
Nagranie trafiło do sieci niedawno, prawie rok po zestrzeleniu samolotu, do którego doszło 7 lutego 2025 roku. Gdzieś nad obwodem donieckim, podczas wykonywania misji w rejonie miejscowości Kurachowe, poległ doświadczony pilot Su-25, pułkownik Władysław Rykow.
Gwałtowny koniec
Wszystko nagrała prawdopodobnie typowa kamera w rodzaju GoPro, zamontowana na jednym z pylonów, pod lewym skrzydłem maszyny. Ukraińscy piloci często je tam umieszczają. W sieci można znaleźć całe serie nagrań z tej perspektywy, w tym z tego właśnie samolotu „Niebieski 21” (oznaczenie widać pod kokpitem). Większość pokazuje loty na małej wysokości do rejonu celu, następnie odpalenie rakiet niekierowanych, zrzuty bomb i ucieczkę w kierunku bazy. Tym razem operacja skończyła się tragicznie trafieniem rosyjskiej rakiety.
Pocisk musiał być duży, ponieważ trafienie niemal dosłownie rozerwało Su-25 na kawałki, a jest to bardzo solidna i odporna maszyna. Pęd powietrza dokończył dzieła zniszczenia. W ciągu kilku sekund od trafienia chmura szczątków, częściowo płonących, spadła na pola. Pilot miał nikłe szanse na ratunek, o ile nie zginął natychmiast raniony odłamkami wybuchającej rakiety. Widać, że owiewka nad jego głową została rozerwana. Kamera zamontowana pod skrzydłem jednak przetrwała i trafienie, i upadek. Dość długo toczyła się po polu, dzięki czemu najpewniej znalazła się daleko od ognia i uniknęła spłonięcia.
Można przypuszczać, że nagranie z niej zostało upublicznione przez kolegów lub rodzinę rok później z szacunku do lotnika i jego bliskich. Napis widoczny na nagraniu to „Nie romantyzuj zawodu lotnika”.
Poległy pułkownik (pośmiertnie awansowany) Rykow był doświadczonym pilotem z 299. Brygady Lotnictwa Taktycznego. Podczas wojny wykonał 385 lotów bojowych. Otrzymał sześć odznaczeń za odwagę, a pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy, najwyższe ukraińskie odznaczenie wojskowe. Pełnił funkcję zastępcy dowódcy brygady, zajmującego się szkoleniem. Zostawił żonę i siedmioletnią córkę.
Zdjęcia z pogrzebu pilota
Śmiertelne zagrożenie z dystansu
Nagranie z zestrzelonego samolotu dobrze ilustruje warunki, w których latają ukraińscy piloci. Zwłaszcza ci na Su-25. Ich maszyny to samoloty szturmowe, przystosowane do ataków z małych dystansów na cele w rejonie linii frontu przy pomocy działka, rakiet niekierowanych i bomb (od niedawna też francuskich bomb naprowadzanych Hammer). Su-25 w związku z tym są silnie opancerzone (jak na samoloty) i odporne na uszkodzenia od ognia karabinów, działek czy lekkich rakiet przeciwlotniczych. Muszą wlatywać w przestrzeń, gdzie są one poważnym zagrożeniem. Chcąc użyć swojego uzbrojenia, nie mają wyboru i muszą się zbliżyć na odległość maksymalnie kilku kilometrów od wroga.
Ponieważ w tej wojnie obie strony od początku dysponowały dużą ilością lekkich rakiet przeciwlotniczych, odpalanych z ramienia (MANPADS), lotnicy tak rosyjscy, jak i ukraińscy, ograniczają się do wykonywania przy pomocy Su-25 właściwie jedynego rodzaju ataków. Na małej wysokości podlatują nad front, starając się uniknąć wykrycia, po czym w odległości kilku kilometrów od celu gwałtownie podrywają maszynę, odpalają salwę rakiet niekierowanych i natychmiast zawracają, zaczynając ucieczkę, „przytulając” ziemię. Podobnie przeprowadzają takie ataki śmigłowce. Pomimo trzymania się małej wysokości, tego rodzaju misje pozostają bardzo ryzykownymi. Pokazują to straty. Su-25 są najczęściej niszczonymi maszynami w trakcie tej wojny. Według blogu Oryx Rosjanie stracili ich już 29. Ukraińcy 21 (choć największe straty po stronie ukraińskiej w samolotach to znacznie szerzej używane MiG-29 – 32 sztuki na ziemi i w powietrzu). Niestety skuteczność tego rodzaju ataków jest bardzo dyskusyjna, ale w praktyce piloci Su-25 nie mają innej możliwości działania. Sytuację poprawiła integracja ukraińskich maszyn tego typu z bombami Hammer, bo te są naprowadzane i mają silnik rakietowy umożliwiający ich zrzut z odległości nawet kilkunastu kilometrów od frontu.
