Wydawało się, że dżuma to dawno zapomniana choroba, którą można spotkać już wyłącznie na kartach podręczników do historii średniowiecza lub słynnej powieści Alberta Camusa. Tymczasem wygląda na to, że pojawiła się ona w Rosji.
„Zapalenie płuc o nieznanej etiologii” było przyczyną śmierci 28-letniej Darii Szipiłowej z Irkucka – podał Rospotrebnadzor, czyli rosyjski odpowiednik naszego sanepidu. Tamtejsze media jednak niemal natychmiast zaczęły rozpisywać się właśnie o dżumie.
Dżuma w Rosji. Winna rozbita probówka?
Pojawiały się przy tym dwie wersje dotyczące możliwego źródła zakażenia. Pierwsza wskazywała na rozbitą probówkę z patogenem. Kobieta pracowała bowiem w instytucie badawczym zajmującym się leczeniem dżumy.
Druga zakładała, że do zakażenia mogło dojść podczas podróży do Buriacji – regionu przy granicy z Mongolią, gdzie wykryto ognisko dżumy.
Niepokój ogarnął nie tylko zwykłych Rosjan, ale też rosyjskie władze, które niezwłocznie zarządziły kwarantannę dla 200 osób, które miały kontakt z kobietą.
Wśród nich wykryto dwa przypadki COVID-19 oraz dwa zakażenia rinowirusem. Według rosyjskich służb nie stwierdzono natomiast patogenów innych chorób zakaźnych.
Tymczasem sprawie uważnie przyglądają się Amerykanie. „Biały Dom śledzi doniesienia dotyczące podejrzewanego przypadku dżumy oraz związanych z nim działań kwarantannowych w Rosji” – podał Axios, powołując się na przedstawiciela administracji Donalda Trumpa.
Czy rosyjska dżuma może dotrzeć nad Wisłę?
Co z zagrożeniem dla naszego kraju? Co prawda, Warszawę od Irkucka dzieli aż 6,5 tys. km, ale w przypadku chorób zakaźnych transmisja może odbywać się wyjątkowo szybko.
Z polskiego punktu widzenia to tym istotniejsze pytanie, ponieważ od północy graniczymy z obwodem królewieckim, a na wojennych frontach w sąsiedniej Ukrainie przebywają dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy. Nie można wykluczyć, że część z nich trafiła tam – lub za chwilę trafi – z obwodu irkuckiego.
Z pytaniem o zagrożenie epidemiologiczne dla naszego kraju zwróciliśmy się do prof. Marii Gańczak, epidemiolożki i kierowniczki Katedry Chorób Zakaźnych Uniwersytetu Zielonogórskiego.
– To wszystko zależy od lokalnych warunków. Nie sądzę natomiast, by zadżumione szczury nagle pojawiły się wszędzie. Również u nas. Oczywiście one nie znają granic, ale nie jestem przekonana, że dotrą do nas z Rosji. Tym bardziej że nasza granica z Rosją nie jest zbyt długa. Nie ma więc powodów do paniki – mówi Interii.
– Ale gdzie leży Irkuck? – uśmiecha się w rozmowie z Interią prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.
– Nie, nie boimy się. Poza tym raczej granica między nami a Rosją nie jest zbyt otwarta – dodaje.
Rozmówcy Interii przekonują, że aby dżuma pojawiła się w Polsce, musiałoby dojść do niezwykłego „splotu nieszczęśliwych okoliczności”.
– Oczywiście takie doniesienia trzeba monitorować. To jest rola np. WHO. Trzeba też mieć ograniczone zaufanie do danych podawanych przez Rosjan – dodaje prof. Flisiak.
Czym dziś jest dżuma? Czy Rosjanie sobie z nią poradzą?
Prof. Gańczak wyjaśnia, że minęły czasy, kiedy dżuma była śmiercionośną chorobą, przez którą wymarła ludność niemal połowy Europy. Minęły też czasy, kiedy dżuma była znakomitą inspiracją dla literatów.
Dziś to zupełnie inna, marginalna choroba, choć nie zniknęła całkowicie. Światowym centrum dżumy określa się dziś Madagaskar, na który przypada około 75 proc. wszystkich światowych przypadków zachorowań na tę chorobę. Co roku na wyspie choruje od 300 do 600 osób.
– W dzisiejszych czasach mamy antybiotyki – uspokaja prof. Gańczak.
– Oczywiście trzeba przede wszystkim ograniczać rezerwuar tego zarazka, czyli prowadzić odszczurzania. Jeśli te środki zawiodą, będą pojawiać się pojedyncze zachorowania, a potem nawet lokalne epidemie – mówi nam prof. Gańczak.
– W dzisiejszych czasach i w takich warunkach jak na przykład w Polsce, gdzie mamy dostęp do świetnej diagnostyki, oddziałów zakaźnych i leków, dżuma nie stanowiłaby problemu. W cywilizowanym kraju mogłyby to być pojedyncze przypadki, które byłyby natychmiast izolowane i leczone – wyjaśnia nasza rozmówczyni.
Jej zdaniem nie ma powodów do „panikarskich ruchów, bo w Rosji jest dżuma”.
– Niech oni się z tym uporają – podkreśla prof. Gańczak.
Pytanie jednak, czy Rosjanie rzeczywiście są w stanie szybko uporać się z problemem. Jak wiemy, mają zdecydowanie inne sprawy na głowie, a dla władz najistotniejsza wydaje się wojna z Ukrainą.
– Największe wydatki są tam kierowane na inne cele. Na pewno jest tam strasznie ograniczony dostęp do lekarza. Warto byłoby tam uruchomić różne narzędzia walki lokalnej. Nie wiemy, jak to teraz działa w tej wojennej zawierusze. Nie wiemy, jaki będzie dalszy ciąg tych przypadków. Czy będzie ich więcej i ewentualnie w jakim tempie będą się rozwijać. Brak nam informacji – mówi prof. Gańczak
Polska jest jednak bezpieczna – podkreśla ekspertka.
Łukasz Szpyrka













