-
Weekendowe protesty „No Kings” zgromadziły ponad 8 milionów ludzi sprzeciwiających się Donaldowi Trumpowi i jego polityce.
-
Prof. Bohdan Szklarski stwierdza, że protesty mogą stworzyć przestrzeń do wyłonienia nowych liderów opozycyjnych wobec Trumpa, ale same w sobie nie zagrożą jego władzy.
-
Zdaniem eksperta przekaz prezydenta USA jest niespójny.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Ponad 8 milionów ludzi, na ponad 3300 wydarzeniach, we wszystkich 50 stanach – to bilans weekendowych protestów przeciwko Donaldowi Trumpowi – relacjonuje „The Guardian”. BBC dodaje, że oprócz prezydenta demonstranci krytykowali jego politykę imigracyjną, udział w wojnie z Iranem i rosnące koszty życia.
To trzeci cykl protestów w ciągu roku. Według organizatorów – tym razem manifestacje były największe. Inicjatywa „No Kings” (Bez królów – red.) to pomysł organizacji Indivisible Project. Ma jednoczyć ruchy przeciwne autorytaryzmowi – mówi „Guardianowi” dyrektor grupy Leah Greenberg.
Na transparentach pojawiły się hasła wzywające Trumpa do rezygnacji albo wręcz aresztowania prezydenta USA. Czy protesty mogą zagrozić Trumpowi?
– Z tego będzie coś wynikać, jeśli pojawi się alternatywna narracja dla Trumpa. Pozytywny przekaz. Nie tylko sam sprzeciw, to za mało. W 2024 roku widzieliśmy w wyborach, że to nie zadziałało – mówi Interii prof. Bohdan Szklarski z Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. Dodaje, że sam protest nie pokona Trumpa. Może być jednak przestrzenią, która wyłoni jego konkurentów. Liczba mnoga jest tutaj istotna.
Miliony na protestach „No Kings” w USA. Przestrzeń dla demokratów
Rzeczniczka Białego Domu Abigail Jackson stwierdziła, że protesty „No Kings” to „sesje terapeutyczne ludzi cierpiących na zaburzenia na punkcie Trumpa”.
– Jako kanalizowanie emocji i pokazywanie niechęci protesty mają sens. Ale to jest tylko fundament, na którym trzeba zbudować coś konstruktywnego – komentuje prof. Szklarski. Podkreśla, że demonstracje są przestrzenią do politycznego zagospodarowania, choć nie jako casting na adwersarza Trumpa.
– Jeśli spodziewamy się, że tę przestrzeń zajmie ktoś, kto pojawi się jako alternatywny przywódca, to mrzonki. Nie tak działa amerykańska demokracja, ona nie centralizuje przekazu – wskazuje profesor. Dodaje, że ten argument jest problemem również dla Trumpa, który przekaz centralizuje i odbiera sobie szanse na zdobycie wyborców w lokalnych sprawach.

Tymczasem przeciwni Trumpowi demokraci wciąż nie mają jednej wyrazistej postaci, która mogłaby przeciwstawić się prezydentowi.
Z jednej strony to źle, bo partia potrzebuje silnego przywództwa. Z drugiej ich rozbicie i brak spójnej narracji może posłużyć wyłonieniu lokalnych liderów, którzy powalczą jesienią. W listopadzie Amerykanie zagłosują w wyborach śródokresowych, rozstrzygających o podziale sił w Kongresie.
Wybory łączą się z potencjałem protestów „No Kings”, które mogą być polityczną szansą demokratów. – To ma być oddolny ruch. Protesty powinny być kontynuowane i powinny pozwolić zaistnieć lokalnym postaciom, które albo już wiedzą, że będą kandydatami demokratów na kongresmenów, albo dopiero nimi zostaną. Prawybory kandydatów trwają w tej chwili w lokalnych społecznościach i to okazja dla takich ludzi, żeby stać się przywódcami oporu – wskazuje prof. Szklarski.
Tymczasem Trump brnie w narrację, która jest obciążeniem również w jego elektoracie.
Królewski Donald Trump. „Przekaz kulturowo niespójny”
Dziesiątki transparentów na weekendowych protestach przedstawiały wizerunek Trumpa w koronie. Prześmiewczo, karykaturalnie, jako sprzeciw wobec autorytaryzmu. Natomiast sam prezydent wizerunku korony nie unika. W lutym Biały Dom opublikował fałszywą okładkę magazynu „Time” z grafiką Donalda Trumpa w koronie.
