
„W łazience paliło się światło, drzwi były lekko przymknięte. Brunatne plamy pokrywały kafelki na ścianie i podłodze. W wannie stał duży pojemnik, przypominał mi taki pojemnik na mięso, jak u rzeźnika. Wystawały z niego kikuty nóg, bez stóp. Korpus z głową też leżały w tym pojemniku. W rogu wanny paliła się świeczka. Więcej już nie patrzyłem” – zeznał policjant, który 15 lutego 2009 roku jako pierwszy wszedł do mieszkania na pierwszym piętrze bloku przy ulicy Chłodnej 15 w Warszawie.
Urocza Beata
Przemysław poznał Beatę na początku lat dwutysięcznych. Pracował w jednej z dużych warszawskich korporacji taksówkarskich i pewnej nocy po prostu ją gdzieś wiózł. Z rozmowy dowiedział się, że jest – jak sam mówi – „panią do towarzystwa”.
– A jakbym ci dała swój numer telefonu, to woziłbyś mnie, jak będę potrzebowała? – zagaiła Beata.
Zgodził się bez wahania. Najpierw był tylko szoferem, wkrótce stał się przyjacielem, codziennym wsparciem. Pochodząca z Radzymina kobieta miała w rodzinnej miejscowości dwójkę dorosłych dzieci i wnuczkę, ale w Warszawie żyła samotnie. Dzwoniła więc do Przemysława, gdy potrzebowała odświeżyć mieszkanie, coś naprawić albo po prostu się wygadać. Nigdy jej nie odmawiał, bardzo Beatę lubił. – Była urocza – zeznał.
15 lutego też był u niej w domu. Zadzwoniła zrozpaczona w środku dnia. – Przemku, wymieniłam samodzielnie klamkę w drzwiach do łazienki, ale zrobiłam to tak niezdarnie, że drzwi się zatrzasnęły! Pomożesz? – spytała. Przyjechał. Wtedy mu powiedziała, że wieczorem jedzie do nowego klienta, na Chłodną 15. Umówili się, że on ją tam zawiezie.
Bądź za godzinę
Podjechał o 17.50, bo klient zamówił usługę na osiemnastą. – Układ był taki, że Beata dawała znać, o której mam po nią przyjechać z powrotem. Najczęściej wiedziała, czy to będzie godzina, czy dłużej. A jak nie wiedziała, ile zabawi, to pisała mi SMS-a. Tamtego dnia wysiadając z mojego samochodu na Chłodnej, dała mi kartkę z imieniem tego człowieka, jego numerem telefonu oraz adresem. To miał być jakiś Sławek – relacjonował policjantom taksówkarz. Widział, jak 42-latka wchodzi do klatki. Chwilę później dostał od niej wiadomość o treści: „O.K. Bądź za godzinę”. Przemysławowi nie opłacało się odjeżdżać, więc zaparkował pod blokiem i czekał.
– Gdy o 19 nie wyszła przed budynek, zacząłem się niepokoić. To zdarzyło się po raz pierwszy. Telefon miała włączony, ale nikt go nie odbierał. Podjąłem kilka, może kilkanaście prób połączenia. Dzwoniłem też na numer tego Sławka, był wyłączony. Na poczcie głosowej usłyszałem głos młodego mężczyzny – pamiętał.
Taksówkarz spanikował. – Nie wiedziałem, co robić. Bałem się, że się wygłupię, jak pójdę do tego lokalu, w końcu jestem dla Beaty obcą osobą. Ale poszedłem. Nikt nie otwierał, nie było też słychać żadnych krzyków. Udało mi się ustalić, które okna mogą należeć do tego lokalu, żeby przyjrzeć się sytuacji z zewnątrz. W mieszkaniu było ciemno. Pojechałem nawet do jej mieszkania. Przyszło mi przez myśl, że Beata wróciła do swojego mieszkania w jakiś inny sposób, ale tam też jej nie było. Wkrótce jej telefon zamilkł. Postanowiłem powiadomić policję – przyznał.
