Stany Zjednoczone przeliczyły się, atakując Iran? Czy to, jak długo i mocno Iran odpowiada Izraelowi i Stanom Zjednoczonym, nie jest pewnym zaskoczeniem?
Bez wątpienia nie udało im się zrealizować najbardziej optymistycznego scenariusza prowadzenia tego konfliktu tj. załamania się Iranu w ciągu pierwszych dni i mniejszych kosztów ataku. Oficjalne zapowiedzi były bardziej realistyczne, mówiły o 4-6 tygodniach operacji. Niezależnie od tego, co deklarował prezydent Donald Trump, wojskowi musieli mieć świadomość tego, że konflikt może być znacznie dłuższy. Takich wojen nie wygrywa się w ciągu kilku dni.
Reżim w Iranie jest w stanie się utrzymać?
Tego do końca nie wiadomo. Trudno jest prognozować w takiej sytuacji. Na pewno władza przyjęła bardzo potężne ciosy w pierwszych dniach, ale udało się jej „ustać”, przetrzymać próbę. Proces przekazywania stanowisk, łącznie ze stanowiskiem najwyższego przywódcy, odbywa się dość sprawnie. Na razie nie było masowych protestów, udało się uniknąć ostrych konfliktów na tle separatystycznym, a reżim może w tej chwili cieszyć się nawet – jak się wydaje – momentem „jednoczenia wokół flagi”. Być może to też efekt przerażenia społeczeństwa wizją niejasnej przyszłości. Jesteśmy w momencie, gdy reżim „złapał oddech”. Pytanie, co będzie dalej i jaka będzie determinacja obu stron w prowadzeniu konfliktu. Jeżeli Amerykanie i Izraelczycy utrzymają tempo presji militarnej, może to – według mnie – pogłębić dezintegrację całego systemu i ostatecznie uniemożliwić funkcjonowanie państwa. Jest duże prawdopodobieństwo, że to osłabi je też militarnie, ograniczy możliwość wyprowadzania działań odwetowych, które Iran bardzo skutecznie do tej pory realizował.
Niezależnie od tego, jak ten konflikt się zakończy, niszczenie infrastruktury cywilnej, perspektywa tarć społecznych, czy wręcz paraliż państwa będą powodowały zmęczenie społeczeństwa. A wybuch społeczny – podobnie ja tarcia i podziały w elicie – zostały tylko odłożone w czasie. Podobnie, jako zawieszoną, traktowałbym sytuację Kurdów. Na razie nie rozpoczęli czegoś na kształt powstania, natomiast ta karta cały czas jest na stole i władze w Teheranie muszą się z nią liczyć. Trudno przewidzieć też, jaka będzie determinacja Stanów Zjednoczonych. Do jakiego stopnia będą chciały i mogły kontynuować presję, którą stosują do tej pory.
Jak pan przewiduje, ile ten konflikt może jeszcze potrwać? Donald Trump co chwilę zmienia wersję. Raz jest to kwestia godzin, innym razem kilku tygodni.
Tak, oczywiście prezydent Trump wysyła sprzeczne komunikaty. To jest jego styl i zakładam, że robi to bardzo świadomie. Na pewno nie możemy wykluczyć tego, że w pewnym momencie podejmie decyzję o wstrzymaniu działań wojennych, ale wydaje mi się mało prawdopodobne, żeby stało się to szybko. Zakładam, że Stany Zjednoczone będą chciały kontynuować tę wojnę do momentu, kiedy będzie oczywiste, że to Iran prosi o zawieszenie broni, a najlepiej do bezdyskusyjnego zwycięstwa. Nie wyobrażam też sobie, żeby w jakikolwiek sposób wstrzymać działania wojenne wokół Izraela. Niezależnie od decyzji Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, czy tempo działań izraelskich spadłoby na jakiś czas, ten konflikt będzie trwał co najmniej w odsłonie izraelsko-irańskiej, pośrednio angażując USA.
Czy Stany Zjednoczone mogą faktycznie wysłać do Iranu wojska lądowe?
