Ponad połowa ludzkości mieszka w miastach. Coraz więcej osób się do nich przeprowadza. W cyklu „Międzymiastowa” na łamach Interii Paulina Wilk przygląda się wielkim globalnym metropoliom i nieznanym miasteczkom. Mierzy puls codzienności, ogląda z bliska współczesne fenomeny i pyta o naszą zurbanizowaną przyszłość.
Po fali buntów, przewrotach i manifestacjach pokolenia Z w Nepalu, Bangladeszu, Peru, Maroku czy na Madagaskarze, teraz przyszła kolej na młodych Indusów. Są największą najmłodszą populacją świata, a ich długo tłamszone frustracje właśnie wybuchły.
Premier Narendra Modi oraz jego prawa ręka – minister spraw wewnętrznych Amit Shah od dwóch tygodni nie pojawili się na trwającej letniej sesji indyjskiego parlamentu. A przecież premier z wielką determinacją doprowadził do budowy nowego gmachu obu izb władzy ustawodawczej.
Budynek dobrze wpisywał się w całą estetykę jego rządów – manifestowanych przez kawalkady SUV-ów, haftowanie ręcznie kurty i masowe spektakle poparcia, jak podczas Narodowego Dnia Jogi, gdy premier w roli nauczyciela krąży wśród dziesiątków tysięcy uczestników wyprężonych w asanach. Nowe kolosalne gmaszysko parlamentu, ustawione w rządowej dzielnicy New Delhi może pomieścić aż 1,2 tys. parlamentarzystów.
Jeszcze kilka tygodni temu Modi lobbował za przerysowaniem okręgów wyborczych w całym kraju i zwiększeniem liczby mandatów w najludniejszych stanach. Wszystko po to, by zapewnić swojej partii więcej przedstawicieli w parlamentarnych ławach. Tyle że wyborcy z tych ludnych i biednych stanów zjawili się niedawno pod parlamentem – bez zaproszenia i wściekli na rządzących. Może więc manipulowanie mapą wyborczą trzeba będzie przemyśleć.
Aktualnie potężny duet Modi-Shah, który trząsł liczącym półtora miliarda ludzi państwem i skutecznie tłumił przeciwników, ma dwa poważne powody, by się ukrywać. I martwić o przyszłość.
Skok na świętą kasę
Powód pierwszy: skandal finansowy w świątyni Ramy w mieście Ajodhja w stanie Gudżarat, rodzinnej prowincji premiera. Kilka tygodni temu ujawniono, że podmiot zarządzający świątynią sprzeniewierzył gigantyczne środki wpłacane przez wiernych i darczyńców.
Ajodhja to święte dla wielu wyznawców hinduizmu miejsce, ale tamtejsze centrum religijne jest także flagowym obiektem ideologicznym dla skrajnej prawicy w Indiach. To na micie Ajodhii jako miejscu narodzin boga Ramy, rzekomo zawłaszczonym przez muzułmanów, rządząca krajem Indyjska Partia Ludowa ukuła jeszcze w latach 90. XX w. swój kluczowy motyw, pozwalający jej kreować wewnętrznego wroga – wyznawcę islamu i polaryzować nastroje.
Kilka lat temu niewolne już od politycznych wpływów sądy orzekły, że ziemia w Ajodhii zostanie oddana wyznawcom hinduizmu i powstanie tam wielkie centrum religijne. Powstało. Otworzył je, odprawiając nawet część ceremonii hinduistycznych w roli duchownego, sam premier Modi. A teraz okazuje się, że sojusz tronu i ołtarza był dosłowny – poplecznicy premiera wykonali tam wielki skok na kasę.
Tąpnął nieskazitelny wizerunek Modiego, bo jego wypieszczony prestiżowy projekt okazał się historią starą jak niepodległe Indie – opowieścią o korupcji zżerającej polityczne elity. Ale takie afery nie powalają rządów. Tym, co naprawdę grozi Modiemu, jest niezadowolenie wyborców. Szczególnie tych, którzy do niedawna byli jego polityczną bazą – młodych, którzy kilka lat temu mu zaufali, a teraz zebrali się, by wykrzyczeć swoje rozgoryczenie.
Zamiast rzeszy wykształconych młodych gotowych do pracy na globalnym rynku Indie mają ocean sfrustrowanej młodzieży z nieprzydatnymi dyplomami. Nie czekają na nich firmy ani instytucje
Karaluchy, łączcie się
Ulice Nowego Delhi, rządowej części miasta zaprojektowanej przed ponad stuleciem przez angielskiego architekta Edwina Lutyensa, by odwzorowywać majestat władzy, prowadzące do nowego gmachu parlamentu w lipcu stały się sceną zderzenia pomiędzy szacowanym na 50 tys. tłumem młodych manifestantów, w większości studentów lub uczniów, a oddziałami policji, uzbrojonymi w bambusowe pałki, broń śrutową, gaz łzawiący i armatki wodne.
