O tym, że stanowiska partii TISZA i Fidesz wobec sytuacji w Kijowie są zbieżne, czytelnicy Interii mogli przeczytać już wielokrotnie. Oczywiście dostrzegam jakościową zmianę, która polega na jednoznacznym potępianiu rosyjskich ataków na Ukrainę.
Takie deklaracje składają dziś głośno zarówno sam premier, jak i wicepremier oraz minister spraw zagranicznych Anita Orbán. To bez wątpienia istotny zwrot, który należy docenić, jednak na tym różnice właściwie się kończą.
Na początku czerwca w Berehowie (węg. Beregszáz) na ukraińskim Zakarpaciu – w regionie przygranicznym zamieszkiwanym przez liczną mniejszość węgierską – miało dojść do oficjalnego spotkania prezydenta Ukrainy i premiera Węgier. Jednak organizacja szczytu jest przekładana.
Trwają konsultacje online eksperckich zespołów roboczych z dwóch państw. Inauguracyjne spotkanie z udziałem szefów dyplomacji (minister Anita Orbán łączyła się wówczas z Warszawy), odbyło się 20 maja.
11 tajemniczych postulatów
– Myślę, że nadszedł czas, aby zainicjować nowy etap w relacjach węgiersko-ukraińskich – zadeklarował premier Węgier Péter Magyar.
Jednak zanim to nastąpi, Budapeszt stawia warunki wstępne.
Na stole leży 11 postulatów, od których uzależnione jest przejście do kolejnego etapu rozmów. Mają one dotyczyć praw edukacyjnych, kulturalnych i językowych, a Magyar oczekuje od Ukrainy twardych gwarancji ich wdrożenia. Czego dokładnie dotyczą te punkty? Tego wciąż nie wiemy.
Warto pamiętać, że zaledwie kilka miesięcy temu także 11 postulatów zgłaszał rząd Viktora Orbána. Poprzednia ekipa jasno stawiała sprawę: bez ich realizacji nie ma mowy o otwarciu pierwszego rozdziału w negocjacjach akcesyjnych Ukrainy z Unią Europejską. Péter Magyar jednoznacznie podpisuje się pod linią polityczną swojego poprzednika.
Warto zauważyć, że jednym z argumentów mających świadczyć o poprawie relacji Budapesztu z Kijowem było odblokowanie przez Węgry 90 mld euro unijnej pomocy dla Ukrainy.
Rzecz jednak w tym, że od samego początku Péter Magyar robił wszystko, aby nie wiązać tej decyzji ze swoją osobą. Formalnie podjął ją jeszcze jako premier Viktor Orbán. Stało się to w momencie, gdy władze w Kijowie zapowiedziały przywrócenie dostaw ropy rurociągiem „Przyjaźń”, wstrzymanych w styczniu po rosyjskim ostrzale.
Również międzyrządowe konsultacje ekspertów toczyły się jeszcze za rządów Fideszu. W praktyce oznacza to, że poza wartą odnotowania zmianą retoryki – krytyką rosyjskich ataków oraz wezwaniem ambasadora Rosji do MSZ po ostrzale obwodu zakarpackiego – trudno mówić o jakimkolwiek realnym przełomie.
„Mamy mniejszość węgierską żyjącą w Ukrainie, która nie ma podstawowych praw. W Europie Środkowej w 2026 r. Mówimy o prawie do języka, do kultury, do autonomii administracyjnej. Mamy ponad 100 tys. Węgrów żyjących na Zakarpaciu bez podstawowych praw człowieka” – powiedział Péter Magyar w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” 22 maja.
Postulaty Tiszy sprowadzają się do przywrócenia stanu prawnego dla węgierskiej diaspory – liczącej dziś około 75-100 tys. osób – sprzed 2015 r. Chodzi przede wszystkim o cofnięcie konsekwencji ukraińskich ustaw o szkolnictwie oraz języku państwowym.
Warto przypomnieć, że podobna retoryka nie jest niczym nowym. Minęło 13 lat od momentu, gdy w maju 2014 r. Viktor Orbán stwierdził: „Ukraina nigdy nie będzie stabilna ani demokratyczna, jeśli nie zagwarantuje mniejszościom narodowym ją zamieszkującym, w tym Węgrom, tego, co im się należy. Całe państwo węgierskie popiera żądania autonomii dla Węgrów”.
We wrześniu 2017 r. ukraiński parlament uchwalił ustawę o edukacji, która stała się jednym z głównych źródeł konfliktu w relacjach węgiersko-ukraińskich. To właśnie od tego momentu Budapeszt rozpoczął blokowanie integracji Ukrainy z UE i NATO.