– Sam się tak widzi. Trump mówi: ja, ja, ja. Jest bardzo wałęsowski w swoich narracjach – komentuje prof. Szklarski, nawiązując do stylu autoprezentacji byłego prezydenta Polski.
– Trump uważa się za sprawcę. Wszyscy ludzie, którzy teoretycznie zajmują poważne pozycje decyzyjne w administracji, ministrowie, szefowie komisji, zawsze zarzekają się, że ostateczne słowo należy do prezydenta. Stawiają się w roli dworu, który popiera przywódcę. Królewskość Trumpa jest bardzo celnie podkreślana. Może miało to być na początku zabawne, ale tak zostało – mówi dalej.
Dla prezydenta i republikanów taka narracja może okazać się brzemienna w skutkach. – Teraz mamy 250. rocznicę Deklaracji Niepodległości, która była zestawem haseł antykrólewskich, ale nie przeciwko osobiście królowi Jerzemu, tylko przeciwko centralizacji władzy, która nie słucha i zawsze wie lepiej – wskazuje profesor.
Trumpersi stoją wobec faktu popierania przywódcy, który tak naprawdę głosi rozumienie demokracji niezgody z amerykańską tradycją
Ekspert dodaje, że sprzeciw wobec centralizacji władzy jest silnie obecny w amerykańskiej kulturze politycznej. – W związku z tym trumpersi stoją wobec faktu popierania przywódcy, który tak naprawdę głosi rozumienie demokracji niezgody z amerykańską tradycją. Hasła protestujących, którzy używają słowa „król”, uderzają w dobre tony, bo mieści się to doskonale w amerykańskiej tradycji – uważa Bohdan Szklarski.
Specjalista podkreśla również, że każdy prezydent USA musi tonować przekonanie, że władza federalna rozwiąże każdy problem, bo przeciwna strategia działa jedynie w obliczu dużych kryzysów gospodarczych. – Obywatele byli gotowi zaakceptować to w 2008 roku albo w latach 30. Wtedy silny rząd federalny jako czynnik sprawczy miał rozwiązać problemy. Ale w tej chwili nie mamy takiej sytuacji w Stanach Zjednoczonych. Stąd przekaz Trumpa jest kulturowo niespójny – komentuje nasz rozmówca.
Tymczasem Biały Dom proponuje inne przykaz. Nierzadko dosyć zaskakujący.
Kreskówki w Białym Domu
Media społecznościowe Białego Domu w ostatnich tygodniach zapełniły się grafikami generowanymi przez sztuczną inteligencję, kreskówkowymi filmami z Trumpem albo nagraniami z uderzeń w Iranie, przemieszanymi z podkładem muzycznym popularnych piosenek. Czy nowy rodzaj treści przyciągnie młodego wyborcę?
– To jest tak nietypowe i wygląda podręcznikowo na zasadzie: młodzi ludzie lubią obrazki, komiksy, nawiązania do popkultury, to przemieszamy filmy z uderzeniem rakiety ze zdjęciami z filmu. To nie wygląda profesjonalnie i nie sądzę, żeby miało efekt przyciągający – ocenia prof. Szklarski.
– Co najwyżej te treści dają taki efekt, że przez chwilę o nich mówimy. Ale jako o czymś nietypowym. Tylko to zupełne pomieszanie fikcji z rzeczywistością w demokracji. Nie podejrzewam, żeby to miało ludzi przyciągnąć do oddania głosu albo przejścia na stronę nadawcy tego typu komunikatu. On może być odebrany jako fajny, śmieszny, zabawny. Natomiast myślę, że to nie przekłada się na polityczną skuteczność mierzoną poparciem – podsumowuje rozmówca Interii.
Przed kilkoma dniami stacja Fox News opublikowała sondaż poparcia dla prezydenta. Pozytywnie Trumpa ocenia 41 proc. Amerykanów. 59 proc. jest niezadowolonych z jego działań. Waszyngtońska gazeta „The Hill” wskazuje, że liczba przeciwników jest rekordowa w ujęciu obu kadencji Trumpa.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na [email protected]
-
Trump szykuje rewolucję w NATO, w tle zadra po odmowie sojuszników. Media ujawniają
-
Zwrot ws. ultimatum Trumpa. „Na prośbę irańskiego rządu”