Przemysław czuł, że musi pojechać na komendę, bo przez telefon ktoś mógłby uznać go za wariata. Sam nie był pewien, czy nie zwariował, doszukując się w milczeniu Beaty czegoś niepokojącego.
Notatka policyjna: „15 lutego 2009 roku o 22.15 do Sekcji Prewencji KRP Warszawa 1 przy Dzielnej 12 zgłosił się Przemysław P. i powiadomił, że zwiózł panienkę na Chłodną 15 i miał po nią przyjechać za godzinę. Będąc na miejscu stwierdził, ze w mieszkaniu są zgaszone światła, a telefon kobiety jest wyłączony. Zaniepokojony sytuacją przyjechał na najbliższy posterunek policji w obawie, ze dziewczynie mogło się cos stać”.
Taksówkarz podkreślał, że klient, z którym spotkała się Beata, to pierwsza nowa osoba od wielu miesięcy. Kobieta stale odwiedzała tych samych mężczyzn w Warszawie i okolicach. Wszystko dokumentowała w grubym zeszycie. Wśród nich byli biznesmeni, sędziowie, fani pieszczot oralnych, tacy, którzy lubili dominować lub być zdominowani. Sporadycznie dołączał ktoś nowy, kto natrafił na jej erotyczne ogłoszenie w „Życiu Warszawy”.
Nowy lokator
Pod blok na Chłodnej podjechał radiowóz. – Doszliśmy do korytarza na pierwszym piętrze, ale krata była zamknięta. Upierałem się, żeby do tego lokalu wejść na siłę, bo nikt nie otwierał. Sąsiadka powiedziała nam, że pod tym numerem mieszka nowy lokator, nic o nim nie wiedziała – relacjonował przejęty taksówkarz. Wezwano strażaków, którzy udostępnili policjantom drabinę. Jeden z funkcjonariuszy wdrapał się na górę i przez uchylone okno wsadził głowę do mieszkania. Dokładnie w tym momencie do lokalu wszedł młody chłopak. – Czemu pan nie otwiera? Proszę natychmiast otworzyć drzwi! – zarządził mundurowy. W tym czasie pozostali policjanci udali się na górę. Zobaczyli pulchnego mężczyznę, który biegł korytarzem.
„Stój, policja!” – krzyczeli, ale ten człowiek uciekał. – Policjanci biegli za nim, a ja, nie wiem dlaczego, też zacząłem biec z nimi. W końcu mężczyzna się zatrzymał. Widziałem, że był zakrwawiony – zeznał Przemysław.
– Gdzie jest dziewczyna, która tu przyjechała? – dopytywał mundurowy.
– Jaka dziewczyna? Ja nic nie zrobiłem! – wrzasnął młodzieniec, by za chwilę wyjąkać, że osoba, o którą jest pytany, nie żyje. – Jak przyszedłem, to już tak było! – dodał.
Dominika
Życie dzielił z Dominiką, szkolną miłością. Poznali się w liceum w Wyszkowie. Zrobiła na nim wrażenie, była piękna i tajemnicza, inna niż koleżanki. Szybko stali się nierozłączni, choć głównie dlatego, że ona tak chciała. Dominika miała silny charakter, nie znosiła sprzeciwu. Była też o niego bardzo zazdrosna, kontrolująca. Lubiła wydawać rozkazy, ustawiać Jonasza pod swoje widzimisię. A on się jej słuchał, przypominała mu trochę jego kochającą i bardzo wymagającą matkę, która uważała, że syn jest „leniwym miśkiem” i trzeba go ciągle pilnować.
Jonasz lubił robić zdjęcia, rysować i jeździć na BMX-ie. Mama angażowała go w pracę na rzecz swojej gazety, publikował tam czasem fotografie, pisał notki z lokalnych wydarzeń. W szkole był miernym uczniem, denerwował nauczycieli, bo był głośny i nieskoncentrowany na zajęciach. Nie miał przyjaciół, raczej mu dokuczano, więc trzymał się na uboczu.