Jeżeli chodzi o operację lądową w Iranie, wydaje mi się, że Amerykanie dosyć jasno – przy wszystkich sprzecznościach komunikacyjnych – sygnalizują, że nie są zainteresowani długą wojną i powtórzeniem scenariusza z Iraku czy z Afganistanu. Nie są też przygotowani do inwazji lądowej. Dosyć naturalne jest, że Iran w takim konflikcie, z jakim mamy do czynienia, może być celem amerykańskich operacji specjalnych. Dotyczy to zarówno konieczności zwalczania stanowisk irańskich, które zagrażają bezpośrednio żegludze w cieśninie Ormuz, jak i docelowo – nie jesteśmy jeszcze na tym etapie – konieczności wywiezienia wzbogaconego uranu, jeżeli ten konflikt zostanie rozwiązany po myśli Stanów Zjednoczonych.
Jest jedna kwestia, którą Amerykanie sygnalizują: możliwość zajęcia wyspy Chark [mała wyspa znajdująca się w północnej części Zatoki Perskiej – red.], która ma kluczowe znaczenie dla wydobycia i eksportu irańskiej ropy. Myślę, że to jest ostateczność, żeby się na taki krok zdecydowano, ale wchodzi w grę. Nie byłaby to pełnoskalowa operacja w Iranie – na to nie ma ani środków, ani sił – tylko zajęcie wyspy przy wybrzeżu irańskim.
Gdyby natomiast faktycznie doszło do ofensywy sił Kurdów irańskich, wtedy można by dopuścić, że amerykańskie siły specjalne kontrolowałyby sytuację, czy naprowadzały na cele. Taki scenariusz był realizowany w 2003 roku w czasie inwazji na Irak i w czasie wojny z talibami. Ale pełnoskalowa operacja lądowa, z zajmowaniem terenu i jego okupowaniem z użyciem sił lądowych – wydaje się skrajnie mało prawdopodobna. Podkreślam – Amerykanie nie mają na to woli politycznej i sił. To byłoby absolutnie wbrew elektoratowi Trumpa, a poza tym Iran jest dużo większym krajem niż Irak i Afganistan razem wzięte.
Czy ten konflikt może się rozszerzać na kolejne państwa? Kilka krajów już stało się celem działań zbrojnych. Izraelczycy podawali, że Azerbejdżan właściwie szykuje się do bezpośredniego ataku.
Oczywiście, że ten konflikt się rozszerza. On jest częścią szerszych problemów regionalnych. Dzisiaj widzimy przede wszystkim państwa Zatoki, które są celem irańskich ataków i dużo robią, żeby nie wejść bezpośrednio w konfrontację z Iranem. Podjęcie działań ofensywnych byłoby równoznaczne z wciągnięciem w konflikt, podczas gdy rozsądniej jest go przeczekać. Podobnie zachowują się Turcja i Azerbejdżan. Nie zapominajmy też o jeszcze jednym palącym konflikcie. W Libanie toczy się regularna i pełnoskalowa operacja izraelska przeciwko Hezbollahowi – z atakami powietrznymi, z operacjami lądowymi. Liczba zabitych w ostatnich dniach w Libanie to ok. 700 osób – jest „tylko” o połowę niższa niż w Iranie w trakcie całego konfliktu, a liczba uchodźców wewnętrznych to ok. 800 tys. ludzi [cały Liban liczy ok. 5,3 mln ludzi].
Krótko mówiąc: ten konflikt ma charakter regionalny, ale punktowo rozwija się dalej, przede wszystkim na państwa Zatoki i na Liban. Nikt z regionu nie jest zainteresowany tym, żeby pójść na wymianę ciosów z Iranem albo stać się sojusznikiem Izraela.
Jakie cele ma Iran w tym momencie? Czy chodzi przede wszystkim o minimalizowanie własnych strat, czy o zablokowanie cieśniny Ormuz?
