-
Kanclerz Niemiec i premier Włoch sygnalizują potrzebę modyfikacji systemu ETS, który stał się dominującym instrumentem polityki klimatycznej UE.
-
Włochy oraz ministrowie przemysłu 11 krajów UE domagają się gruntownej przebudowy reguł ETS, argumentując zagrożenie dla przemysłu i energetyki.
-
System ETS generuje niestabilność i presję na wzrost cen uprawnień do emisji CO2, utrudniając europejskim firmom konkurowanie, podczas gdy Chiny utrzymują niższe koszty.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
– Ten system nie ma służyć do generowania nowych dochodów. Został wprowadzony po to, aby ograniczyć emisję CO2, a jednocześnie umożliwić przedsiębiorstwom przejście na produkcję wolną od niej – ogłosił podczas swego wystąpienia w Antwerpii 11 lutego 2026 r. kanclerz Niemiec Friedrich Merz.
– Jeśli więc nie da się tego osiągnąć i jeśli nie jest to właściwe narzędzie, powinniśmy być bardzo otwarci na jego rewizję – zadeklarował.
Czym wywołał w Niemczech konsternację, bo dla socjaldemokratów tworzących koalicyjny rząd z CDU/CSU, a także dla Zielonych ETS to świętość. Podobnie jak dla przytłaczającej większości niemieckich mediów. Ponieważ system handlu emisjami to główny instrument polityki klimatycznej Unii Europejskiej.
Jego ojcem chrzestnym był kanclerz Gerhard Schröder, a Angela Merkel oparła na nim całą transformację energetyczną – Energiewende.
Tymczasem w sukurs Merzowi przyszła, bardzo dobrze kooperująca z Berlinem, Giorgia Meloni. Pani premier nie ograniczyła się tylko do oświadczeń, ale poparła je czynami.
„Włochy ogłosiły już plany subsydiowania firm energetycznych w sposób, który podważyłby istotę systemu ETS” – zaalarmował 26 lutego serwis „Politico” i dodał: „w czwartek posunęły się jeszcze dalej, żądając od Brukseli całkowitego zawieszenia mechanizmu przed szerszym przeglądem tej polityki, który odbędzie się jeszcze w tym roku”.
To, co robią Merz i Meloni, ośmieliło innych do podniesienia ręki na unijną świętość. Zatem ministrowie przemysłu 11 krajów UE (Włoch, Austrii, Chorwacji, Czech, Francji, Niemiec, Luksemburga, Polski, Portugalii, Słowacji i Hiszpanii) wydali wspólne oświadczenie od konieczności gruntownej przebudowy reguł ETS.
Jeśli to nie nastąpi, kraje Unii w ciągu pięciu najbliższych lat zlikwidują nie tylko elektrownie węglowe ale też:
-
swój przemysł chemiczny,
-
huty, stalownie,
-
cementownie
-
i kilka innych gałęzi gospodarki.
Racja więc zdaje się być po stronie apelujących. Ale niekoniecznie oznacza to pewność sukcesu. Ponieważ ETS to twór, który już żyje własnym życiem i potrafi walczyć o przetrwanie.
ETS. Podatek z instynktem zabójcy
Każdy klasyczny podatek (np. dochodowy, akcyza, VAT, etc.) znajduje się pod kontrolą państwa. Rząd może nim zarządzać, płatnicy znają wysokość stawek i są uprzedzani o zmianach. Daje im to szansę dokładnego oszacowywania kosztów oraz dostosowania się do zmiany.
W demokratycznym państwie obywatele mają też prawo do sprzeciwu, jeśli nakładający podatki posunie się o jeden most za daleko. To jeden z fundamentów umowy społecznej.
W przypadku ETS, choć każdy obywatel ponosi jego koszty w cenach energii, towarów i usług, rzecz wygląda dokładnie na odwrót. A to dlatego, że jest on nie tyle podatkiem, co instrumentem finansowym. Na dokładkę wymyślonym w epoce triumfów neoliberalizmu oraz globalizacji.