Dominika stała się jego bratnią duszą. Razem wagarowali, ubierali się na czarno, słuchali ciężkiej muzyki, spędzali godziny miziając się w mieszkaniu jej matki. Buntownicy, raczej nieszkodliwi. Matka Jonasza, szefowa gazety, nie była tym związkiem zachwycona. „Tylko Dominika i Dominika. Nie zdasz matury!” – martwiła się. Ale zdał i to całkiem nieźle. Dostał się do Szkoły Głównej Służby Pożarniczej, bo mama chciała, żeby miał dobry zawód. Był duży, silny. Na strażaka w sam raz. Ale nie zaliczył nawet pierwszego semestru, nie podszedł do egzaminów i bał się powiedzieć rodzicom. Próbował później jeszcze raz podejść do studiów. Bez sukcesów.
W Warszawie mieszkali z Dominiką, najpierw w kawalerce przy ulicy Bartoszewicza, blisko Starówki. W lutym 2009 roku podjęli decyzję o zmianie. Wynajęli dwupokojowe mieszkanie przy Chłodnej. Nieco zniszczone, z kuchnią i łazienką do remontu, ale właścicielka obiecała zainwestować. 11 lutego ojciec Jonasza przyjechał do Warszawy, żeby pomóc młodym przewozić rzeczy oraz żółwie i kota, którymi się zajmowali. Później wszyscy wrócili do Wyszkowa. Dominika wybierała się z mamą na narty do Zakopanego, a on obiecał grzecznie siedzieć w rodzinnym domu. W niedzielę, około południa, nie wytrzymał. – Chciałem nakarmić zwierzęta i odpocząć od rodziców – wyznał. Trochę się bał, jak Dominika zareaguje, ale dziewczyna nie miała własnej komórki i nie mogła go skontrolować. Zorientuje się dopiero, gdy wróci do Wyszkowa – pomyślał. Będzie miał upragniony spokój.
„Zaprosiłem dziwkę”
Do Warszawy dotarł około godziny 14. – Zrobiłem sobie jedzenie i chciałem się napić herbaty. Kubek był zawinięty w kawałek gazety. Zacząłem czytać. Były tam ogłoszenia motoryzacyjne i towarzyskie. Kiedyś dzwoniliśmy z kolegami do takich kobiet dla żartów. Wiedziałem, ze mojej dziewczyny nie będzie w Warszawie.
Nudziłem się, chciałem sobie poprawić humor, dzwoniąc w ten sam sposób, co kiedyś. Zaprosiłem dziwkę do siebie. Podałem jej adres, numer telefonu i pierwsze imię, jakie przyszło mi do głowy – relacjonował.
Sławek to imię poprzedniego lokatora mieszkania, które teraz zajmował on z Dominiką. Mężczyzny poszukiwanego przez policję. Idealna przykrywka dla przyszłego mordercy.
Beata powiedziała, że za zwykły numerek bierze 300 złotych za godzinę, udziwnienia jak pejcze, sztuczne penisy, sado-maso, to co najmniej 500 złotych. Dopytywał nie tylko o koszt, ale także o zasady. Przyjedziesz sama czy z ochroniarzem? – drążył. Mówił, że boi się chłopaków z miasta. Widział kiedyś, jak pobili faceta, który zamówił taką usługę. Ale ona była szczera. – Przyjadę taksówką, nie pracuję w agencji – usłyszał w odpowiedzi. Miała być u niego o 19. Prosił, żeby dała znać, jak będzie pod blokiem, to po nią wyjdzie.
– Czekając na nią oglądałem jakiś film – wyjaśnił w prokuraturze. Film nie był „jakiś”. Produkcja o gwałconej i mordowanej kobiecie. Sadystyczne porno nakręciło 20-latka, masturbował się i zadzwonił do Beaty, żeby przyjechała wcześniej. Był bardzo podekscytowany.
