W poprzedni weekend doszło do drastycznej eskalacji przemocy osadników i izraelskich służb na Zachodnim Brzegu. Opinia publiczna początkowo usłyszała o brutalnym morderstwie, którego palestyński mieszkaniec wioski Tell miał dokonać na przypadkowym Izraelczyku, który spacerował w tamtej okolicy. W odpowiedzi rząd izraelski zapowiedział zwiększenie obecności wojska na nielegalnie okupowanych ziemiach palestyńskich i walkę z rzekomym terrorem.
Analiza nagrań z miejsca zdarzenia wykazała jednak, że miało ono zupełnie inny przebieg. Uzbrojeni Izraelczycy z osady Havad Gilad napadli na palestyńską wioskę Tell, w pobliżu Nablusu. Kilku Palestyńczyków próbowało powstrzymać atak na wieś, jeden z nich – Sheikh Farouk Ramadan – został uderzony w głowę karabinem. Ramadan wyrwał osadnikowi karabin, a gdy ten zaczął do niego mierzyć ze swojej drugiej broni, Palestyńczyk oddał strzał.
Na kolejnych nagraniach widać, że na miejsce dotarło izraelskie wojsko, trwają przepychanki, a jeden z żołnierzy strzela do Palestyńczyków. Ramadan leży na ziemi, ale podnosi się i idzie w stronę żołnierza. Nie ma w rękach broni. Słychać krzyki „zabij go!”, „strzelaj!”. Palestyńczyk prawdopodobnie ginie od kul z broni jednego z osadników. Ginie też trzech jego kuzynów oraz dwóch Izraelczyków – osadnik i żołnierz.
Izraelski „Haaretz” napisał: „Szef Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela, Ejal Zamir, tak jak dyrektor Szin Bet [służby specjalnej], David Zini, skapitulowali przed żydowskim terroryzmem, a ich siły służą za prywatne firmy ochroniarskie dla rebeliantów z Zachodniego Brzegu”.
Od chwili, gdy ogłoszono, że Izraelczycy zginęli „w ataku terrorystycznym”, a jeden z największych radykałów w rządzie, szef resortu bezpieczeństwa wewnętrznego Itamar Ben Gwir oświadczył, że Zachodni Brzeg ma być potraktowany jak Strefa Gazy, na palestyńskich terenach dochodzi do pogromów. Eskalowała przemoc, która nasilała się od początku roku.
Na Zachodnim Brzegu codziennie ktoś ginie
Jakub Belina-Brzozowski z Polskiej Misji Medycznej wrócił z Zachodniego Brzegu tuż przed tym, jak doszło do eskalacji przemocy osadników i służb izraelskich. Przyznaje, że w ostatnim czasie znacznie zwiększyła się skala przemocy, a Beduini są regularnie atakowani przez osadników. Niszczone są ich domy, szkoły i inne budynki użyteczności publicznej. Osadnicy, mówi działacz, niszczą, co się trafi – co można rozjechać małą koparką albo łopatami i łomami.
– Kilka dni przed moim przyjazdem ciężarówka osadników potrąciła dziewięcioletniego chłopca i pojechała dalej. On na szczęście przeżył, akurat zdarzyło się to w dniu, kiedy tam była nasza klinika mobilna, więc od razu dostał pierwszą pomoc. Zdarzają się pobicia i przypadki śmiertelne. Od października 2023 na Zachodnim Brzegu było ponad 1200 ofiar śmiertelnych, więc można powiedzieć, że codziennie ktoś ginie. Skala jest zupełnie inna niż w Strefie Gazy, ale ataki są regularne – mówi Belina-Brzozowski.
Codziennością jest też nękanie. W jednej ze społeczności w ciągu miesiąca cztery razy przecinano rury doprowadzające wodę. Mieszkańcy mówili, że już są przyzwyczajeni, ale to się zdarza tak często, że brakuje im materiału do klejenia rur. Regularne jest wjeżdżanie nocą na motocyklach między budynki i namioty, włączanie głośnej muzyki, świecenie w oczy, a za dnia wypasanie zwierząt na terenach palestyńskich
– przytacza rozmówca.
Jak dodaje, stale naruszana jest też przestrzeń fizyczna Palestyńczyków przez podchodzenie bardzo blisko, dotykanie, robienie zdjęć z odległości kilku centymetrów. – To nawet nam się zdarzyło na checkpoincie. Do jednego z kolegów podszedł strażnik, przysunął się na kilka centymetrów od jego twarzy i stał. Potem śmiał się z tego z kolegami. Osadnicy cały czas próbują prowokować Palestyńczyków do reakcji fizycznej. Jak oni w końcu nie wytrzymają i odepchną tego osadnika, okażą jakąś agresję, to od razu przyjeżdża policja i aresztuje tę osobę – mówi.
