Od dnia inauguracji Donalda Trumpa na 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych służby imigracyjne zatrzymały ponad 113 tysięcy osób i wiele z nich deportowały – takie dane podaje Departament Bezpieczeństwa Krajowego. Donald Trump obiecywał pozbyć się groźnych przestępców przebywających w USA nielegalnie.
Tylko że w sieć zatrzymań i deportacji wpadają także ci, którzy są w USA legalnie, oraz ci, którzy twierdzą, że nie są członkami gangów, ale przed nimi uciekają. Służby przyznały się nawet do deportacyjnych pomyłek.
Deportowani przez przypadek
Był 12 marca Kilmar Abrego Garcia wraz ze swoim 5-letnim synem wychodził z jednego z centrów handlowych w Maryland, stanie, w którym mieszkał. Gdy był już z dzieckiem w samochodzie, nagle obok pojawili się funkcjonariusze służb imigracyjnych.
Mężczyzna został aresztowany, oskarżony o przynależność do gangu i deportowany do Salwadoru. Garcia pochodzi z Salwadoru, ale uciekł stamtąd przed laty właśnie ze względu na grożące mu gangi. Do USA dostał się nielegalnie. Założył rodzinę. Jego żona jest amerykańską obywatelką.
Co ciekawe, w 2019 roku, czyli za pierwszej kadencji Donalda Trumpa w Białym Domu, Garcia też był zatrzymany i również oskarżony o bycie członkiem gangu. Oskarżenie miało opierać się na utajnionych zeznaniach, o których wiadomo jedynie, że osoba je składająca twierdziła, że Garcia należał do MS-13, gdy mieszkał w Nowym Jorku. Problem polegał na tym, że Garcia nigdy w Nowym Jorku nie mieszkał.
W 2019 roku sędzia zajmujący się sprawą Garcii zakazał deportowania go kiedykolwiek do Salwadoru, bo uznał, że tam mężczyźnie, grozi niebezpieczeństwo.
Jednak teraz właśnie trafił on do najgorszego z możliwych więzień w Salwadorze.
Obecna administracja Donalda Trumpa przyznała, że nastąpiła pomyłka, jednak równocześnie jej przedstawiciele twierdzą, że już nic nie mogą zrobić, by Garcia wrócił do domu.
Adwokat Garcii – Simon Sandoval-Moshenberg twierdzi, że umywanie rąk przez służby imigracyjne, które deportację zorganizowały, jest skandalem, bo ich zachowanie stoi w całkowitej sprzeczności z decyzją sądu imigracyjnego sprzed 6 lat. Jeśli nie zostanie to naprawione, będzie to oznaczać, że „rząd może deportować kogokolwiek i kiedykolwiek chce” – twierdzi adwokat.
W piątek sąd federalny nakazał administracji USA zorganizowanie powrotu Garcii do domu. Sędzia chce, aby nastąpiło to najpóźniej w poniedziałek.
Takich pomyłek, które oznaczają całkowite zburzenie czyjegoś świata, jest więcej.
Andry Jose Hernandez Romero jest z Wenezueli. Uciekł, bo był prześladowany ze względu na swoją orientację seksualną. Jest homoseksualistą i jest teraz tam, gdzie Kilmar Abrego Garcia – w pilnie strzeżonym więzieniu w Salwadorze.
Służby imigracyjne stwierdziły, że Romero należy do gangu, bo ma wśród tatuaży napisy: „mama” i „tata”, a nad każdym z nich koronę, która miała być koronnym dowodem jego przestępczej przynależności. Mimo tłumaczeń, że korony nie mają nic wspólnego z gangiem, Romero został uznany za członka wenezuelskiego gangu Tren de Aragua.
Romero pochodzi z miasta Capacho w Wenezueli, które słynie z procesji z okazji Święta Trzech Króli i którego mieszkańcy w koronie widzą symbol tego święta oraz ich miasta.
„The Guardian” przytacza słowa szefa fundacji Trzech Króli w Capacho: – Większość mieszkańców miasta ma wytatuowane korony. Często dodają do nich także imiona ojca i matki. Mnóstwo ludzi tak robi, to jest nasza tradycja, która zaczęła się w 1917 roku.