Seria niefortunnych zdarzeń
W śledztwie Jonasz przedstawił kilka różnych wersji zdarzeń. Twierdził na przykład, że chciał zrezygnować z usług Beaty, bo zorientował się, że nie ma pieniędzy, żeby zapłacić jej za seks. Rozważał ucieczkę z mieszkania chwilę przed jej przyjazdem i gdy był gotowy do wyjścia, spotkał ją w drzwiach. „Cześć, to ja” – powiedziała. Spanikował. – Powiedziałem jej, że to był żart i mi przykro. Ona nalegała, żebym ją wpuścił. W końcu się wkurwiła i zaczęła wyzywać mnie od gnojów, więc zaproponowałem, że zapłacę jej za taksówkę. Podniosła na mnie rękę. Złapałem ją i przewróciłem tak, że upadła na podłogę. Chyba potknęła się o moje nogi. Zobaczyłem krew – zmyślał. Beata się nie ruszała. – Dla mnie ona już wtedy nie żyła – dodał.
– Usiadłem obok i zastanawiałem się, co mam zrobić. Rozważałem nawet wezwanie karetki, ale bałem się, że to będzie oznaczało dalsze kłopoty – przyznał.
Opróżnił torebkę Beaty i pociął należące do niej dokumenty. Spakował je do worka na śmieci. Pociął też ubranie kobiety. Twierdził, że w ten sposób rozebrał zwłoki, których zamierzał się pozbyć, bo wciąż utrzymywał, że nie spółkował z ofiarą.
Nieprzytomną, nagą kobietę chwycił pod pachy i zawlókł do łazienki. Chciał ją wrzucić do wanny, ale rzekomo nie mógł sobie poradzić. Trudno w to uwierzyć, bo 42-latka była bardzo szczupła, a on ważył ponad 100 kg i nie brakowało mu siły. Jonasz przekonywał policjantów, że właśnie po to, żeby umieścić zwłoki w wannie, skorzystał z łańcucha, a właściwie domowej roboty uprzęży do seksu sado-maso, którą uszyła Dominika.
– Zawiązałem jej łańcuch na dłoniach, wszedłem do wanny i ciągnąłem , ale on się rozplątał. Później założyłem jej pętlę na szyję. Wydaje mi się, że usłyszałem oddech, jakieś syczenie. W końcu włożyłem ją, do wanny głową w kierunku odpływu – opowiadał.
„Zaświtała mi taka myśl”
Beata leżała w wannie, a on kręcił się po mieszkaniu. Najprawdopodobniej również wtedy się onanizował, w mieszkaniu w różnych miejscach ujawniono później ślady jego nasienia.
– Poszedłem do kuchni napić się coli. W tym momencie zobaczyłem na blacie noże i jedyną możliwością, jaka zaświtała mi w głowie było to, że mogę ją pociąć i ukryć to ciało.
Wziąłem więc pierwszy lepszy nóż i wolnym krokiem poszedłem do łazienki. Zastanawiałem się, co i w jaki sposób mam zrobić. Na początku bezskutecznie próbowałem przeciąć skórę na wysokości łączenia ręki z barkiem, ale stwierdziłem, ze nie dam rady. Potem dalsze czynności były automatyczne – mówił. Przekonywał śledczych, że musiał „przełamać się psychicznie”, żeby pokroić ciało. – Odłączałem skórę od kości, drobno siekałem i spuszczałem w toalecie – wyjaśnił. Najprawdopodobniej wtedy zapalił świeczkę zapachową i otworzył okna w mieszkaniu. Nie spodziewał się, że patroszone zwłoki mogą mieć tak intensywny zapach i naiwnie wierzył, że się go pozbędzie.
Kobieta nie miała dłoni i stóp, skóry po prawej stronie tułowia oraz piersi. Jonasz S. wyjął także wnętrzności. Nacinał jej krocze i poderżnął gardło. Wszystkie te nacięcia zostały zadane po śmierci. Za życia 42-latka była bita po twarzy i duszona. To ostatnie było właśnie przyczyną śmierci. I – według biegłych – nie było to duszenie dłonią, tylko właśnie na przykład łańcuchem.
