Wszystko to wydarzyło się w nieco ponad tydzień. Huti najpierw zaczęli szeroko zakrojoną ofensywę lądową w Jemenie, która w ciągu kilku dni złamała ich przeciwników wspieranych przez Arabię Saudyjską. Później od razu przeszli do bezpośrednich ataków na królestwo. Na zdjęciach satelitarnych widać, że najpewniej trafili w kluczowy ropociąg Wschód-Zachód, służący do omijania irańskiej blokady cieśniny Ormuz. Ceny ropy na rynkach szybko rosną, a do tego Huti właśnie zyskują znaczny wpływ na drugą kluczową cieśninę bliskowschodnią – Bab Al-Mandab. Udało im się nawet przeprowadzić desanty na położone w jej środku wyspy.

Jak domek z kart

Wszystko to istotnie wpływa na całą bliskowschodnią układankę, w której centrum jest wojna USA z Iranem. Oba te państwa bezpośrednio nie są zaangażowane w to konkretne starcie, ale pośrednio owszem, a jego wynik jest dla nich bardzo ważny. Wszystko wskazuje na to, że zdecydowanie górą w nim jest Iran, istotnie osłabiając pozycję administracji Donalda Trumpa i jego regionalnych sojuszników. Zwłaszcza Arabii Saudyjskiej. Według amerykańskiego portalu „Axios” król tegoż państwa w czwartek dwukrotnie w trybie alarmowym dzwonił do Trumpa i apelował o jego pomoc. Prezydent USA miał jednak odmówić.

Sytuacja dla Saudów stała się natomiast w zaskakująco szybkim tempie bardzo zła. Są oni zaangażowani w wojnę domową w Jemenie od jej początku w 2014 roku. Wspierają w niej szeroki sojusz ugrupowań i bojówek tworzących coś, co jest aktualnie uznawane przez ONZ za legalne władze kraju. Po drugiej stronie mają ruch Hutich, wydatnie wspierany przez Iran. Dla Saudów i Irańczyków jest to wojna zastępcza w ich konflikcie o regionalne przywództwo. Arabia Saudyjska wraz z koalicją sprzymierzonych państw arabskich zaangażowała się nawet bezpośrednio w konflikt w 2015 roku, bombardując Hutich i prowadząc ofensywę lądową. Pomimo teoretycznej znaczącej przewagi w ilości i jakości uzbrojenia, Arabowie nie zdołali jednak pokonać bojówki wspieranej przez Iran. Od około 2019 roku intensywniejsze walki ustały i do niedawna trwało bardzo kruche, ale jednak zawieszenie broni. Dopiero w czerwcu tego roku bojówki wspierane przez Saudów przeprowadziły pierwsze większe ataki na Hutich, co ci uznali za bezpośrednią agresję Arabii Saudyjskiej i poprzysięgli odwet. Właśnie widzimy skutki.

3 września Huti ogłosili rozpoczęcie szerokiej ofensywy. Wspierane przez Saudów siły rządowe szybko oznajmiły, że odparły wstępne uderzenia i same przeszły do kontrofensywy. Miały ruszyć na dawną stolicę Jemenu, będącą od ponad dekady w rękach Hutich- Saanę. Przez kolejne dni podawały komunikaty o tym, że zajmują kolejne wsie i miasteczka. Huti donosili, że w walkę otwarcie zaangażowało się saudyjskie lotnictwo i trwają duże dostawy broni dla ich wrogów. Wyglądało, jakby to oni mieli problem. Wszystko gwałtownie odwróciło się 10 września. Tego dnia nagle zaczęły napływać doniesienia, wskazujące na to, że doszło do rozsypania się sił rządowych w rejonach na wybrzeżu Morza Czerwonego. Huti w błyskawicznym tempie zaczęli zajmować ogromne przestrzenie, o które wcześniej walki trwały latami. Zdołali nawet w środę przeprowadzić desant na jedną z ważnych wysp w archipelagu Hanisz na środku morza i zajęli ją. Następnego dnia pojawiła się informacja, że zajęli też inną wyspę – Perim, położoną prawie na środku cieśniny Bab Al-Mandab. Jak podała agencja AFP, siły rządowe uciekły z niej w środę, a w czwartek zjawiły się łodzie Hutich. Tym samym bojówkarze opanowali praktycznie całe wybrzeże Morza Czerwonego w Jemenie. Coś, co nie udało im się przez lata walk, osiągnęli w ciągu kilku dni. Katastrofa wspieranych przez Saudyjczyków sił rządowych jest ogromna. Najwyraźniej doszło do ich załamania na szerokim froncie. Cofały się w takim tempie i w takim nieładzie, że Huti wrzucają teraz do sieci nagrania z przejmowanych w stanie nietkniętym składów broni i amunicji dostarczonej z Arabii Saudyjskiej.