Sprawa Romero zszokowała nawet Joe Rogana, autora niezwykle popularnego podcastu, który ma miliony subskrybentów i który popiera Donalda Trumpa. W jednym z odcinków podcastu Rogan stwierdził, że to, co stało się z Romero – osadzenie niewinnego z bandą groźnych przestępców – jest przerażające.
Mniej współczucia okazała za to jedna z prowadzących w telewizji Fox News, która stwierdziła, że jedna z jej koleżanek redakcyjnych zanudza ją tą sprawą, i że trudno zrozumieć całe wzburzenie, bo przecież nikt nikogo nie torturuje.
Jest jeszcze historia Jerce Reyesa, który też zniknął w salwadorskim więzieniu, bo na jednym z tatuaży ma piłkę z koroną, co, jak tłumaczył, ma przypominać logo Realu Madrytu, jego ulubionej drużyny. Jednak dla funkcjonariuszy imigracyjnych korona ponownie okazała się niezbitym dowodem przynależności do gangu Tren de Aragua.
Niektórzy deportowani trafili do Centro de Confinamiento del Terrorismo (CECOT), będącego dumą prezydenta Salwadoru Nayiba Bukele, który to gigantyczne więzienie otworzył kilka lat temu. To symbol jego walki z przestępczością.
CECOT to osiem olbrzymich hal, a w nich gigantyczne cele – w każdej nawet 70 więźniów – z jedną umywalką, toaletą i rzędami piętrowych łóżek, na których nie ma nawet materacy, bo w CECOT wygód nie ma. Więzienie może pomieścić nawet 40 tysięcy skazanych.
Trafiają do niego najgroźniejsi z groźnych. W więzieniu nie ma odwiedzin, a osadzeni nigdy nie wychodzą na dwór.
Minister sprawiedliwości Salwadoru stwierdził, że ci, którzy trafiają do CECOT, nigdy już nie wracają do społeczeństwa.
Współpraca Bukele i Trumpa ma kosztować USA sześć milionów dolarów rocznie. Na tyle swoje usługi więzienne wycenia Salwador. Donald Trump i jego współpracownicy z dumą regularnie donoszą o kolejnych deportowanych ze Stanów Zjednoczonych do Salwadoru.
Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt zapewnia, że wszyscy wysyłani do CECOT są dokładnie sprawdzani, a służby imigracyjne prowadzą szczegółowe dochodzenia, zanim kogokolwiek zidentyfikują jako członka gangu. Zapytana przez jednego z dziennikarzy, czy rzeczywiście kilka tatuaży wystarczy, aby kogoś zakwalifikować jako gangstera, odpowiedzi nie udzieliła. Oskarżyła za to pytającego o kwestionowanie odwagi funkcjonariuszy służb granicznych i obronę groźnych przestępców.
Prezydent Salwadoru jest dumny ze współpracy z administracją Donalda Trumpa, a Trump samego Bukele chwalił wiele razy, stawiając jego działania za wzór walki z przestępczością.
– Nie oszukujmy się. Prezydent Bukele robi to, o co prosi Waszyngton. Wystarczy poprosić, by wypuścił niesłusznie deportowanych – uważa adwokat Kilmar Abrego Garcii i dodaje: – Wystarczy, że ludzie z administracji powiedzą, że Bukele ma kogoś wypuścić i ten to zrobi. To naprawdę proste, trzeba tylko chcieć.
Na legalnych też przyszedł czas
Jest ich niemal 13 milionów. Żyją w USA od wielu lat. Mają zielone karty, które dają im prawo pobytu w Stanach Zjednoczonych, prawo pracy. Wiele osób ma małżonków będących obywatelami USA i chociaż nie są nielegalnymi imigrantami, to i na nich padł blady strach, bo także nimi zaczęły interesować się służby imigracyjne.
Fabian Schmidt pochodzi z Niemiec. W USA mieszka od 18 lat. Ma zieloną kartę. Nigdy nie przypuszczał, że któregoś dnia znajdzie się w areszcie imigracyjnym, a to właśnie tam trafił, gdy na lotnisku w Bostonie, wracając z wyjazdu do Niemiec, został zatrzymany przez służby imigracyjne. Matka Fabiana uważa, że jedyną przyczyną mogły być problemy syna sprzed lat, gdy mieszkał w Kalifornii i 10 lat temu musiał tłumaczyć się z posiadania marihuany. Jednak sprawa zakończyła się oddaleniem zarzutów. Schmidt w areszcie migracyjnym jest od początku marca.
