Szymon Krawiec, „Wprost”: Pamięta pan, komu pan sprzedał swoje pierwsze okno dachowe?
Ryszard Florek: Oczywiście, że tak – to był mój sąsiad. Okno ma do dziś i spisuje się bardzo dobrze.
Był jakiś jeden przełom, że od tego jednego okna sprzedał pan ich już ponad 11 mln sztuk?
Na pewno należy wspomnieć o ustawie Wilczka, która dała duży power do działania i pozwoliła uwierzyć, że to się da zrobić. W tamtym czasie firmy rozpoczynające działalność produkcyjną w zakresie materiałów budowlanych były zwolnione z podatku dochodowego na okres 10 lat, nie wspominając o licznych uproszczeniach w prowadzeniu działalności gospodarczej – z których ta ustawa jest znana: „co nie było zabronione, było dozwolone”.
Co przez te 35 lat najbardziej przeszkadzało panu w biznesie?
Interpretacja nienajgorszego prawa niezgodna z interesem gospodarczym kraju, a potem oczywiście dumping, działanie antykonkurencyjne naszego duńskiego konkurenta. Brak skutecznego prawa ochrony konkurencji i brak możliwości egzekwowania tego prawa.
FAKRO jest niewiele młodsze od polskiej wolności gospodarczej. Co nam się przez ten czas jako Polsce udało?
Oczywiście udało się rozwinąć wiele polskich firm prywatnych, które skutecznie konkurują na rynku globalnym, przyciągając do Polski kapitał. Warto zaznaczyć, że w okresie od 1990 roku do 2004 r., czyli do momentu wejścia do Unii Europejskiej, nastąpił wzrost gospodarczy rzędu 400 proc., podczas gdy w kolejnych 15 latach wyniósł on już tylko około 100 proc.
Niestety, równocześnie doszło do wyprzedaży części majątku państwowego i oddania istotnych segmentów gospodarki w ręce zachodniego kapitału. Tymczasem, jak pokazują dane statystyczne, poziom wynagrodzeń w poszczególnych krajach jest pochodną kapitału w przeliczeniu na obywatela. Polska, nie dysponując wystarczającym własnym majątkiem, ma ograniczone możliwości, by aspirować do grona krajów o wysokich wynagrodzeniach.
A co nam się nie udało?
Nie udało nam się zbudować gospodarki w większym stopniu opartej na polskim kapitale, co pozwoliłoby z większym spokojem patrzeć w przyszłość. Jak bowiem pokazują dane statystyczne, kraje, które mają dużo rodzimych firm globalnych, osiągają odpowiednio wyższy poziom średnich wynagrodzeń.
Czy jest coś, co w ciągu tych 35 lat zrobiłby pan inaczej, patrząc z dzisiejszej perspektywy?
Nie przychodzi mi nic ważniejszego do głowy – być może potrzeba było więcej rozmów ze wspólnikami, ale na to zawsze brakowało czasu.
To, że założył pan firmę na Nowosądecczyźnie, a nie na przykład pod Warszawą czy Krakowem, miało znaczenie? Kiedyś powiedział mi pan takie zdanie: „Przyjmując tutaj nowego pracownika, nie muszę go uczyć, jak trzymać młotek czy wkręcić śrubkę. On już to wie, bo jego ojciec albo dziadek był rzemieślnikiem”. To było z 10 lat temu, a jak jest dzisiaj?
Oczywiście, fakt, że był to Nowy Sącz pomogło i nadal pomaga. To region, w którym ludzie są pracowici, odpowiedzialni i silnie utożsamiają się z miejscem pracy oraz samą firmą. Kiedyś przygotowanie manualne nowych pracowników było na wyższym poziomie – często wynikało ono z tradycji rzemieślniczych przekazywanych w rodzinach, ale także z wysokiego poziomu kształcenia w szkołach zawodowych. Dziś to przygotowanie bywa słabsze niż kilkanaście lat temu, jednak mimo to nadal widzimy tutaj większe zaangażowanie w pracę i większą odpowiedzialność niż w wielu innych regionach.
Jak pan zaczynał z FAKRO, w Polsce mieliśmy 600 tys. rzemieślników. Dzisiaj mamy ich 300 tys. Co poszło nie tak? Dlaczego młodzi nie chcą być stolarzami, dekarzami, budowlańcami? Gdzie popełniliśmy błąd?
Kiedy zaczynałem działalność, rzeczywiście w Polsce było znacznie więcej rzemieślników niż dziś. Zmiana, którą obserwujemy, wynika przede wszystkim z naturalnych procesów gospodarczych. Coraz większa część produktów i usług jest dziś realizowana przez przemysł, a nie przez indywidualnych rzemieślników, jak miało to miejsce kiedyś. Część tej pracy przejmują duże korporacje jak Ikea czy deweloperzy i wtedy te prace mogą przejąć mniej wykwalifikowani pracownicy i maszyny. Ale to jest proces industrializacji, a niekoniecznie błąd.
Co zrobić, żeby młodzi w rzemiośle znów odnaleźli sens?
Nie myślę, żeby to był błąd. To raczej naturalny proces zmian na rynku pracy. Kluczowe jest to, aby właściwie pokazywać realną wartość pracy rzemieślnika. Jeżeli rzemieślnik będzie zarabiał więcej niż prawnik, inżynier czy finansista – a w wielu przypadkach już tak się dzieje. Warto przy tym zwrócić uwagę, że praca rzemieślnika stała się dziś znacznie lżejsza dzięki dostępowi do coraz lepszych narzędzi, które usprawniają wykonywanie zadań i ograniczają wysiłek. Jednocześnie jest to praca wymagająca ruchu, co stanowi jej dodatkową wartość. W takiej sytuacji nie powinno być problemu z brakiem chętnych do wykonywania tych zawodów.