Jonasz był zmęczony rozczłonkowywaniem zwłok, a toaleta, do której wrzucał kolejne fragmenty ofiary, zaczęła się zapychać. Założył kurtkę i wyszedł na mróz. W reklamówce miał „kawałki tej kobiety i jakieś jej rzeczy”. Chciał je wyrzucić do śmietnika na przystanku, na który akurat podjechał tramwaj. W ostatniej chwili wskoczył do wagonu i dojechał na Stare Miasto, nad Wisłę. Część rzeczy cisnął do wody stojąc na moście Śląsko-Dąbrowskim. Pozbył się w ten sposób m.in. wnętrzności, dłoni i stóp ofiary. Później zszedł na nabrzeże i utopił telefon Beaty. Snuł się tam przez jakiś czas, rzucał śnieżkami w filar.
– Wracałem kawałek pieszo, potrzebowałem się przejść. Po drodze rozmawiałem przez telefon z ojcem, któremu wyjaśniłem, że dziś do Wyszkowa już nie przyjadę – mówił. O 22.53 wsiadł do ostatniego autobusu linii 150 i pojechał w kierunku Woli. Na Chłodnej był kwadrans później. – Pod blokiem była cisza, nie widziałem radiowozów. Ale tuż po przekroczeniu progu mieszkania zobaczyłem policjanta w oknie. Powiedział, że mam czekać na wejście funkcjonariuszy. Zwłoki ciągle leżały w wannie. Złapałem je, wrzuciłem do pojemnika i zacząłem uciekać. Szybko zrozumiałem, że nie ma to sensu – przyznał.
Jak napisać książkę?
Dwa dni później Jonasz S. siedział już w celi warszawskiego aresztu, podejrzany o zabójstwo z premedytacją. Bestialstwo 20-latka wstrząsnęło jego rodzinnym Wyszkowem, w mieście huczało od plotek na temat sprawcy i jego rodziny. Ale rodzice się od niego nie odwrócili. Wysyłali mu do więzienia gazety i książki, o które prosił w listach. Chciał czytać „Imię Róży”, „Pana Samochodzika”, opowiadania Andrzeja Sapkowskiego, a także książkę przygotowującą do kursu na prawo jazdy i poradnik „Jak napisać książkę”, gazetę „Kawaii” i miesięcznik dla mężczyzn „Logo”.
Prokurator Izabela Dołgań-Szymańska powołała biegłych, którzy mieli ocenić poczytalność Jonasza S. Czy wiedział, co czyni i miał zachowaną zdolność pokierowania swoim zachowaniem? A może dokonał tak okrutnego i niezrozumiałego czynu, bo jest chory psychicznie? Po badaniu, a następnie obserwacji sądowo-psychiatrycznej zespół ekspertów ocenił, że wyszkowianin może stanąć przed sądem, bo był poczytalny. Ze skierowanego do sądu w październiku 2009 roku aktu oskarżenia wynika, że seksuolog nie doszukał się u niego zaburzeń sfery seksualnej, żadnej parafilii, którą można by było tłumaczyć duszenie kobiety i pastwienie się nad jej ciałem.
Proces ruszył w marcu 2010 roku, ale toczył się z wyłączeniem jawności. Okoliczności zbrodni były tak bulwersujące, że nawet oskarżyciel nie widział powodu, by rozstrzygać te kwestie publicznie. Jonasz S. przed sędziami Aliną Sobczak-Barańską i Małgorzatą Janicz zdobył się na przyznanie do czegoś, co wcześniej konsekwetnie wypierał. Wyznał, że chciał spławić Beatę, ale namówiła go, żeby dał jej szansę. „Piętnaście minut nikogo nie zbawi” – miała kokietować. – Pomiędzy mną, a pokrzywdzoną doszło do stosunki oralnego, w czasie którego przyduszałem ją rękami. Nie pamiętam jak, nie pamiętam na jakiej wysokości. Stosunek był dobrowolny. Nie doszło między nami do rękoczynów. To co mówiłem wcześniej nie było prawdą. Nie pamiętam niektórych rzeczy, byłem bardzo zdenerwowany. Ja tego nie planowałem, nie chciałem nic zrobić. Ja się kochałem tak z moją dziewczyną. Ona lubiła takie podduszanki. Jakoś tak wyszło… Nie panowałem nad tym, co robię. Nigdy nie byłem aż tak zestresowany – wyjąkał.