Kanał na Youtube, który wrzucał nagrania z misji bojowych ukraińskich Su-25. W tym „niebieskiej 21”. Przestał zamieszczać nowe w styczniu 2025 roku. Możliwe, że prowadził go płk Rykow
To konkretne nagranie pokazuje jednak, jak duże zagrożenie nieustannie czyha na wszystkich ukraińskich lotników starających się zbliżyć do linii frontu. Chodzi o rosyjskie rakiety powietrze-powietrze i ziemia-powietrze dalekiego zasięgu. Z nagrania nie sposób wydedukować, jaka konkretnie była tym razem. Najczęściej przewijająca się w komentarzach i opisach jest jednak R-37M. To rakieta powietrze-powietrze dalekiego zasięgu, przenoszona przez rosyjskie myśliwce MiG-31 i Su-35. Od początku główna nemezis ukraińskich pilotów. Pocisk ma zasięg przekraczający 200 kilometrów i umożliwia Rosjanom odpalanie go z głębi swojego terytorium. Do tego ma wysoką prędkość przelotową, skracając czas na reakcję. Krążące na dużej wysokości MiG-31 i Su-35 mają radary wyspecjalizowane do poszukiwania celów, latających nisko na tle ziemi. Sama R-37 dopiero po znalezieniu się bardzo blisko celu uruchamia własny radar i dokonuje ostatecznego naprowadzenia się. Daje to ostrzelanemu pilotowi minimalne okno czasowe na reakcję rzędu sekund. Według relacji ukraińskich lotników często w praktyce jest tak, że jeśli nie dostaną ostrzeżenia o odpaleniu R-37M i nie zaczną od razu uciekać, wykonując intensywne manewry, to jest bardzo prawdopodobne, iż zostaną trafieni. Najczęściej ostrzeżenie dostają, co zmusza ich do porzucenia misji i ratowania życia. To jest największa korzyść dla Rosjan z używania tych pocisków.
Jest możliwe, że płk Rykow był jednym z tych pechowców, których zawczasu nie ostrzeżono. Jest też możliwe, że padł ofiarą jakichś naziemnych systemów przeciwlotniczych, którym jakoś udało się go namierzyć pomimo lotu na małej wysokości. Tych Rosjanie mają całą gamę, ale sądząc po sile eksplozji musiałby to być jeden z tych większych, jak S-300/400.
Pomimo wszystko walczą
Niezmiennie wymowny pozostaje fakt, że ukraińskie lotnictwo w ogóle funkcjonuje w czwartym roku wojny z Rosją. Przed jej rozpoczęciem mało który ze specjalistów orzekłby, że będzie to możliwe. Na papierze rosyjskie lotnictwo i obrona przeciwlotnicza mają przytłaczającą przewagę. Na szczęście Rosjanie dobitnie potwierdzili trafność powiedzenia „papier wszystko przyjmie”. Ich lotnictwo okazało się znacznie gorzej wyszkolone, dowodzone i wyposażone niż przypuszczano. Tak samo obrona przeciwlotnicza. Odnosi się to właściwie w pewnym stopniu do całych sił zbrojnych. Co więcej, pomimo upływu czasu i licznych doświadczeń, rosyjskie lotnictwo nie zdołało jakoś istotnie poprawić swojej skuteczności. Ogranicza się głównie do zrzucania z bezpiecznej odległości bomb szybujących i odpalania również z dystansu rakiet powietrze-powietrze. Bez wlatywania nad tereny kontrolowane przez Ukraińców.
Ci natomiast wykazali się dużymi umiejętnościami działania w rozproszeniu i ciągłego zmieniania baz, aby uniknąć wykrycia i zniszczenia przez rosyjskie rakiety dalekiego zasięgu. Do tego otrzymali istotne wsparcie od NATO, liczące już blisko setki samolotów różnych typów, znacznych ilości amunicji lotniczej i przede wszystkim integracji jej zachodnich modeli z poradzieckimi samolotami. Znacząco podniosło to skuteczność bojową niektórych z nich, bo najczęściej otrzymały możliwość używania nowocześniejszego uzbrojenia naprowadzanego. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że ukraińskie lotnictwo ma dzisiaj większy potencjał bojowy niż w momencie rozpoczęcia wojny. Pomimo utraty 108 maszyn w powietrzu i na ziemi.











