Cztery firmy, cztery światy! A wręcz pięć, bo oprócz firmy logistycznej 4Values, marki odzieżowej Li Parie, szwalni Mad Sisters i studia filmowego Haasta, prowadzi Pani także fundację Be a Hero, która niesie pomoc w Ukrainie. Czy jest coś, co – oprócz Pani jako szefowej – te firmy łączy? Proszę wybaczyć kolokwializm, ale to przecież zupełnie różne bajki.
Rzeczywiście to zupełnie inne branże, ale wartości i sposób działania w każdej z nich są takie same.
Czyli?
Trzeba dobrze wykorzystywać czas, pieniądze oraz nie wolno narażać życia czy zdrowia ludzi. To najkrótsza definicja etycznego działania w biznesie.
Mam wrażenie, że „etyczny” i „etyka” to słowa, które przedsiębiorcy uwielbiają odmieniać przez wszystkie przypadki.
Prawda? Słowo „etyka” świetnie wygląda na stronach firmowych. Podobnie jak hasła: „społeczna odpowiedzialność biznesu”, „fair trade”, „nasze produkty powstają lokalnie”. A przecież równie, jeśli nie ważniejsze jest to, czy co miesiąc płacisz za swoich pracowników ZUS, zatrudniasz ich na umowę o pracę, godnie wynagradzasz, zapewniasz dobre i bezpieczne warunki, nie zmuszasz do pracy na akord… Czy pani wie, że 90 proc. szwalni w Polsce zatrudnia ludzi na czarno lub fałszuje rzeczywistość zatrudniając ludzi na część etatu, na minimalną krajową, mimo, że pracują na pełen etat? Albo przerywa okresy składkowe, gdy akurat nie ma zleceń? My w szwalni Mad Sisters udowadniamy, że można zatrudniać i szyć etycznie.
Przed laty pracowałam w korporacji, regularnie przeprowadzano tam badanie satysfakcji pracowników. Wszyscy menedżerowie się go bali, zwłaszcza odpowiedzi na pytanie: „czy zarekomendowałbyś pracę w tej firmie swoim bliskim”. Teraz moi pracownicy sami przyprowadzają do firmy członków swoich rodzin. Pracują u nas latami. Nie odchodzą.
A klienci?
Może panią zaskoczę, ale przez dziewięć lat prowadzenia firm nie odszedł ani jeden. A mamy ich sporo, zwłaszcza w firmie logistycznej 4Values. Obsługujemy sklepy internetowe – e-commerce. Pracujemy z polskimi firmami – kosmetycznymi i odzieżowymi, głównie z segmentu premium, ale też z Play i międzynarodową firmą PayPal, dla której jesteśmy wyłącznym partnerem logistycznym.
Jak się zatrzymuje takich klientów?
Gramy fair. Jest takie powiedzenie, tylko ten, kto nic nie robi, nie popełnia błędów. Tyle, że my potrafimy się do popełnionych przez nas błędów przyznać i ponieść konsekwencje. Nie bawimy się w „blame game”, szukanie winnego. Kilka razy przeliczyliśmy się na swoją niekorzyść – czy to przy wycenie obsługi logistycznej, czy to projektu kostiumu kąpielowego. Nigdy nie podnieśliśmy z tego powodu klientowi ceny. To my bierzemy za nasze potknięcia odpowiedzialność. I dzięki temu idziemy do przodu.
Szkoda, że nie jestem przedsiębiorczynią. Bo właśnie namówiła mnie Pani do współpracy!
Nigdy nie jest za późno. Tym bardziej, że kiedy zaczynamy rozmawiać z partnerami, to chcemy mieć pewność, że dodamy wartości do ich biznesu. Logistyka zazwyczaj jest kojarzona z kosztem. Muszę coś wysłać, więc mam koszt. Muszę coś zmagazynować, więc mam koszt. A tak naprawdę logistyka może być dodatkowym napędem, akceleracją do wzrostu.
Jak się to robi?
Z naszymi klientami pracujemy bardzo blisko. Pozwalają nam spojrzeć w liczby, razem robimy analizę rynku. Traktowani jesteśmy jak firma doradcza. Mamy doświadczenie, wiedzę i pozycję, która pozwalają nam spojrzeć na sytuację danej firmy z lotu ptaka – dostrzec więcej, zaproponować nowe, nieoczywiste rozwiązania. Przykład? Jeden z naszych klientów bardzo dobrze rozwijał się na rynku polskim, ale nie był w stanie skutecznie wyjść za granicę. Oferował specyficzny produkt kosmetyczny, któremu trudno było konkurować z silnymi markami francuskimi czy niemieckimi. Wspólnie wymyśliliśmy, że produkt „zostanie polski”, nie będziemy udawać, że był wyprodukowany gdzieś indziej, ale będzie dostarczany do odbiorców lokalną pocztą czy przy pomocy lokalnych kurierów. Poza tym postanowiliśmy, że będzie można za niego zapłacić „za pobraniem”, po odbiorze, co pomogło w budowaniu zaufania do nowego produktu. Dziś 40 proc. jego sprzedaży ma miejsce w Niemczech, Austrii, Czechach i Słowacji, a zaraz rusza sprzedaż w Rumunii, Bułgarii i Węgrzech. Firma postrzegana jest w tych krajach jako świetna polska marka, która – to ważne – działa u nich lokalnie. Takich przykładów w 4Values mamy mnóstwo.