Jeśli była to bitwa, to – trzymając się schematu znanego z hinduskich mitów – władza wystąpiła w roli krwiożerczego demona miotającego mieczem na oślep. Ale lepiej mówić wprost o nieuzasadnionym ataku mundurowych na nieuzbrojonych i pokojowo protestujących ludzi. Bo dysproporcja metod i środków była rażąca, jej dowody natychmiast zaczęły krążyć w sieci, a oskarżeniami o nadmierne stosowanie siły teraz zajmuje się indyjski Sąd Najwyższy.
O ironio, od tego samego sądu się zaczęło. To sam prezes Sądu Najwyższego – sędzia Syrua Kant w maju nazwał młodych bezrobotnych Indusów „karaluchami i szkodnikami”. Kilka dni później w serwisie X powstał satyryczny profil nazwany Ludowa Partia Karaluchów (Cockroach Janata Party – CJP) stworzony przez młodych, których tyleż uraziła, co ubawiła uwaga sędziego. Postanowili połączyć siły. Dziś profil ma 22,6 mln obserwujących.
Powołane spontanicznie konto przekształciło się w ruch młodych, którzy kształcą się, ponosząc wieloletnie wysiłki i koszty. Po to tylko, by po zdobyciu dyplomu uczelni latami nie móc znaleźć pracy. Bezrobocie wśród młodych wynosi około 40 proc., od dekad nie zmienia się nic poza skalą – bo dziś mowa o miliardzie ludzi.
Zjednoczeni pod sarkastycznym szyldem Karaluchów młodzi reprezentują 65 proc. społeczeństwa – aż tylu mieszkańców Indii nie ma jeszcze 29 lat. Ta wielka armia młodych miała być globalnym atutem kraju.
Obiecał 100 nowych miast
W 2014 r. Modi wygrał wybory z przytupem, bo obiecał młodym cyfrowe Indie, digitalizację najdalszych zakątków subkontynentu, 100 inteligentnych miast, bezpłatne uczelnie oraz rynek pracy uszyty pod ich ambicje. Nic z tego nie wyszło. Poza digitalizacją, która faktycznie się dokonuje, ale za sprawą prywatnych koncernów telefonicznych.
Na wsie docierają smartfony, bankowość telefoniczna i kurierzy z przesyłkami zamawianymi online. Z czystą wodą pitną czy budową dróg jest znacznie gorzej. Wieś dla młodych pozostaje obszarem beznadziei, z której – kto tylko może – ratuje się ucieczką do miast, średnich czy tych wielkich. Przede wszystkim poprzez edukację.
Od lat 90., gdy indyjska gospodarka – podobnie jak polska – po latach socjalizmu przechodziła transformację, żywa pozostaje wiara, że wykształcenie zapewni poprawę bytu i jest podstawowym narzędziem awansu. I choć coraz więcej Indusów zdobywa dyplomy uczelni, choć miliony rodzin z ubogich regionów ponoszą wyrzeczenia, by wykształcić choć jedno dziecko, to rynek pracy nie został przystosowany do tej zmiany.
Zamiast rzeszy wykształconych młodych gotowych do pracy na globalnym rynku Indie mają ocean sfrustrowanej młodzieży z nieprzydatnymi dyplomami. Nie czekają na nich firmy ani instytucje, a coraz bardziej rygorystyczne przepisy imigracyjne w USA, Kanadzie czy UE sprawiają, że wentyl emigracji nie wystarcza, by obniżyć ciśnienie.
Protest zamiast randki
Kiedy więc w maju okazało się, że po raz kolejny wyciekły karty egzaminacyjne do uczelni medycznych (czyli na kierunki najbardziej oblegane), tysiące młodych zaczęło głośno mówić o niezadowoleniu. Dowodem ich rozpaczy było samobójstwo kilkunastu studentów na wieść o tym, że egzaminy te unieważniono.
Pod przywództwem 30-latka Abhijita Dipke – który stworzył profil Ludowej Partii Karaluchów na X – studenci zaczęli się w czerwcu gromadzić w Delhi. Zbierali się na ulicy przy Jantar Mantar, blisko XVIII-wiecznego obserwatorium astronomicznego, które zwykle służy młodym za miejsce randek. Ale bywało już scenerią pokojowych protestów antykorupcyjnych.
