie lepsze narzędzia, ale nadal byłoby to bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. Nie poruszając w ogóle kwestii tego, że Irańczycy najpewniej są ostrożniejsi niż Wenezuelczycy i mają świeży przykład, czego się wystrzegać. Oznacza to lepiej ukrytych i chronionych przywódców.
Znacznie bardziej prawdopodobne jest uderzenie z powietrza. Już podczas ubiegłorocznej wojny Izraela z Iranem zostało dobitnie pokazane, że Irańczycy nie są w stanie realnie obronić swojej przestrzeni powietrznej przed nowoczesnym lotnictwem w rodzaju amerykańskiego czy izraelskiego. Podczas tamtych ataków cały irański system obrony powietrznej był priorytetowym celem i został zdewastowany. W nieco ponad pół roku na pewno nie został odbudowany, nie wspominając o realnym wzmocnieniu. Irański przemysł zbrojeniowy nie ma takich możliwości, a nie ma żadnych informacji, aby Chiny i Rosja zdecydowały się w tym zakresie wesprzeć ajatollahów. Pytanie więc co konkretnie mogliby chcieć zbombardować Amerykanie. Bo to że mogą, nie ulega szczególnym wątpliwościom.
Uderzenia powietrza i blokada morska
Pierwszą możliwością jest atak wymierzony w ścisłe irańskie przywództwo. Tak zwana dekapitacja. Czyli próba zabicia z powietrza najważniejszych liderów reżimu. Trump i jego sojusznicy w Waszyngtonie wiele razy sugerowali, że w grę wchodzi nawet zabicie samego najwyższego przywódcy, ajatollaha Ali Chamenei. Na liście priorytetowych celów na pewno znalazłoby się przywództwo Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (którego poprzedni szef Hossejn Salami został zabity w izraelskich nalotach w 2025 roku) i podległej mu paramilitarnej organizacji Basidżów, głównie odpowiedzialnej za brutalne tłumienie protestów. Takiego rodzaju uderzenie i późniejsza groźba jego powtórzenia, byłaby najpewniej elementem próby przemiany ustrojowej w Iranie. Wymuszeniem zmiany kursu i ideologii na taką bardziej odpowiadającą USA oraz ich arabskim sojusznikom w krajach Zatoki Perskiej. Czy da się to zrobić samymi bombami, jest jednak dyskusyjne. Zwłaszcza wobec tego, że reżim już utopił we krwi ostatni wybuch niezadowolenia społecznego. Demonstranci wówczas nie doczekali się żadnej pomocy, więc mogą nie być skłonni tak szybko znów próbować.
Alternatywnie Amerykanie mogliby się skupić na celach takich jak siedziby i bazy wspomnianego Korpusu, siedzibach centralnych oraz lokalnych służb podległych Ministerstwu Wywiadu i Bezpieczeństwa, ewentualnie bazach samego wojska. Byłoby to uderzenie bardziej symboliczne, bo realnie wydaje się wątpliwe, aby nawet zrównanie ich z ziemią i zabicie wielu członków tych organizacji mogło skutecznie zachwiać reżimem. Mogłoby jednak pozwolić Trumpowi oznajmić, że pokarał Iran za brutalne represje na demonstrantach i zachować wizerunek sprawczego przywódcy, który nie rzuca słów na wiatr.
Jest jeszcze inna opcja, mianowicie uderzenie w filar ekonomiczny reżimu, czyli przemysł wydobycia oraz eksportu ropy naftowej, który pomimo obłożenia wieloma sankcjami przez Zachód, nadal działa. Jego głównym klientem są Chiny, które nie mają problemu z nabywaniem irańskiej ropy, korzystając z faktu, że jest ona przeceniona. Pod koniec 2025 roku Iran zarabiał miesięcznie około 3,5 miliarda dolarów na eksporcie ropy. To kluczowe źródło dewiz dla reżimu w obliczu krachu gospodarczego kraju, którym zarządza. Amerykanie na pewno byliby zdolni do sparaliżowania tego sektora irańskiej gospodarki. Nie zrobili tego jednak w czerwcu ubiegłego roku, tak samo jak Izraelczycy. Uderzenie w irański przemysł naftowy miałoby bowiem negatywne skutki dla globalnego rynku handlu ropą naftową. Na pewno podniosłoby niepewność i podniosło ceny. W momencie, kiedy są one niskie, co służy interesom USA (ceny paliw w ryzach, ograniczające inflację, a do tego presja na Rosję).
Alternatywnie jedną z amerykańskich opcji działania jest blokada morska Iranu. Wymierzona konkretnie we flotę tankowców, eksportujących ropę do Chin. Byłoby to mniej radykalne działanie niż naloty na przemysł na lądzie. Ewentualnie mógłby to być pierwszy etap kampanii presji na reżim, zanim doszłoby do bezpośredniego uderzenia. Interwencja w Wenezueli też zaczęła się od podobnych działań. Iran grozi, że w takim wypadku zacząłby atakować neutralną żeglugę w cieśninie Ormuz, przez którą przepływa prawie 20 procent światowego eksportu ropy z państw Zatoki Perskiej. Byłoby to zrealizowanie starej i tradycyjnej groźby zamknięcia cieśniny, co jest używane jako groźba pod adresem USA czy Izraela. Faktyczne zdolności Iranu do realizacji takiej kontrblokady są jednak dyskusyjne. Amerykanie dominują w powietrzu i na morzu. Choć na pewno znacznie podniosłoby to niepokój na rynkach, ponownie prowadząc do wzrostu cen ropy.
Nie sposób na razie przewidzieć, na jaką opcję zdecyduje się Trump. Może to być jakiś miks początkowej blokady, za którą pójdzie później bezpośrednie uderzenie w reżim. Sukces w Wenezueli na pewno zaostrzył apetyt Trumpa i jego wiarę w sprawczość własną oraz sił zbrojnych USA. Tak samo jak ubiegłoroczna wojna, która obnażyła ograniczony potencjał militarny Iranu. Jakieś działanie wydaje się więc prawdopodobne. Koncentracja sił postępuje. Irański reżim nie wydaje się być zdolny do poczynienia ustępstw, które zadowoliłyby Trumpa. Ten na pewno chętnie zagarnąłby laur tego, który doprowadził do realnej zmiany w Iranie i „rozwiązał problem”, z którym USA nie mogą sobie poradzić od 1980 roku.