Władze Iranu walczą o przetrwanie. Ochronić obecny system polityczny, zachować suwerenność i integralność terytorialną kraju – to jest stawka konfliktu. Dla Iranu ważne jest też, żeby odbudować potencjał odstraszania, utwierdzić wrogów, że tego kraju nie można ani militarnie, ani żadną inną presją zmienić. Chce też pokazać, że koszty presji na Iran – poprzez atak militarny, gospodarczy czy jakichkolwiek inny – będą zbyt duże dla wszystkich, żeby konfrontować się z tym państwem. Temu skądinąd służy blokada cieśniny Ormuz. Docelowo, o ile Iran przetrwa wojnę, chciałby zapewne odnowić swój potencjał odstraszania i udowodnić, że nie ma innej alternatywy niż normalizacja relacji politycznych i gospodarczych. To jednak mało dziś realna perspektywa.
Skoro Stany Zjednoczone zaatakowały, to trudno sobie wyobrazić, że walki ustaną z dnia na dzień. Jakie są ich cele?
Według mnie są rozproszone i stopniowe. Podstawowym celem jest zniszczenie potencjału militarnego Iranu – balistycznego i nuklearnego, a w konsekwencji poprawa „klimatu” w regionie. Chodzi o pozbawienie Iranu możliwości szkodzenia interesom amerykańskim i izraelskim poprzez ostrzały rakietowe, rozwój programu nuklearnego, czy zdolność do tego, żeby wspierać proirańskich pełnomocników, na przykład Hezbollah.
Prezydent Trump, tak jak każdy przywódca w takiej sytuacji, potrzebuje sukcesu politycznego. Dla niego konieczne jest, żeby konflikt skończył się jakimś rodzajem kapitulacji ze strony Iranu, a jednocześnie uspokojeniem sytuacji politycznej i gospodarczej przez udrożnienie Cieśniny Ormuz. Istotne jest też stworzenie takich warunków, że nie będzie ona zagrożona przez Iran w przyszłości. W ten sposób Trump mógłby wrócić po tej wojnie jako zwycięzca.
Wariantem maksymalnym jest doprowadzenie do kontrolowanej zmiany reżimu w Iranie. To znaczy, że nie tylko Irańczycy zgodziliby się na określony rodzaj kapitulacji, lecz także zmiana systemowa byłaby na tyle duża, że polityka irańska zostałaby zmieniona u samych fundamentów. W przypadku tych władz zawsze jest ryzyko, że nawet gdyby się na cokolwiek zgodziły, to będą grały na czas, będą zwodzić i przygotowywać się do odwetu. Zmiana reżimu i stabilność byłyby potwierdzeniem, że „problem irański” został rozwiązany. W szerszym planie chodzi też o przywrócenie lub może raczej potwierdzenie autorytetu Stanów Zjednoczonych w regionie Zatoki Perskiej i szerzej – w kwestiach globalnych.
Na co jeszcze powinniśmy zwracać uwagę w tym konflikcie?
Należy zachować umiar i ostrożność w sądach i prognozach. Oczywiście Amerykanom nie poszło tak szybko, jak mogłoby pójść, ale wydaje mi się, że jest zdecydowanie za wcześnie, żeby przypisywać im porażkę albo tak skrajną głupotę, że spodziewali się, iż w dwa dni da się problem rozwiązać. Jesteśmy w środku wojny. Moim zdaniem Amerykanie cały czas mają inicjatywę, reżim słabnie, ale bardzo daleko też do opinii, że USA z Izraelem już wygrały. To jest poważna wojna. I wszystkie strony się do niej poważnie przygotowywały. Zarówno w przypadku USA, jak i Iranu kluczowa dla konfliktu będzie sytuacja wewnętrzna. No i pozostaje Izrael, o którym łatwo zapomnieć, a przecież to on w dużym stopniu inicjował obecny konflikt. Bierze w nim równorzędny z USA udział i pozostaje samodzielnym graczem, realnie kształtującym sytuację. Bez decyzji Izraela nie ma szans na trwałe zakończenie tego konfliktu.