– Co się stało po tym przyduszaniu? – pytał pełnomocnik rodziny ofiary.
– Upadła – skwitował.
Na większość pytań odpowiadał: „nie wiem”, „nie pamiętam”, co prokuratura uznała za przyjętą linię obrony. O stosunku oralnym „przypomniał” sobie zapewne dlatego, że w toku śledztwa eksperci stwierdzili, że w jamie ustnej Beaty była sperma Jonasza S.
Łagodny barbarzyńca
Prokurator Izabela Dołgań-Szymańska chciała dla S. dożywocia bez możliwości warunkowego przedterminowego zwolnienia. Była przekonana, że 20-latek zwabił Beatę wiedząc, że zrobi jej krzywdę. Nie mógł chcieć jej zapłacić nawet najniższej stawki za świadczone przez nią usługi, ani zwrócić pieniędzy za taksówkę. Podczas zatrzymania miał przy sobie 14,20 zł. Nie wystarczyłoby na nic. Szykował też sobie alibi, zanim jeszcze doszło do zbrodni. Podał się przecież za poprzedniego lokatora, poszukiwanego przez policję Sławka, aby na niego skierować ewentualne podejrzenia organów ścigania.
Obrońca walczył, by sąd uznał nieumyślne działanie podsądnego. – Działał pod wpływem strachu. To co później zrobił z ciałem pokrzywdzonej nie może być podstawą żądania kary dożywotniego pozbawienia wolności – grzmiał mecenas. Oskarżony mówił, że żałuje i sąd tę jego skruchę docenił.
25 maja 2010 roku sędzia Alina Sobczak-Barańska, po burzliwej naradzie, ogłosiła wyrok, który zbulwersował opinię publiczną. Zabójca Beaty został uznany za winnego, ale intencje sprawcy ocenione zostały nad wyraz łagodnie.
– To było zabójstwo z zamiarem ewentualnym – uznał sąd i wymierzył Jonaszowi S. karę 15 lat pozbawienia wolności, zastrzegając, że o warunkowe przedterminowe zwolnienie będzie mógł się ubiegać dopiero po 10 latach odsiadki. Sędzia podkreślała, że „gdyby Jonasz S. był sprawcą działającym z zamiarem premedytowanym użyłyby innych narzędzi niż dość prymitywnych nożyczek, być może pomyślałby o wywiezieniu zwłok pokrzywdzonej. Rozkawałkowywanie ciała dorosłej kobiety w niewielkiej łazience i wrzucanie ich do toalety wskazuje raczej na brak jakiegokolwiek namysłu, niż na przemyślany plan – napisała w uzasadnieniu wyroku. Sędzia Sobczak-Barańska zauważyła, że Jonasz S. w barbarzyński sposób obszedł się z ciałem ofiary, ale „zadanie tych obrażeń nie było powiązane z maltretowaniem”.
– Obowiązkiem sądu jest w sposób wolny od emocji wyważyć stopień zawinienia oskarżonego, by kara nie przekroczyła stopnia winy. Trafna reakcja karna nie może być utożsamiana ze zmiennymi podglądami opinii publicznej co do surowości orzekanych kar. Dożywocie byłoby nadmiarowe, nie uwzględniałoby okoliczności łagodzących – argumentowała sędzia.
Proces do poprawki
Wyrok z maja 2010 roku został uchylony dzięki apelacji złożonej przez prokurator Dołgań-Szymańską, która zwróciła uwagę, że sąd wybiórczo ocenił materiał dowodowy, w tym obrażenia pokrzywdzonej, nie weryfikując nawet, czy mogło do nich dojść w taki sposób, jak opisywał Jonasz S. Pojawiły się też wątpliwości dotyczące opinii seksuologicznej. W powtórce procesu zostali powołani nowi biegli, którzy wnikliwie przyjrzeli się motywacji i ciągotom sprawcy.
Wybitny seksuolog dr Wiesław Czernikiewicz powiedział w sądzie, że dopatrzył się u Jonasza S. negatywnego nastawienia do kobiet już od pierwszych słów, jakie padły po zatrzymaniu. Mówił o ofierze „dziwka”, która go „wkurwiła”.