Teraz stało się plazą dla pokojowego siedzącego protestu, który wsparli ważni aktywiści społeczni, wspólnie ze studentami podejmując głodówkę. Domagali się dymisji ministra edukacji, a szerzej – tego, by indyjscy politycy zaczęli wreszcie ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje. Większość z nich jest bezkarna.
Wchodzą do polityki, mając po kilka wyroków karnych (sic); jeśli nie pójdzie im w jednej partii, przenoszą się do innej i dalej czerpią frukta z salonów władzy. Rozdźwięk między sytuacją młodych, którzy duszą się i tłoczą bez możliwości rozwoju, a obojętnością nietykalnych politycznych elit jest w Indiach rażący i powszechnie znany.
Gdy zbliżało się otwarcie letniej sesji parlamentu, a poparcie dla protestu studentów w opinii publicznej rosło, rząd zaczął się denerwować. I zastosował metody siłowe, które wcześniej okazywały się skuteczne.
Od ponad dekady Indie są krajem uciszonym, do protestów dochodzi rzadko, a gdy decydowali się na nie np. rolnicy, musieli toczyć ciężkie walki, ze śmiertelnymi ofiarami.
Tym razem pałki i śrut poleciały na spokojnych studentów. Tłum protestujących rósł, mimo że zamknięto delhijskie metro i częściowo odcięto w stolicy internet. Ze wsparciem dla młodych zjawili się liderzy całej opozycji politycznej oraz sławy kina, kultury. Atak miał wielu prominentnych świadków. I okazał się kompletną porażką rządu. Bo studenci wytrwali.
Nie udało im się przejść pod parlament, ale nie pozwolili się przepędzić, kontynuowali pokojowy protest przez kolejne dni, teraz już wspierani przez parlamentarzystów domagających się spełnienia ich postulatów, wyciągnięcia konsekwencji za brutalne tłumienie legalnego protestu. Temperatura rosła szybko i coraz więcej było wezwań, by ustąpił sam premier.
Młodzi sami po sobie sprzątali
Minister edukacji wreszcie podał się do dymisji, a przedstawiciele rządu spotkali się ze studentami, przyjęli ich postulaty. Protest można było rozwiązać. I choć młodzi są daleko od faktycznej realizacji swoich oczekiwań, to wygrali więcej, niż ktokolwiek się spodziewał.
Po pierwsze pokazali, że się nie boją. A strach i milczenie dyktowały potulność indyjskich środowisk krytycznych wobec Modiego od dekady. Po drugie rząd się zachwiał. Po trzecie protest studentów pozwolił rozbitej opozycji zjednoczyć się i współpracować. Po czwarte młodzi zakwestionowali wbijany im do głów polaryzujący mit, że hindusi i muzułmanie to wrogowie.
W tłumie protestujących w Delhi, a także w innych indyjskich miastach, gdzie odbyły się protesty studentów solidaryzujących się z Karaluchami, razem szli wyznawcy obu tych religii, razem szli młodzi ze wsi i z miast, tak samo wykluczani przez hierarchiczny i skorumpowany system przywilejów.
Do manifestujących wodę i jedzenie dostarczali ich rówieśnicy, którzy dorabiają jako rozwoziciele jedzenia, mimo że mają uczelniane dyplomy. Solidaryzują się z ich postulatami. Posiłki fundowały starsze pokolenia. Rodzice, wujowie, którzy wspólnie zrzucają się na studia młodszych krewnych. A po zakończonym proteście młodzi wolontariusze sami posprzątali zaśmiecone ulice.
Rząd próbował starej śpiewki, oskarżając manifestujących, że są sponsorowani przez Pakistan i antyindyjscy. Ale dowodów na to nie było, przeciwnie – w Delhi przebudziło się indyjskie społeczeństwo obywatelskie.
Szczyt demograficzny zaraz minie
Co szczególnie ważne, wśród protestujących byli ci sami wyborcy – młodzi, złaknieni spełnienia mężczyźni – którzy w ostatnich latach stawiali na Modiego i na których on liczy jako siły łatwo poddające się radykalizacji.
Okazało się jednak, że podsycanie mitu o wewnętrznych muzułmańskich wrogach nie wystarczy. Bo Indiom naprawdę potrzeba nowych uczelni, nowych miast, miejsc pracy. Potrzeba ich teraz, gdy rozwój populacji jest na demograficznym szczycie. Już za kilka lat Indusi dołączą do społeczeństw starzejących się. A wtedy dla wielu absolwentów, i dla samych Indii, na wielki skok będzie za późno.
Paulina Wilk