– Przemoc w drugą stronę zazwyczaj nie spotyka się z konsekwencjami. W jednej ze społeczności mówiono nam, że zgłaszają policji wszystkie akty przemocy, żeby mieć dowód na piśmie, ale osadnicy przyjeżdżają już ze służbami. Dochodzi więc do absurdalnych sytuacji, kiedy Palestyńczycy zgłaszają przestępstwa na komisariacie, gdzie pracują policjanci obecni przy ataku. Zgłaszają to dla formalności, żeby później nie mówiono im, że nie ma żadnych dowodów na akty przemocy, ale konsekwencje wobec osadników są żadne – podsumowuje Belina-Brzozowski.
Izraelskie pogromy. Katowanie i podpalanie domów
O tym, jak współpracują ze sobą osadnicy ze służbami, pisze m.in. Jasper Nathaniel w swojej korespondencji z Zachodniego Brzegu. Opisuje w niej incydent z miejscowości Muchmas, do której młodzi osadnicy wjechali nad ranem samochodem, by budzić jej mieszkańców. Ich jazda zakończyła się rozbiciem samochodu na murze. Mieszkańcy słyszeli tylko odgłosy auta, nie mieli kontaktu z osadnikami, ale ci przedstawili służbom inną historię. We wsi pojawili się żołnierze, kilkanaście jeepów, drony, a nawet śmigłowce. Wyważano drzwi, wyciągano ludzi z łóżek, skuwano ich i bito. Jednemu z mężczyzn złamano szczękę w czterech miejscach, ramię i żebro. O 8 rano izraelskie media podawały już, że chłopcy zostali „ocaleni” z Muchmas. Tego dnia aresztowano 15 mieszkańców wioski, wybrano ich ponoć na podstawie konwersacji SMS-owej, w której jedna z osób ostrzegała przed nadjeżdżającymi osadnikami. Dwóch młodych mężczyzn wciąż jest w areszcie, choć nie postawiono im zarzutów.
O doświadczeniu izraelskiego pogromu pisze też Mohammad Hesham na łamach palestyńsko-izraelskiego portalu +972mag. Dziennikarz pisze o ataku kilkudziesięciu zamaskowanych Izraelczyków na wioskę At-Tuwani – chodzili od domu do domu, wybijali okna kamieniami, rozlewali benzynę i podkładali ogień. Hesham wybiegł od wujka, gdy usłyszał krzyk swojej siostry, która była w domu z rodzicami i trójką pozostałego rodzeństwa. Palił się samochód Heshama, ale budynku nie zajęły płomienie. W domu sąsiadów kamień rzucony w okno ranił kobietę, w szpitalu okazało się, że straciła ciążę. Izraelskie policja i wojsko dotarły po tym, jak osadnicy-terroryści odjechali. Funkcjonariusze byli agresywni w stosunku do mieszkańców At-Tuwani i nie próbowali ustalić, kto dokonał ataku.
Społeczność do wymazania z mapy
Jedną ze społeczności, którym pomaga Polska Misja Medyczna, jest zamieszkała przez Beduinów Chan al-Ahmar, którą w maju rząd Izraela kazał natychmiast wyeksmitować i zrównać z ziemią. Chan al-Ahmar i 17 innych osad znajdują się na terenie określanym przez Izrael jako E1, która ma być zabudowana żydowskimi osiedlami tak, by przeciąć Zachodni Brzeg na pół i w efekcie nie dopuścić do powstania państwa palestyńskiego. Formalnie, według zasad ustalonych w ramach Porozumień z Oslo z 1995 roku, jest to strefa C – kontrolowana w pełni i cywilnie i militarnie przez Izrael.
Sytuacja społeczności beduińskich jest szczególna przez ich półnomadyczny charakter. Obecnie Beduini już się nie przemieszczają, pilnują swojej ziemi, ale ich domy to raczej namioty i baraki, których zniszczenie jest bardzo łatwe.