Gdyby szukać prawdziwego ojca monstrum, które obecnie chwyciło za gardło europejską energetykę i przemysł, to należało by wskazać … prawnika C. Boydena Graya. Będąc doradcą prezydenta George’a Busha seniora, razem z zespołem ekonomistów przygotował w 1990 r. poprawki do starej ustawy o czystym powietrzu (Clean Air Act). Mechanizm, jaki wymyślił Gray, powstał po to, by zmusić w USA firmy do redukowania emisji tlenków siarki.
Rząd USA generował uprawnienie do wysyłania SO2 lub SO3 do ziemskiej atmosfery. Ów papier trafiał na giełdę. Emitent musiał go kupować, ale mógł też odsprzedawać. Inni zaś mogli nimi obracać jak innymi papierami wartościowymi. Tak zarabiając na spekulowaniu.
Haczyk polegał na tym, że po pierwsze wytworzenie tlenków siarki oznaczało, iż papier znikał. Zaś rząd stopniowo redukował emisję nowych pozwoleń. To podbijało na giełdzie ich cenę, zaś gracze, spekulując papierem, dbali, żeby firma emitująca niechciany gaz nigdy nie mogła spać spokojnie.
Zatem przedsiębiorstwa wydawały olbrzymie kwoty na instalacje do wychwytywania tlenków siarki, bo bardziej im się to kalkulowało, niż pozostawanie w szalonym systemie. Zwłaszcza gdy wraz z ubywaniem pozwoleń ich cena stawała się coraz bardziej nieprzewidywalna. A swym skokiem mogła doprowadzić nagle do bankructwa uczestnika gry. Największe szanse na przeżycie miał ten, kto nie grał.
Amerykański instrument finansowy w 2005 r. wprowadzono w Unii Europejskiej, acz w odniesieniu do dwutlenku węgla. Choć jest on pochodnym każdego rodzaju spalania, do tego niezwykle trudnym do masowego utylizowania czy zmagazynowania. Zatem stawia płatnika podatku przed nieporównywalnie większym wyzwaniem niż tlenki siarki. Początkowo jednak nikt się tym nie przejął.
Sercem European Union Emissions Trading System uczyniono giełdę energii w Lipsku (EEX). To na niej państwa oraz firmy emitujące CO2 handlują posiadanymi uprawnieniami. Trafiają one też na tamtejszy rynek wtórny, padając łupem funduszy inwestycyjnych i innych graczy. Koszt ich zakupu jest zmienny i trudny do przewidzenia.
W roku 2025 ceny uprawnień na aukcjach EEX wahały się w przedziale 60-80 euro za tonę CO2. Jak dotąd rekordową cenę odnotowano 21 lutego 2023 r. i wynosiła 101,25 euro.
Jest zatem drogo, ale nie tak brutalnie, jak bywało z tlenkami siarki w USA w latach 90. Jednak zgodnie z planami Komisji Europejskiej ma się to w tym roku zmienić.
W europejskim prawie klimatycznym zapisano bowiem, że do 2030 r. emisja dwutlenku węgla zostanie zredukowana o 55 proc. w stosunku do 1990 r. Zostało pięć lat, a brakuje do wypełnienia planu całe 14 proc. Musi zatem polać się krew.
W tym roku z parkietu EEX zostanie wycofanych jednym pociągnięciem 27 mln uprawnień. Znikną też darmowe, którymi mogły się nacieszyć m.in. linie lotnicze. Po czym każdego roku liczba znajdujących się w obrocie uprawnień będzie redukowana ok. cztery proc. Aby oszacować efekt takich działań, nie trzeba dokonywać wielkiego wysiłku. Mają go już za sobą analitycy funduszy inwestycyjnych, śledzący planowane zmiany.
Zatem należy zajrzeć do prospektów dla inwestorów, jakie udostępnią fundusze specjalizujące się w zarabianiu na ETS-ach jak iShares (należący do BlackRock), czy KraneShares. Analitycy tego ostatniego już w raporcie z czerwca 2025 r. obiecali, że w 2027 r. w handlu uprawnieniami do emisji w Unii „nadejdzie punkt krytyczny i roczny popyt przewyższy podaż o około 18 proc.„. Zatem przewidują olbrzymią presję na wzrost ceny.
