Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Za półtora miesiąca wybory prezydenckie, ale niektóre sztaby dopiero się budzą.
Józef Zych: Kampania rozpoczęła się o wiele za wcześnie, dlatego nie ma napięcia, jak było kiedyś przed wyborami. Nie wydaje się, aby w najbliższym czasie wybuchła ogólnopolska euforia.
Polaków nie interesują wybory?
Społeczeństwo jest zróżnicowane, część nie wie, jakie ostatecznie zajmie stanowisko 18 maja.
Dlaczego?
To wina kandydatów. W przeszłości przyglądałem się z bliska wyborom prezydenckim, a w 1995 roku moja partia trzykrotnie zbierała się, aby skłonić mnie do startowania na prezydenta.
W sondażach miałem 74 proc. poparcia i wyprzedzałem Aleksandra Kwaśniewskiego.
A jednak pan nie wystartował. Patrząc z perspektywy niedoszłego kandydata, co pana razi u dzisiejszych polityków, którzy chcą zawalczyć o Pałac Prezydencki?
Obietnice!
Bez pokrycia?
Kandydaci nie do końca wiedzą, jakie realne możliwości prawnego działania ma prezydent. Dlatego proponują rozwiązania, np. w sprawie podatków, które są nie do zrealizowania. Prezydent ma duże kompetencje i wpływ na proces legislacyjny, ale nawet jeśli przedstawi własny projekt ustawy, który następnie trafi do parlamentu, nie wszyscy zagłosują zgodnie z jego wolą.
Dziwne, że społeczeństwo nie zwraca uwagi na te deklaracje, nie pyta, jak pan X czy Y zamierza je realizować. A więc kampania to łapanie się za modne hasła.
Aborcja też jest modnym hasłem kampanii? Nawiązuje tu do słów Mentzena, sprzeciwiającego się aborcji nawet w sytuacjach skrajnych, jak w wyniku gwałtu, który w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim nazwał „nieprzyjemnością”.