Otoczenie Nawrockiego najwyraźniej dobrze rozumiało jednak, że znaczna część jego wyborczyń i wyborców pracuje na „śmieciówkach” i mierzy się z brakiem stabilności swojego zatrudnienia.
Im dalej od Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy Gdańska, tym częściej pozycja pracodawcy rośnie, a pozycja pracownika słabnie, zgodnie z brutalną zasadą: „Nie podoba się zlecenie albo B2B? To proszę szukać pracy 50 kilometrów dalej”.
Podpis prezydenta pod ustawą zamyka więc ważny etap sporu o polski rynek pracy. To reforma istotna nie dlatego, że wywraca system do góry nogami, lecz dlatego, że państwo wreszcie chce skuteczniej egzekwować prawo, które od dawna istnieje, ale przez lata zbyt często pozostawało martwe.
Zmiana wymuszona rzeczywistością
Skala absurdu, z którym mieliśmy do czynienia przez blisko dwie dekady, jest naprawdę porażająca: kierowca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą wystawiający faktury tylko jednej firmie, informatyk zatrudniony na umowie o dzieło, pracownik biurowy na umowie-zleceniu, a dyrektor na etacie – wszyscy formalnie oddzieleni, choć w praktyce wykonujący pracę w ramach jednej firmy.
Pracodawca dawał każdemu inną umowę nie dlatego, że wymagała tego natura obowiązków, lecz po to, by zminimalizować własne koszty i przerzucić ryzyko na zatrudnionych.
Tym bardziej zastanawia, że Donald Tusk, polityk z ogromnym doświadczeniem krajowym i europejskim, tak długo nie chciał dostrzec tej patologii. Na początku stycznia ogłosił przecież, że nie będzie kontynuował prac nad reformą, tłumacząc to obawą przed „przesadną władzą urzędników” oraz ryzykiem dla firm. Był to sygnał politycznie zły i merytorycznie chybiony.
To, że dziś możemy mówić o pierwszym poważnym kroku cywilizującym polski rynek pracy, jest przede wszystkim zasługą Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, ministry rodziny, pracy i polityki społecznej, która mimo oporu premiera nie odpuściła tematu.
Nawet jeśli ostateczny kształt ustawy jest łagodniejszy od pierwotnych zapowiedzi, i tak udało się osiągnąć coś politycznie istotnego: nazwać po imieniu problem „śmieciówek” i fałszywego B2B oraz doprowadzić do zmiany prawa w koalicji, w której nie brakowało jawnych krytyków reformy – od Ryszarda Petru po polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Nowa Lewica ma więc pełne prawo mówić o sprawczości. Pytanie brzmi jednak, czy ten triumf okaże się trwały. Bo właśnie tutaj zaczynają się zastrzeżenia, które bardzo wyraźnie formułuje OPZZ.
System, który może nie udźwignąć zmian
Najpoważniejsze pytanie związków zawodowych dotyczy tego, czy państwo będzie zdolne skutecznie wdrożyć reformę.
OPZZ ostrzega, że przy obecnych brakach kadrowych i niedostatecznym finansowaniu PIP nowe obowiązki – zwłaszcza związane z wydawaniem interpretacji indywidualnych – mogą spowolnić wykonywanie dotychczasowych zadań, a nawet grozić częściowym paraliżem instytucji.
Sama opłata w wysokości 40 zł za interpretację nie rozwiąże tego problemu. Co więcej, związkowcy zwracają uwagę, że prawo do odwołania od decyzji PIP powinno przysługiwać nie tylko zatrudniającemu, lecz także osobie wykonującej pracę zarobkową.
Do tego dochodzi kluczowy problem przewlekłości postępowań w sądach pracy: w dużych miastach rozstrzygnięcie sprawy w pierwszej instancji trwa średnio od dwóch do trzech lat. Bez zmian organizacyjnych, większej liczby sędziów, kadry pomocniczej i nowych wydziałów pracy reforma może więc okazać się słuszna na papierze, lecz zbyt słaba w praktyce.
Nowe regulacje na horyzoncie
Przed rządem Donalda Tuska stoją także kolejne reformy istotne z perspektywy świata pracy. W Sejmie nadal pozostają projekty dotyczące emerytur stażowych. Do 2 grudnia 2026 roku państwa członkowskie muszą wdrożyć unijne przepisy dotyczące pracy platformowej, obejmujące zarówno ustalanie statusu zatrudnienia, jak i przejrzystość zarządzania algorytmicznego.
W Polsce trwa pilotaż skróconego czasu pracy, którego zasadniczy etap testowy rozpoczął się 1 stycznia 2026 roku, jednak wciąż nie wiadomo, czy rząd planuje istotne zmiany ustawowe w tym temacie w tej kadencji Sejmu. Do tego dochodzi sztuczna inteligencja.
Międzynarodowa Organizacja Pracy wskazuje, że generatywna AI może skutkować tym, że niektóre zawody zwyczajnie znikną, tworząc strukturalne bezrobocie. Na tle tych wyzwań reforma PIP wygląda więc nie jak finał, lecz jak zaległa rata, którą rząd po trudach wreszcie spłacił.
Pytanie brzmi, czy do przyszłego roku koalicja 15 października zdoła uregulować kolejne transze długu wyborczego, który zaciągnęła u polskich pracownic i pracowników w 2023 roku.