O ile ona wzrośnie – szacunki są róże. Oscylują między 130 euro za tonę CO2 do nawet 200 euro zaraz po roku 2030 – wedle analityków BloombergNEF. Jeśli fundusze inwestycyjne się przyłożą ze spekulowaniem, to może być i wyżej.
Tak się składa, że system ETS w 2021 r. wprowadziły u siebie Chiny. Ale Państwo Środka kantuje. Mianowicie ilekroć cena uprawnień do emisji rośnie, operator systemu dosypuje pozwoleń i utrzymuje ich cenę na poziomie ok. 10 euro za tonę CO2. Zatem jest szansa, że za dwa lata firmy w Unii będą płacić „podatek węglowy” 10 razy wyższy niż w Chinach, albo i 15 razy. Wtedy też wejdzie na rynek ETS-2 i obejmie resztę podmiotów emitujących gazy cieplarniane.
Acz będzie to przejściowe, bo zważywszy na postępujący spadek ekonomicznej konkurencyjności Europy, proces od fazy płacenia szybko przejdzie się do fazy ewakuacji największych płatników do Chin i USA lub ich zgonów.
Wobec tak niewesołych perspektyw logiczną decyzją wydawałoby się porzucenie szczytowego osiągnięcia ekonomii neoliberalnej i likwidacja całego systemu. Zastępując ETS klasycznym podatkiem nakładanym wedle prostych i zrozumiałych dla wszystkich reguł. Do tego przewidywalnym i podlegającym jurysdykcji demokratycznie wybieranych organów. Rządów państw UE lub Parlamentu Europejskiego, które określałby jego wysokości.
Takie rozwiązanie podcięłoby od razu kilka elementów, podtrzymujących przy życiu nasze monstrum. Sprzedaż posiadanych pakietów ETS generuje bowiem stałe dochody do budżetów państw, a te bardzo ich łakną. W przypadku Niemiec to ponad 21 mld euro rocznie, zaś Polski niecałe 4 mld.
Nadal zachowano by presję na to, żeby obniżać emisję CO2, acz bez masowego eksterminowania emitujących. Niestety tak proste rozwiązanie jawi się jako najtrudniejsze do realizacji. Oznaczałoby bowiem wykonanie egzekucji na instrumencie finansowym, a ten nie ma najmniejszej ochoty zniknąć. Jego niezależne życie sprawiło, że stał się trwałem elementem polaryzacji sceny politycznej i walki liberalnych elit z ruchami populistycznymi.
Im bardziej partie określane mianem populistycznych chcą zgonu ETS, tym mocniej partie głównego nurtu go bronią. Ofiarą tej prawidłowości padł Merz. On nie może zabić czegoś, co zniszczyć pragnie AfD, bo tak doprowadziłby do rozpadu koalicji i upadku rządu. Może tylko modyfikować.
Jest też drugi element podtrzymujący przy życiu system. Jego likwidacja przyniosłaby trudne do oszacowania, acz na pewno spore straty ludziom i firmom, którzy bardzo strat nie lubią.
Dla przykładu jedynie fundusz iShares trzyma obecnie ok. 1,4 mld dolarów w papierach związanych z rynkiem pozwoleń na emisję CO2. Jego fundusz matka BlackRock do niedawna lokował ok. bilion dolarów w inwestycje związane z polityką klimatyczną na całym globie.
Teraz rządy krajów Unii miałyby tak po prostu zniszczyć perspektywiczny biznes, bez oglądania się na dobro najbogatszych ludzi na świecie. Owszem, na drugiej szali zaczyna wisieć ekonomiczna pomyślność Starego Kontynentu. Jednak skoro już stworzyliśmy monstrum, to trzeba zrozumieć, iż ono bardzo chce żyć.