U młodego mężczyzny zaobserwowano skłonności sadystyczne połączone z psychopatyczną osobowością. – Naciął szyję, odciął pierś, nacinał krocze – to zachowanie charakterystyczne dla skrajnych sadystów, zabójców kobiet. Panowanie nad kobietą jest istotą sadyzmu seksualnego – argumentował ekspert podczas rozprawy przed sądem.
Dr Czernikiewicz był przekonany, że nawet paląca się w łazience przy wannie świeczka, mogła mieć rytualne znaczenie. – To forma zadośćuczynienia ofierze za to, że została pozbawiona życia. Takie rytualne zachowanie jest niezbędnym elementem do tego, aby śmierć zamordowanej kobiety w pełni zaspokajała sadystyczne potrzeby sprawcy – przekonywał. Dla biegłego nie bez znaczenia był także wybór sadystycznego filmu pornograficznego, który Jonasz S. oglądał przed przyjazdem Beaty. Treść tego filmu mogła być podniecająca i stanowić uzasadnienie dla podjętych później działań. Biegły nie wykluczał, że Jonasz S. mówił prawdę wyjaśniając, że chciał uciec z domu przed przyjazdem kobiety. – Pragnął tego spotkania i jednocześnie się go bał, dlatego chciał uciec. Wiedział, co się stanie – ocenił ekspert.
Biegli wyjaśnili, że osoby tak zaburzone jak Jonasz S. mają ograniczoną zdolność pokierowania swoim zachowaniem, bo gdy zatopią się w realizacji swoich fantazji, wpadają w pewnego rodzaju trans, podobny do zachowań kompulsywnych, i ciężko to przerwać. Trudno powiedzieć, czy świadomie planował zabójstwo. Możliwe, że po prostu od dawna intensywnie fantazjował o takim akcie, dążył do stworzenia odpowiedniej sytuacji, aby mógł się zrealizować.
– Jest duże prawdopodobieństwo, że te zachowania mogą się powtórzyć. Ale przy kolejnych czynach sprawca ma świadomość tego, co się stanie i działa bardziej przemyślanie – stwierdził dr Czernikiewicz.
Sąd jeszcze na koniec procesu zarządził konfrontację zespołu biegłych dr Czernikiewicza z zespołem dr Andrzeja Depko, który wydawał opinię seksuologiczną podczas pierwszego procesu. Eksperci ostatecznie stwierdzili, że ich rozważania wzajemnie się nie wykluczają, tylko wnioski zespołu Czernikiewicza są bardziej daleko idące. Najwyższym biegłym musiał okazać się sąd.
Dożywocie pod choinkę
W grudniu 2011 roku, na dzień przed świętami Bożego Narodzenia, sędziowie Izabela Ledzion i Ireneusz Szulewicz wydali wyrok skrajnie różniący się od wyroku ogłoszonego rok wcześniej przez Alinę Sobczak-Barańską. Jonasz S. został skazany na dożywotnie pozbawienie wolności, przy uwzględnieniu wszystkich potencjalnie łagodzących okoliczności, jak jego dotychczasowa niekaralność czy złożenie wyjaśnień częściowo uznanych za wiarygodne. Sędziowie Ledzion i Szulewicz – odwołując się do wniosków doktora Czernikiewicza – uznali, że był to najprawdopodobniej mord z lubieżności, i „rozluźnienie wszelkich hamulców moralnych”.
„Nawet jeśli Jonasz S. przed zdarzeniem nie miał do końca świadomości swoich preferencji seksualnych, to po już jest świadomy i może chcieć to powtórzyć. W ocenie sądu kara dożywotniego pozbawienia wolności jest adekwatna do stopnia zawinienia i społecznej szkodliwości popełnionego czynu” – napisano w uzasadnieniu.
Tekst powstał na podstawie analizy 11 tomów akt sprawy rozpoznawanej dwukrotnie przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Imiona świadków i pokrzywdzonej zostały zmienione.