– Byliśmy w Chan al-Ahmar już po tym, jak minister Becalel Smotrich wydał nakaz wysiedlenia i wyburzenia wioski. Beduini rzeczywiście siedzą jak na szpilkach, chociaż ten proces może trwać latami. Izraelczycy mają nadzieję, że tym nękaniem zmuszą Beduinów, żeby sami się wynieśli. Oczywiście czasem wjeżdżają buldożery, ale dla Izraela korzystniejsze jest – mówiąc wprost – wykurzenie Beduinów. Na razie wciąż tam są, ale czy jak przyjedziemy za rok, to nadal tam będą? Tego nie wiemy. My interweniowaliśmy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i wiemy, że Polska wraz z partnerami międzynarodowymi oprotestowała plany wysiedlenia wioski – relacjonuje Belina-Brzozowski.
Śmierć dziecka na checkpoincie
W strefie C sytuacja humanitarna jest najtrudniejsza ze względu na to, jak bardzo Izrael ogranicza mobilność Palestyńczyków, m.in. przez wytyczanie dróg, po których Palestyńczycy nie mogą się poruszać. – W samej strefie C nie ma żadnego szpitala, trzeba jechać do innej strefy albo do Jerozolimy, co jest utrudnione przez checkpointy. A jeżeli chodzi o Jerozolimę, to tam część Palestyńczyków w ogóle nie ma wstępu – tłumaczy działacz.
– My tam docieramy z klinikami mobilnymi. Klinika przyjeżdża raz na tydzień, raz na dwa tygodnie i zapewnia podstawową opiekę lekarza rodzinnego, a czasami specjalistów. Od mieszkańców społeczności dowiedziałem się, że wcześniej niektórzy musieli chodzić do przychodni oddalonej o 10 km. Żeby ten dystans przebyć, można albo zamówić taksówkę, która sporo kosztuje, albo pójść pieszo, ale gdy jest się chorym, to nie jest takie łatwe. Przy czym nawet jak się weźmie taksówkę, to po drodze na tych 10 kilometrach są checkpointy i nie wiadomo, czy podróż będzie trwać godzinę, cztery godziny czy więcej – tłumaczy Belina-Brzozowski.
Tydzień przed moim przyjazdem na checkpoincie zatrzymano rodzinę jadącą do szpitala z kilkumiesięcznym chłopczykiem, który był w ciężkim stanie i zatrzymali ich tam na dwadzieścia kilka minut. Niestety chłopiec już tego nie przeżył. Odległość do opieki medycznej, zatrzymania na checkpointach – to może czasami być sprawą wręcz życia lub śmierci
– opowiada działacz Polskiej Misji Medycznej. Przytacza też historię lidera społeczności beduińskiej, którego lekarze z kliniki mobilnej skierowali na badania, bo zaniepokoił ich stan jego gardła. Badania wykazały, że ma nowotwór.
– Dostał zalecenie, żeby leczyć się radioterapią, dostępną tylko w Jerozolimie, a Jerozolima jest terenem, na który nie jest się łatwo dostać, trzeba mieć specjalną przepustkę. Kiedy pojechał na pierwszą sesję radioterapii, tę przepustkę dostał, ale dwa tygodnie później strażnicy zatrzymali go na checkpoincie. Powiedzieli, że jest działaczem politycznym, bo walczy o to, by jego społeczność nie została wysiedlona, więc go nie wpuszczą. Po interwencji organizacji walczących o prawa człowieka, których działacze siedzieli cały dzień na checkpoincie, po przyjeździe prawników, w końcu zdecydowano się go puścić, ale wciąż zdarza się, że człowieka chorego na raka trzymają na checkpoincie przez wiele godzin.
Kliniki mobilne Polskiej Misji Medycznej mogą funkcjonować dzięki współpracy z lokalnymi lekarzami z Palestinian Medical Relief Society. – Obecnie, w związku z nowymi regulacjami izraelskimi, ekspaci tracą możliwość pracy na miejscu. Kiedyś do społeczności beduińskich na Zachodnim Brzegu przyjeżdżały grupy pracowników humanitarnych, którzy po prostu z nimi byli, gdy przyjeżdżali osadnicy albo policja, żeby był świadek. Zwykle przy świadkach oni się bardziej hamowali. Teraz Izrael ogranicza wjazdy i coraz trudniej jest nawet w ten sposób, swoją obecnością, wspierać ludzi na miejscu – ubolewa.