Rynek pracy ma swoje mechanizmy i sam będzie to regulował. Trzeba o tym mówić i budować świadomość, że zawody rzemieślnicze mają przyszłość i będą coraz bardziej doceniane – również finansowo. W Niemczech prestiż mistrza rzemiosła jest niemniejszy niż inżyniera.
Czym pan się przez lata kierował, przyjmując nowe osoby do pracy? Są jakieś cechy charakteru, kompetencje, umiejętności, które są dla pana ważne?
Przyjmowaliśmy zawsze wszystkich, którzy chcieli pracować. Dlatego też w pierwszej kolejności przyjmujemy tych, którzy sami zgłosili się do firmy, a nie poprzez biura pośrednicze.
Polscy przedsiębiorcy dorobili się łatki wyzyskiwaczy, że płacą ludziom najmniej, a pracownik najlepiej, żeby nie chorował, nie chodził na urlopy i był ciągle pod telefonem. Ile w tym prawdy i ile dzisiaj pracodawca powinien pracownikowi płacić?
Polscy przedsiębiorcy konkurują nie tylko na rynku pracy, ale również na rynku produktów i usług, i to nie tylko z polską konkurencją, ale również tańszą, zagraniczną. Aby utrzymać się i rozwijać, muszą zachować równowagę pomiędzy kosztami a konkurencyjnością swojej oferty. Życie pokazuje, że pracodawca, który za mało płaci, traci pracowników, a ten, który za dużo płaci, doprowadza firmę do upadku.
Pracodawca powinien płacić tyle, ile wymaga rynek, bo to rynek pracy ustala wysokość wynagrodzeń. A jeżeli mu coś ponadto zostanie, to powinien inwestować w rozwój firmy, aby powiększać korzyści skali i wzmacniać pozycję firmy na rynku. Natomiast za poziom średniej wynagrodzeń w kraju odpowiadają politycy, gdyż oni tworzą regulacje prawne, które mają przełożenie na rozwój gospodarki.
Kogo dzisiaj panu najtrudniej znaleźć do pracy? O jakich pracowników trzeba walczyć?
O tych, co chcą pracować, zarabiać i rozwijać się, jak również tych, co chcieliby pracować poza domem i montować okna w Niemczech.
W branży stolarki budowlanej działają tysiące podmiotów. Konkurujecie między sobą o najlepszych ludzi. Jak się dzisiaj przyciąga pracownika do firmy, żeby pracował akurat w FAKRO? Tutaj chodzi tylko o pieniądze – kto da większą pensję, ten wygrywa i ma pracownika u siebie, czy o coś więcej niż samą kasę?
Oczywiście zarobki są ważne, ale my też staramy się, aby pracownicy mieli ciekawą pracę. Konstruktorzy doceniają swoją pracę i możliwości rozwoju. Mają olbrzymią frajdę z konstruowania maszyn. Bywa, że ta radość tworzenia jest ważniejsza niż finanse. Mają satysfakcję, że pracują w polskiej firmie globalnej i mają dostęp do najnowszych rozwiązań technologicznych i informatycznych. Mamy również szeroki wachlarz świadczeń socjalnych dla pracowników, co na pewno również ma znaczenie. Organizujemy pracownikom także autobusy dowożące do pracy, co też może być wartościowsze niż samo wynagrodzenie, jeżeli pracownik zyskuje na czasie dojazdu do pracy.
Największym wyzwaniem dla polskiego rynku pracy jest demografia. Co roku ubywa nam ok. 150 tys. pracowników. Jak tę lukę zapełnić, skąd brać ręce do pracy? A może już tych rąk tak bardzo nie potrzeba, bo jest sztuczna inteligencja, o której wszyscy trąbią i która kiedyś nam zaprojektuje, wyprodukuje i sprzeda z automatu okno dachowe.
Oczywiście pracowników ubywa na rynku pracy. Na razie próbujemy to wspomóc procesem automatyzacji i optymalizacji produkcji. Ale do tego właśnie są potrzebne korzyści skali, o które walczymy. Myślę, że w przyszłości nieuchronne będzie zatrudnianie pracowników z zagranicy, aby w przyszłości polskie produkty były konkurencyjne globalnie, potrzebni są pracownicy z zagranicy, do tego potrzebna jest polityka imigracyjna, nie taka jak w Szwecji czy Niemczech, tylko bliżej jak w Kanadzie, Australii, czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Sztuczna inteligencja nie zastąpi wszystkich stanowisk, może tylko pomóc je zoptymalizować.
Gdzie by pan chciał zobaczyć FAKRO za kolejne 35 lat?
Dla nas najważniejsze są równe szanse konkurowania – a to będziemy mogli osiągnąć wtedy, jeżeli będziemy mieć podobne korzyści skali jak nasz konkurent, czyli zbliżone udziały w globalnym rynku. Do tego nie wystarczy nasza ciężka praca. Potrzebne jest respektowanie prawa o nadużywaniu pozycji dominującej nie tylko w Polsce, ale też w Unii Europejskiej.