Regionalne i globalne efekty

Zaskakujący blitzkrieg Hutich ma dalekosiężne skutki. Najpoważniejsze dla Arabii Saudyjskiej, która z dnia na dzień straciła w Jemenie ogromną część swoich wpływów i sponsorowanych przez siebie sił. Prawdopodobnie nie rozsypią się one całkowicie, bo są złożoną koalicją różnych lokalnych bojówek oraz najemników, jednak można założyć, iż po takim nagłym ciosie będą miały problem z morale oraz spójnością. Huti prawdopodobnie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i będą próbowali maksymalnie wykorzystać moment zamieszania w szeregach wroga. Ważnym elementem układanki jest też sponsorowane przez Zjednoczone Emiraty Arabskie ugrupowanie określane STC (anglojęzyczny skrót od Południowej Rady Tymczasowej). Przez lata działało w ramach koalicji wrogów Hutich, jednak w 2025 roku doszło do rozłamu i zaatakowało część bojówek wspieranych przez Saudów, aby osiągnąć swój cel stworzenia separatystycznego Południowego Jemenu. Po początkowych sukcesach zostało jednak pobite przy wydatnym wsparciu Arabii Saudyjskiej i się rozwiązało. W ogólnym rozrachunku osłabiło to front walki z Hutimi, co może być jednym z istotnych czynników umożliwiających im obecny sukces. Zwolennicy STC jednak nie zniknęli, a ich głównym centrum oporu było strategiczne miasto Aden, do którego Huti właśnie gwałtownie się przybliżyli. Pogrobowcy ugrupowania finansowanego przez ZEA mogą chcieć wykorzystać chaos.

Jednocześnie Huti od ponad tygodnia prowadzą kampanię uderzeń rakietami i dronami na różne cele w Arabii Saudyjskiej. Głównie na południowym zachodzie królestwa w regionach najbliższych terenom przez siebie kontrolowanych. Saudowie tradycyjnie nie informują szczegółowo o skutkach ataków, przyznając jedynie, że były wymierzone częściowo w infrastrukturę związaną z wydobyciem surowców i doprowadziły do zaburzeń w jej działaniu. Do tego miały ranić kilkudziesięciu cywili, w tym kobiety i dzieci. To, czego nie mówią oficjalnie Saudowie, widać jednak z kosmosu. W czwartek satelity obserwacyjne pokazały ogromne pożary i chmurę dymu ciągnącą się na ponad sto kilometrów w miejscu przebiegu strategicznego ropociągu Wschód-Zachód w rejonie Medyny.

To on jest kluczowym narzędziem Arabii Saudyjskiej do unikania problemów z irańską blokadą cieśniny Hormuz. Umożliwia pompowanie 7 milionów baryłek ropy dziennie z pól naftowych na wschodzie królestwa do portu Janubu na wybrzeżu Morza Czerwonego. Zakłócenie jego działania ma ogromne znaczenie nie tylko dla gospodarki Arabii Saudyjskiej, ale globalnej, która już od miesięcy cierpi na niedobór ropy wywołany wojną USA i Izraela z Iranem. Nie ma jeszcze pewności, czy rzeczywiście ropociąg został uszkodzony i w jakim stopniu, jednak niezależnie od tego ceny ropy na światowych rynkach szybko rosną i za baryłkę Brent trzeba zapłacić dobrze ponad 100 dolarów.

Wszystko to jest ogromnym sukcesem dla Iranu, który od ponad dekady wydatnie wspomaga Hutich. Do tej pory Irańczycy byli w stanie poważnie zakłócać ruch w cieśninie Ormuz, wywierając dużą presję na USA poprzez podwyższanie cen surowców na rynkach globalnych. Teraz sprzymierzeni z Teheranem bojówkarze zyskali wpływ na drugą kluczową bliskowschodnią cieśninę w stopniu, jakiego nie mieli nigdy (ostatni raz kontrolowali prawie całe wybrzeże ponad dekadę temu i wówczas nie mieli takiego arsenału dronów oraz rakiet). Będą mogli w dalszym stopniu zaburzyć rynek surowców. Zwłaszcza że już w lipcu w reakcji na wznowienie walk z Saudami i ich bojówkami, ogłosili blokadę morską Arabii Saudyjskiej. Zaczęli atakować statki związane z tym państwem, zwłaszcza saudyjskie tankowce. Teraz będą mogli to robić nieporównywalnie skuteczniej, bo kontrolują strategiczne wyspy w rejonie cieśniny Bab al-Mandab i wybrzeże w jej najwęższej części. Choć jednocześnie zapewniają, że jednostki innych państw (poza Izraelem) mają zagwarantowane bezpieczeństwo.

Przekłada się to na problemy dla Trumpa, niemogącego zakończyć wojny z Iranem w zadowalający go sposób. Ceny ropy tylko urosną w następstwie sukcesów Hutich, oznaczając jeszcze wyższe ceny paliw w amerykańskich dystrybutorach tuż przed wyborami połówkowymi do Kongresu jesienią. Dodatkowo postawa Teheranu najpewniej tylko się usztywni i jego skłonność do kompromisu zmniejszy. Amerykanie nie mają dobrego narzędzia do poradzenia sobie z tą sytuacją. Hutich bombardowali już wielokrotnie. Ostatni raz wiosną 2025 roku. Trump ogłosił wówczas, że Huti „skapitulowali” przed USA i dlatego zawarto rozejm. Bojówkarze oceniali sytuację zupełnie odmiennie. Faktem jest, że Huti od ponad dekady ze zmiennym natężeniem są pod bombami to Arabów, to Amerykanów, to Izraelczyków i z incydentalnym udziałem Europejczyków. Skuteczność tych ataków widać jak na dłoni. Można wątpić, że kolejna kampania nalotów cokolwiek zmieni, a żadne państwo po niepowodzeniach Arabów w minionej dekadzie, nie przejawia chęci wysyłania wojsk lądowych do Jemenu. Choć nie można wykluczyć, że Amerykanie jednak zdecydują się pomóc Saudom i wyślą jakieś ograniczone siły do zajęcia choćby wysepek na Morzu Czerwonym. Oznaczałoby to jednak zaangażowanie się w kolejną wojnę w sytuacji kiedy nie można się wyplątać z tej pierwszej.

Share.
Exit mobile version