Prawnicy migracyjni twierdzą, że odbierają coraz więcej telefonów od posiadaczy zielonych kart, którzy się boją opuszczać USA, bo nie wiedzą, czy zostaną wpuszczeni z powrotem. Ludzie rezygnują z wyjazdów do rodzin, nawet w tak dramatycznych sytuacjach jak pogrzeb kogoś bardzo bliskiego.
Mahmoud Khalil został aresztowany przez agentów imigracyjnych w swoim mieszkaniu. Khalil, Palestyńczyk z zieloną kartą, mąż Amerykanki, był organizatorem propalestyńskich protestów na nowojorskim Uniwersytecie Columbia. Khalilowi anulowano zieloną kartę, podobnie jak wizę studencką, której był posiadaczem i która była jego podstawą do wjazdu do USA.
Ci, którzy domagają się zwolnienia z aresztu Khalila, twierdzą, że jego zatrzymanie i możliwa deportacja to kara za niepopieranie proizraelskiej polityki USA. Jednak szef amerykańskiej dyplomacji Marco Rubio, pytany o sprawę, stwierdził, że jeśli Mahmoud Khalil ubiegając się o wizę studencką powiedziałby prawdę, że jest zwolennikiem Hamasu, to nigdy wizy by nie otrzymał, więc niech się nie dziwi, że jego prawo pobytu zostało anulowane.
Studencka wiza została też odebrana 30-letniej doktorantce z Turcji, Rumeysie Ozturk, która studiowała na Uniwersytecie Tufts w Massachusetts. Turczynka została aresztowana na ulicy. Nie była zaangażowana w organizację protestów, ale napisała do jednej z gazet felieton krytykujący władzę jej uniwersytetu za podejście do protestujących studentów i domagała się, aby uczelnia uznała, że w Strefie Gazy dochodzi do ludobójstwa.
Donald Trump już w czasie kampanii wyborczej zapowiedział, że wyrzuci z USA tych studentów cudzoziemców, którzy brali udział w propalestyńskich protestach, a od uczelni będzie wymagał zapewnienia, żeby do takich protestów już nie dopuszczą.
Po przylocie do Stanów Zjednoczonych każdego czeka rozmowa z funkcjonariuszem imigracyjnym. Trzeba odpowiedzieć na pytanie, jaki jest cel podróży, pobierane są odciski palców, robione zdjęcie. Niektórzy przepytujący są bardzo sympatyczni, inni to typowi służbiści. Jednak każdy, kto ma odpowiednie dokumenty i jest zwykłym podróżnym, nie miał się czego obawiać. Teraz jednak na podróżnych padł strach. W internecie krążą informacje o funkcjonariuszach imigracyjnych domagających się dostępu do telefonów i kont w mediach społecznościowych tych, którzy chcą wjechać do USA. Zgodnie z prawem służby mogą to robić i robiły zawsze, jednak teraz podobno na większą skalę i często także wobec obywateli państw, z którymi USA tradycyjnie utrzymywały bardzo dobre relacje.
Niektóre kraje, np. Finlandia, Dania, Irlandia czy Niemcy, wydały ostrzeżenia dotyczące podróży do USA. Chodzi przede wszystkim o nowe zasady dotyczące płci. Jednym z pierwszych rozporządzeń wydanych przez Donalda Trumpa po objęciu urzędu było bowiem wprowadzenie zasady, że uznawane są tylko dwie płcie: męska i żeńska.
Dlatego niektóre kraje już instruują swoich obywateli jadących do Stanów Zjednoczonych, żeby zaznaczyli w dokumentach płeć zgodnie z tą, która została im przypisana po urodzeniu, inaczej mogą mieć problemy na amerykańskiej granicy.
W związku z różnymi przypadkami, które spotykają chcących wjechać do USA, a które są nagłaśniane przez media na całym świecie, amerykańska branża turystyczna przygotowuje się na ciężki czas, bo już zauważa mniejsze zainteresowanie podróżnych Stanami Zjednoczonymi.
Dla Interii Magda Sakowska, Polsat News, Waszyngton