Paulina Cywka, „Wprost”: Co pana w ogóle skłoniło do napisania książki o prawach pacjenta?
Mateusz Sieradzan: Zażenowanie tym, jak mało wiemy na ten temat. To jest moja, można powiedzieć, subiektywna opinia, ale kiedy patrzę na wyniki dostępnych badań (w Polsce jest ich niewiele) oraz coroczne sprawozdania Rzecznika Praw Pacjenta, to mam poczucie, że ta opinia ma umocowanie w rzeczywistości.
A kiedy po raz pierwszy zdał pan sobie sprawę z tego, że Polacy często nie znają swoich praw jako pacjenci?
To był długi proces. Ta refleksja przyszła równolegle z czasem, gdy pracowałem na SOR-ze. Zacząłem więcej obserwować i mieć większą uważność na to, co się dzieje, jak wygląda podejście do pacjentów i z czym pacjenci się stykają.
Równocześnie sam kilka razy byłem pacjentem albo rodziną pacjenta. Postanowiłem „wyjść z butów medycznych” i lepiej zrozumieć perspektywę pacjenta. A po trzecie — i to jest chyba najistotniejsze — zacząłem dostawać mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy często po prostu nie mają komu o tym powiedzieć. Wiele z tych historii wynika z poczucia, że pacjent jest w pozycji niższej niż medyk.
Kiedy zacząłem je czytać, zrozumiałem jak różne są to sytuacje i zdałem sobie sprawę, że jest ich naprawdę dużo. Nawet jeśli część jest źle zinterpretowana albo nieprawdziwa — bo na pewno tak bywa — to i tak uważam, że to poważny sygnał od ludzi, którzy zetknęli się z łamaniem praw pacjenta.
Z czego może pana zdaniem wynikać łamanie praw pacjenta?













