Prawo i Sprawiedliwość od miesięcy ma poważne problemy: słabe wyniki w sondażach (ostatnio ok. 20-23 proc.), brak spójnej koncepcji funkcjonowania w opozycji, konkurencja w postaci rosnących w siłę dwóch Konfederacji, co dodatkowo generuje napięcia i konflikty wewnętrzne. Sobotnia konwencja miała więc dwa zadania – z jednej strony pokazać jedność, z drugiej dać partii nowy impuls, by wyszła do przodu z nową twarzą – taką, która przyciągnie do partii nowych wyborców i pozwoli jej się odbić w badaniach opinii publicznej.
Kaczyński apeluje i ostrzega
– Musimy zwyciężyć, musimy stworzyć nowy rząd – przekonywał prezes Kaczyński w sobotnim wystąpieniu. Ale jednocześnie po raz kolejny przestrzegał swych partyjnych kolegów. – Kto będzie kontynuował tę publiczną, naszą własną, bo niestety robią to ludzie z naszej partii (…), ten będzie się musiał liczyć z tym, że zostanie odrzucony – ostrzegał Kaczyński.
W hali „Sokoła” zebrali się wszyscy najważniejsi ludzie Prawa i Sprawiedliwości, zarówno przedstawiciele dawnego tzw. Zakonu PC (np. wiceprezesi partii Joachim Brudziński i Mariusz Błaszczak), była premierka Beata Szydło, były szef MON Antoni Macierewicz, jak i reprezentanci dwóch głównych zwaśnionych środowisk w PiS: były szef rządu Mateusz Morawiecki i jego stronnicy oraz konkurująca z nimi frakcja „bibliotekarzy” (zwanych też „maślarzami”), w tym europosłowie Tobiasz Bocheński i Patryk Jaki. Na sali obecny był także szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki.
Przedmiotem sporów wewnętrznych w PiS jest m.in. kierunek programowy, którym powinna podążać główna partia opozycyjna, by móc skutecznie walczyć o zwycięstwo wyborcze w przyszłym roku. Morawiecki i jego ludzie stawiają na bardziej umiarkowany kurs, z kolei „maślarze” upatrują szans PiS w dość radykalnym przekazie bliższym obu Konfederacjom. Wybór Przemysława Czarnka, przedstawiciela tej drugiej frakcji, to znak, że prezes Kaczyński jest również zwolennikiem tej drugiej opcji.
„Niemiecki najemnik Tusk” i „pseudokonserwatysta Kosiniak-Kamysz”
Były szef MEN w sobotę nie zawiódł – wygłosił ponad godzinne przemówienie, pełne antyunijnej retoryki i ostrych ataków nie tylko na premiera Donalda Tuska, ale też na Polskie Stronnictwo Ludowe, które politycy PiS do tej pory raczej oszczędzali. Oberwało się m.in. wicepremierowi, szefowi MON Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi, któremu Czarnek wytknął sceptycyzm sprzed lat w sprawie tworzenia Wojsk Obrony Terytorialnej.
Dużo ostrzejsze słowa padły jednak na temat projektów ustaw dotyczących związków nieformalnych, w których tworzeniu uczestniczyli także posłowie PSL. – Mówią, że są konserwatystami, a stworzyli projekt tak zwanych małżeństw homoseksualnych, tylko nazwali to „statusem osoby najbliższej”. I mówią, ale to jest małżeństwo (…) Tak, to jeśli to nie jest małżeństwo, to ja się pytam tych kolegów z tej pseudokonserwatywnej partii: dlaczego nie trzech chłopów? Rozmachu więcej! Nowoczesności! – kpił kandydat PiS na premiera. – Nowy model rodziny: czterech pancernych i psiecko – dodawał.
Donalda Tuska kandydat PiS na premiera nazywał z kolei „pustym łbem” (to nawiązanie do sformułowania „zakute łby”, którym obecny szef rządu określił niedawno przeciwników unijnego programu obronnościowego SAFE) oraz „najemnikiem Ursuli von der Leyen”. O całej koalicji rządzącej powiedział natomiast, że nie jest to już „zakamuflowana opcja niemiecka”, jak kiedyś ówczesną PO nazwał prezes Kaczyński, a „jawna opcja niemiecka”.
„OZE-sroze”, tak dla węgla
Czarnek wzywał przy tym do odrzucenia forsowanej przez UE transformacji energetycznej (odnawialne źródła energii, których udział w produkcji energii w Polsce wyniósł w zeszłym roku ponad 30 proc., przezwał „OZE-sroze”) i powrót do energetyki opartej na węglu kamiennym. Mówił też o „lewactwie brukselskim, które atakuje polskiego rolnika”.
Kreślił ponadto obraz tradycyjnej polskiej rodziny („mama i tata”, „babcia i dziadek”), a Nową Lewicę (padło określenie „lewaczki od Czarzastego”) oskarżał o to, iż działa na szkodę polskich kobiet, bo chce np. uprościć procedury rozwodowe.
„Lex Czarnek” i „willa plus”
48-letni Przemysław Czarnek to profesor prawa, konstytucjonalista, minister edukacji i nauki w drugim rządzie Mateusza Morawieckiego (2020-2023). W czasie swego urzędowania zasłynął m.in. forsowaniem tzw. Lex Czarnek, czyli ustaw, które ograniczały autonomię szkół, zwiększając władzę kuratorów oświaty. Kojarzony jest także z tzw. aferą „willa plus”, czyli przyznawaniem milionowych dotacji z MEiN dla organizacji sympatyzujących z PiS (ponad 3 mln złotych otrzymały np. Stowarzyszenia związane z Robertem Bąkiewiczem).
Czarnek nie jest więc nową twarzą PiS, jest za to reprezentantem radykalnego skrzydła w partii. Jego wybór to zapowiedź ostrej i brutalnej kampanii przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi i to nie tylko w starciu z Koalicją Obywatelską, ale też umiarkowanym PSL.
Pełczyńska-Nałęcz dla „Wyborczej”: Musimy pokazać naszym wyborcom, że rząd Tuska jest sprawczy. Rozmowa Arkadiusza Gruszczyńskiego na Wyborcza.pl.
Redagowała Kamila Cieślik