„Four values”, czyli „cztery wartości”, jak cztery kółka? Czy „for values” – dla wartości?
Interpretacja należy do pani. Mnie podobają się obie.
A jakie są najważniejsze cztery wartości we wszystkich czterech pani firmach?
Prawda, uczciwość, innowacyjność, pomaganie innym…
Brzmi jak deklaracja organizacji humanitarnej, nie credo firmy, która ma przynosić zysk.
Jedno nie wyklucza drugiego, a wręcz idzie w parze. Oprócz prowadzenia czterech firm, zajmuję się też organizacją pomocy dla Ukrainy. Co tu kryć – pomaganie jest jak ocean, można robić bardzo dużo, ale zmienić niewiele, albo nic. Dlatego w naszej fundacji Be A Hero chcemy to robić z głową. Od czterech lat dostarczamy walczącej Ukrainie sprzęt, np. uszyte przez nas kamizelki kuloodporne, ale też samochody, przyrządy optyczne, drony. Pomagamy nie wojsku, ale konkretnym osobom, np. Saszy, który zgłosił się na front jako 21-latek na ochotnika. Najpierw był zwiadowcą, teraz jest wybitnym droniarzem. Są tacy, którzy mówią, że jesteśmy najbardziej skuteczną fundacją w Polsce – która wciąż codziennie pomaga tym, którzy robią niezwykłą robotę na froncie.
Za tę działalność została pani uhonorowana nagrodą im. Marka Edelmana „Za Ratowanie Człowieczeństwa”.
Według mnie uhonorowana została cała Brygada, bo tak nazywamy siebie, czyli wszystkich wolontariuszy w fundacji, którzy angażują się w organizację tej pomocy. Ta nagroda to był moment, w którym na chwilę się zatrzymaliśmy i uświadomiliśmy sobie, że to, co robimy jest dostrzeżone i ważne. Świetne uczucie! Ale nie osiadliśmy na laurach, działamy dalej. Sami ładujemy nasze samochody, sami do Ukrainy jeździmy. A przecież wielu z nas ma swoje firmy.
Niezły multitasking!
Wierzę, że trzeba być na miejscu, żeby jak najlepiej zrozumieć sytuację, mechanizmy, potrzeby. Działam zawsze w myśl Lean management i filozofii Kaizen. Jestem tam, gdzie się rzeczy dzieją, rozumiem je, potem koordynując działania fundacji nie jestem teoretykiem. Nasza pomoc trafia do bohaterów, którzy robią z niej najlepszy użytek w boju, nie na sprzedaż i czarny rynek. Oczywiście wymaga to więcej wysiłku i czasem też ryzyka z naszej strony. Nauczyłam się o sobie, że akceptuję większe ryzyko, o ile to ja ponoszę konsekwencje, nie osoby postronne. Tak też w fundacji – nie robimy turystyki wojennej, acz ryzyko się pojawia czasem.
O tej akceptacji ryzyka świadczą otwierane coraz to kolejne biznesy. Nie boi się Pani w nie inwestować?
Lubię się uczyć nowych rzeczy, lubię się uczyć nowych branż. Ale nie jestem inwestorką, jestem przedsiębiorczynią.
Jaka jest najważniejsza różnica?
Inwestora interesuje wynik finansowy. Wchodzi z jakimiś pieniędzmi, chce wyjść z większymi. Układa sobie to na etapy, dzieli w czasie. Ja wchodzę z pieniędzmi, z umiejętnościami, ale moim celem jest przede wszystkim tworzenie zdrowych ekosystemów gospodarczych. Początki nie zawsze są łatwe, ale zapewniam, że warto ryzykować. Zależy mi na tworzeniu firm, które są źródłem satysfakcji i zarobku dla moich pracowników. Które są źródłem sukcesu biznesowego moich klientów. I które są też źródłem mojego sukcesu, ale ja jestem na końcu tych oczekiwań. A efekt – i tak zawsze przychodzi. Liczy się konsekwencja.












