-
Po opadach deszczu na plażach Sydney pojawiły się czarne i szare bryły o silnym zapachu, powiązane z problemem kanalizacyjnym miasta.
-
Według niejawnego raportu w systemie kanalizacyjnym przy oczyszczalni Malabar nagromadzona jest ogromna ilość tłuszczów, olejów i odpadów, tworzących tzw. „tłuszczową górę”.
-
Usunięcie tej masy wymagałoby czasowego zamknięcia plaż, a władze zapowiedziały kosztowny program inwestycyjny i kampanie edukacyjne.
-
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Po niedawnych ulewach mieszkańcy miasta zauważyli podejrzane obiekty na kilku plażach, m.in. przy Malabar oraz w rejonie Botany Bay. Najwięcej brył pojawiło się w bezpośrednim sąsiedztwie dużej oczyszczalni ścieków. Sydney Water ustawiło przy wejściach na plaże tablice ostrzegawcze z prośbą, by nie dotykać żadnych fragmentów zanieczyszczeń i omijać obszar prac porządkowych.
Bryłki to zwarte, czarno-szare grudki, czasem wielkości małej piłeczki, czasem rozmiaru melona. Po rozłamaniu wydzielają intensywny, nieprzyjemny zapach. Pracownicy sprzątający plaże zbierali nie tylko same „kule”, lecz także mokre chusteczki, fragmenty stałych odpadów i kawałki stwardniałego tłuszczu. Część zanieczyszczeń była wymieszana z piaskiem i glonami, co utrudniało ich szybkie usunięcie.
Podobne incydenty miały już miejsce pod koniec 2024 r. i na początku 2025 r., kiedy kilka popularnych plaż zostało czasowo zamkniętych. Wówczas przez wiele tygodni nie było jasne, skąd pochodzi zanieczyszczenie, a władze wodociągowe początkowo zaprzeczały, że jego źródłem jest system kanalizacyjny miasta.
Tajny raport i „tłuszczowa góra” pod miastem
Przełomem okazał się niejawny raport przygotowany dla nowopołudniowowalijskiej agencji ochrony środowiska, czyli NSW Environment Protection Authority. Dokument wskazuje, że w głębokowodnym kolektorze oceanicznym przy oczyszczalni Malabar nagromadziła się ogromna ilość tłuszczów, olejów i smarów, określanych skrótem FOG (fats, oils and grease).
Według autorów raportu masa ta zalega w tzw. martwej strefie systemu, niedostępnej dla rutynowej konserwacji. Jej objętość może sięgać kilkuset metrów sześciennych, a rozmiar porównywany jest do czterech autobusów. To właśnie z tej struktury mogą odrywać się fragmenty, które następnie trafiają do oceanu i na plaże Sydney.
Proces formowania „tłuszczowej góry” jest stopniowy i zaczyna się od codziennych czynności wykonywanych w domach i lokalach gastronomicznych. Gorące tłuszcze po smażeniu, oleje oraz resztki sosów trafiają do kanalizacji, gdzie w niższej temperaturze szybko tężeją i osiadają na ściankach rur. Do tej lepkiej warstwy przyczepiają się kolejne odpady, przede wszystkim nawilżane chusteczki, które nie rozpadają się jak papier toaletowy, a także fragmenty plastiku, włókien i resztek jedzenia. Z czasem zachodzą reakcje chemiczne przypominające zmydlanie, w których tłuszcze wiążą się z minerałami obecnymi w ściekach, np. wapniem. W efekcie powstaje twarda, zwarta masa, porównywana przez pracowników kanalizacji do betonu, odporna na przepływ wody i wyjątkowo trudna do rozbicia.
Jak dochodzi do „zrzutów” zanieczyszczeń
Fragmenty odrywają się od góry wtedy, gdy po nagłym spadku przepływu ścieków, np. w wyniku awarii zasilania lub intensywnych opadów, następuje szybki wzrost ciśnienia w systemie. Taki impuls może oderwać część nagromadzonego tłuszczu i wypchnąć go przez kolektor do oceanu.
Jedno z takich zdarzeń miało miejsce w październiku 2024 r., gdy przerwa w dostawie prądu na kilka minut zatrzymała pompy. Podobny mechanizm mógł zadziałać w styczniu 2025 r., gdy w ciągu kilku godzin spadło ponad 100 mm deszczu, powodując gwałtowne wahania przepływu w systemie.
Sydney nie jest wyjątkiem
Problem nie dotyczy wyłącznie Australii. Na świecie od lat narastają kłopoty z tzw. fatbergami, czyli zatorami z tłuszczu i śmieci w kanalizacji. Najgłośniejszy przypadek odnotowano w Londynie w 2017 r., gdzie pod Whitechapel odkryto zator długości ponad 240 metrów, porównywany do 11 piętrowych autobusów. Podobne struktury znajdowano też m.in. w Belfaście, Denver czy Melbourne.
W samym Nowym Jorku tłuszcze mają odpowiadać za większość cofek kanalizacyjnych, a koszty ich usuwania liczone są w dziesiątkach milionów dolarów. W Wielkiej Brytanii roczne wydatki na walkę z fatbergami sięgają setek milionów funtów, a służby usuwają setki tysięcy zatorów rocznie.
Sydney wciąż opiera się głównie na mechanicznym oczyszczaniu ścieków. Oznacza to, że przed zrzutem do oceanu usuwa się jedynie większe stałe zanieczyszczenia. W wielu innych miastach stosuje się bardziej zaawansowane procesy biologiczne, a w niektórych krajach, jak Singapur, ścieki są oczyszczane na tyle dokładnie, że mogą być ponownie wykorzystywane.
Z raportu wynika, że w Malabar ilość tłuszczów wzrosła w ciągu dekady o 39 proc., a stężenie lotnych związków organicznych aż o 125 proc. To efekt zarówno domowych nawyków mieszkańców, jak i działalności tysięcy lokali gastronomicznych.
Kosztowne i ryzykowne rozwiązania
Usunięcie nagromadzonej masy tłuszczu z niedostępnej części systemu wymagałoby wyłączenia głębokowodnego kolektora i czasowego zrzutu ścieków bezpośrednio z klifów do oceanu. Autorzy raportu przyznają, że oznaczałoby to zamknięcie plaż Sydney na wiele miesięcy i obecnie nie jest uznawane za dopuszczalne.
W kwietniu 2025 r. z dostępnych części systemu usunięto 53 tony tłuszczów i odpadów. Sydney Water zapowiada dalsze czyszczenie, kampanie edukacyjne oraz zaostrzenie kontroli nad lokalami gastronomicznymi, które mogą być istotnym źródłem tłuszczów trafiających do kanalizacji.
Co dalej z kanalizacją miasta
Władze stanowe zapowiedziały program inwestycji o wartości ok. 3 mld dolarów australijskich w ciągu 10 lat. Ma on ograniczyć ilość ścieków trafiających do oceanu oraz zwiększyć ich ponowne wykorzystanie, m.in. w przemyśle i centrach danych. Równolegle prowadzone są rozmowy o zaostrzeniu przepisów dotyczących odprowadzania tłuszczów i odpadów przez gastronomię.
Eksperci podkreślają jednak, że bez zmiany codziennych nawyków mieszkańców problem będzie powracał. „Kule fekalne” stały się symbolem przeciążonej infrastruktury i pokazują granice systemu zaprojektowanego dekady temu. W obliczu częstszych ulew i rosnącej liczby mieszkańców pytanie nie brzmi już, czy kanalizacja Sydney wymaga modernizacji, lecz jak szybko uda się ją przeprowadzić.