– Wiadomo, że osoba z paszportem z Zachodu zawsze będzie miała nieco większą ochronę prawną i z tego korzystały społeczności. To nie jest tak, że ktokolwiek jest tam całkiem bezpieczny, ale skala przemocy wobec Palestyńczyków, a obywateli innych krajów, jest zupełnie inna – ocenia Belina Brzozowski i podkreśla, że przemoc osadników i służb nie omija też izraelskich organizacji, które bronią Palestyńczyków. – Nie wiem, czy były przypadki śmiertelne, ale pobicia jak najbardziej – dodaje.
Jednocześnie od wybuchu wojny w Strefie Gazy społeczności beduińskie stały się niemal całkowicie zależne od pomocy z zewnątrz. – Dawniej Beduini żyli z hodowli zwierząt. Jeden z pasterzy mówił, że jego społeczność jeszcze 10 lat temu miała 500 zwierząt, dziś tylko 60, bo za sprawą osadników i służb izraelskich Palestyńczycy mogą wypasać zwierzęta tylko na ograniczonym obszarze przy miejscu zamieszkania. Inaczej zwierzęta mogą zostać skonfiskowane, więc trzymane są w zagrodach wewnątrz społeczności, na bardzo ograniczonym terenie. Kiedy mieli dużą trzodę, byli w stanie wyżywić siebie i zarobić na sprzedaży mleka, jajek czy mięsa. Później, w okresie przejściowym, zarabiali u osadników. Wykonywali dla nich prace rolnicze czy przy hodowli zwierząt. Zdarzały się też prace budowlane – opowiada Belina-Brzozowski.
Tu widać tragizm sytuacji, w jakiej znaleźli się Beduini, i Palestyńczyków w ogóle – żeby mieć za to żyć budowali osiedla, których ostatecznym celem jest wysiedlenie ich z tego terenu. Często to był jedyna możliwość zarobku. Obecnie w społecznościach mówią, że nie ma dla nich szans na dostanie takiej pracy, odeszło im główne źródło utrzymania
– dodaje Jakub Belina-Brzozowski.
W Strefie Gazy leczą tym, co jest dostępne
Polska Misja Medyczna ze swoją organizacją partnerską wciąż niesie pomoc w Strefie Gazy – prowadzi klinikę leczenia ran przy szpitalu im. Nasera w Chan Junus. – W Gazie jakieś 80-90 proc. ludzi jest przesiedlona wewnętrznie, utraciła swoje domy. Znaczna część osób mieszka w namiotach. Nasi lekarze chodzą po obozowiskach i sprawdzają, czy ktoś potrzebuje pomocy, np. osoby, które nie mogą się ruszać i robią im się odleżyny. Planujemy poszerzenie działania kliniki w ciągu kilku miesięcy, ale zobaczymy, jak będziemy stać finansowo. Strefa Gazy już niestety przyciąga mniej uwagi darczyńców – przyznaje gorzko Belina-Brzozowski. Ocenia też, że po ogłoszeniu zawieszenia broni wielu uznało, że sytuacja w Gazie się polepszyła, tymczasem wciąż ginie tam po co najmniej kilka osób dziennie, znacznie ograniczony jest też wjazd pomocy humanitarnej. „Zawieszenie broni” – jak mówi – trzeba brać w cudzysłów.
Dołącz do wspólnej zbiórki Gazeta.pl i Polskiej Misji Medycznej, by dać lekarzom szansę ratowania życia dzieci i rodzin w Strefie Gazy >>>
– Nasi lekarze mówili, że na targowisku, z którego korzystają, prawie w ogóle nie ma warzyw. Większość osób nie cierpi już głodu, ale wciąż są niedożywione ze względu na słabą jakość żywności. Izrael zniszczył większość pól uprawnych w Strefie Gazy. Ludzie w obozowiskach organizują sobie małe ogródki, próbują uprawiać warzywa, ale dostęp do pełnowartościowej żywności zależy głównie od tego, co wjedzie przez granicę – wyjaśnia rozmówca.
Codzienność w Strefie Gazy jest cały czas bardzo trudna. Nie można powiedzieć, że jest równie źle, jak przed zawieszeniem broni, ale trwa tam kryzys humanitarny. Brakuje też podstawowych leków. Lekarze mówią, że jak przychodzi chory, to nie dobierają antybiotyku pod jego chorobę, tylko dają ten antybiotyk, który mają, a nuż zadziała
– mówi.
Pytany o to, co możemy zrobić dla Palestyńczyków, Jakub Belina-Brzozowski namawia, by wspierać Polską Misję Medyczną i inne organizacje działające na miejscu, które przynoszą ulgę i polepszają codzienność mieszkańców Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy.