Sprzeciw władz węgierskich wywołały przede wszystkim zmiany dotyczące funkcjonowania szkolnictwa mniejszości narodowych. Nowe przepisy przewidywały, że nauczanie w języku mniejszości może odbywać się jedynie na poziomie przedszkolnym oraz w pierwszych czterech klasach szkoły podstawowej.
Od klasy V do XII jedynym językiem nauczania miał być ukraiński, natomiast języki mniejszości mogły funkcjonować wyłącznie jako przedmiot dodatkowy. W 2023 r. ustawę znowelizowano, dostosowując ją do wymogów unijnych. Przywrócono możliwość nauczania w języku danej mniejszości narodowej w przypadku mniejszości z państw UE oraz prawo do pełnego kształcenia średniego w tym języku – do XII klasy.
Uczniowie są jednak zobowiązani do uczestnictwa w zajęciach z języka ukraińskiego, a także przedmiotów takich jak literatura i historia, które prowadzone są wyłącznie w języku państwowym.
Czego domaga się strona węgierska? Przede wszystkim utrzymania szkolnictwa mniejszościowego jako de facto równoległego systemu edukacji – funkcjonującego w pełni w języku węgierskim.
Jeszcze do niedawna przedstawiciele mniejszości byli w stanie przejść wszystkie etapy kształcenia, łącznie ze studiami – m.in. na uniwersytecie w Użhorodzie – bez realnej potrzeby nauki języka ukraińskiego. Przez lata Budapeszt wspierał rozwój rozbudowanej sieci instytucji edukacyjnych wszystkich szczebli; obejmowała ona blisko sto placówek.
Dodatkowe napięcia wywołała ustawa językowa z 2019 r., która wprowadziła zapis, że jedynym oficjalnym językiem państwowym jest język ukraiński. Jego używanie stało się obowiązkowe w instytucjach państwowych, samorządach oraz szeroko rozumianej sferze publicznej (na przestrzeni lat ustawę znowelizowano, liberalizując ją w zakresie korzystania z języka w przestrzeni publicznej).
W Budapeszcie odebrano to jako kolejny krok wymierzony w mniejszość węgierską. Po raz pierwszy znacząca część tej społeczności musiała realnie opanować język państwowy. Wcześniej nierzadkie były przypadki osób żyjących w Ukrainie, które nie posługiwały się ukraińskim.
Równoległy porządek społeczny
Znam głosy, które bardzo pozytywnie oceniają stanowisko Węgier, wskazując na konieczność ochrony praw mniejszości narodowych. Warto jednak osadzić tę dyskusję w bliższych nam realiach.
Wyobraźmy sobie sytuację, w której rząd w Berlinie domaga się od Warszawy stworzenia na Opolszczyźnie w pełni odrębnego, niemieckojęzycznego systemu edukacji – obejmującego wszystkie poziomy kształcenia, od szkoły podstawowej aż po uczelnie wyższe – funkcjonującego w praktyce równolegle do polskiego systemu państwowego.
Systemu, który umożliwiałby dziesiątkom tysięcy obywateli przejście całej ścieżki edukacyjnej bez konieczności realnego opanowania języka polskiego czy pogłębionego kontaktu z polską historią i instytucjami państwa.
Trudno sobie wyobrazić, aby taka propozycja została w Polsce uznana za coś oczywistego czy w pełni uzasadnionego. Wręcz przeciwnie – najpewniej spotkałaby się z zarzutami o próbę tworzenia równoległego porządku społecznego i ograniczania spójności państwa. Z tej perspektywy łatwiej zrozumieć, dlaczego część postulatów Budapesztu budzi w Kijowie tak duże obawy.
„Normalizacja relacji” z pomocą Polski
Wicepremier Anita Orbán w niedawnym wywiadzie dla węgierskiego portalu Válasz Online podkreśliła, że dopóki rozmowy z Kijowem nie przyniosą konkretnych rezultatów, nie będzie również postępów w innych obszarach – w tym w kwestii przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej. Dodała przy tym, że decydujący głos przy formułowaniu rozwiązań będzie należał do węgierskiej społeczności na Zakarpaciu.
29 maja doszło do porozumienia między Brukselą a Budapesztem w sprawie odblokowania 16,4 mld euro. Jak podkreślili zarówno przewodnicząca Komisji Europejskiej, jak i premier Węgier, środki te nie są w żaden sposób uzależnione od polityki Budapesztu wobec akcesji Ukrainy.
Jednocześnie w węgierskich mediach pojawiają się opinie, że Kijów liczył na normalizację relacji z Węgrami przy wsparciu Polski. Nie ulega jednak wątpliwości, że napięcia wokół współczesnej polityki historycznej Ukrainy – które negatywnie wpływają na relacje polsko-ukraińskie – czynią taki scenariusz znacznie mniej prawdopodobnym.












