W środę o godz. 13 pod Pomnikiem Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego – kilkaset metrów od Sejmu, do którego głos polskich naukowców od lat dociera z trudem – odbędzie się manifestacja „3 proc. dla nauki, 100 proc. dla Polski”. To ostatnie ostrzeżenie przed głęboką zapaścią sektora, bez którego żadne hasło o „doganianiu Zachodu” nie ma sensu. Prawda jest bowiem taka, że to nie my dogoniliśmy Zachód – to Zachód odjechał nam o kolejną dekadę.
Statystyka jest brutalna i nie wymaga wielu komentarzy: w 2005 roku państwo polskie przeznaczało na naukę i szkolnictwo wyższe 1,27 procent PKB; w 2025 roku było to około 1,08 procent, a budżet państwa na rok 2026 obniża tę proporcję do około 1,06-1,07 procent PKB.
W wartościach realnych – jak wskazują wyliczenia przywoływane przez środowisko akademickie – jest to jeden z najniższych poziomów finansowania nauki w XXI wieku. Nie spadło ono dlatego, że Polska zubożała.
Spada dlatego, że kolejni ministrowie finansów – od czasów rządu Donalda Tuska, przez rząd Mateusza Morawieckiego, z powrotem do rządu Donalda Tuska – traktują badania i rozwój jako pierwszą rezerwę, do której się sięga, gdy potrzeba pieniędzy na cokolwiek innego.
Nauka jest dla polskich polityków, obojętnie którego obozu, czymś zbędnym, niewidocznym w sondażach, nieistotnym z punktu widzenia doraźnych konferencji prasowych.
Główne postulaty manifestacji
Rząd Donalda Tuska, zaprzysiężony w grudniu 2023 roku, zapisał w umowie koalicyjnej obietnicę „zwiększenia nakładów na badania i rozwój„.
Wynagrodzenie osoby z doktoratem rozpoczynającej pracę na stanowisku adiunkta wynosi dziś około trzech czwartych przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. Część osób zatrudnionych na stanowiskach asystenckich – także osoby z doktoratem – zarabia zaledwie 19 złotych powyżej pensji minimalnej. To nie jest literówka. To oficjalna kondycja zawodu, który w teorii ma „wytwarzać przyszłość Polski”.
Stąd trzy podstawowe postulaty środowej akcji.
Po pierwsze: powiązanie wynagrodzeń w nauce ze średnią pensją w sektorze przedsiębiorstw oraz objęcie mechanizmem podwyżek wszystkich pracowników – także administracyjnych, technicznych i bibliotekarskich, bez których cała maszyna stanęłaby w dwa tygodnie.
Po drugie: urealnienie progów dochodowych stypendiów socjalnych, pilny remont domów studenckich, budowa nowych oraz ustalenie stypendium doktoranckiego na poziomie co najmniej pensji minimalnej, z możliwością wyboru między umową o pracę a umową stypendialną.
Po trzecie: stałe zwiększanie podstawowej subwencji jednostek, środki na badania podstawowe, aplikacyjne i wdrożeniowe oraz utrzymanie infrastruktury badawczej, której dziś nie da się utrzymać z grantów, bo granty nie są od tego.
I tu pojawia się fakt, który w polskiej debacie publicznej jest zjawiskiem rzadszym niż transfer w piłce nożnej w środku sezonu: pełna zbieżność stanowisk gremiów, które w innych sprawach potrafią się ze sobą spierać latami.
Postulaty akcji „3 proc. dla nauki, 100 proc. dla Polski” poparło Prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, stwierdzając wprost, że „obecny poziom finansowania nie odpowiada znaczeniu tego sektora dla rozwoju państwa, jego bezpieczeństwa technologicznego i społecznego oraz konkurencyjności gospodarki”.
Poparcia inicjatwie udzieliła Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Stanowisko Prezydium Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego przypomina zaś, że ZNP od lat domaga się powiązania wynagrodzeń pracowników nauki z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce narodowej oraz systematycznego zwiększania nakładów o 0,3 procent PKB rocznie aż do osiągnięcia trzech proc. PKB.
Mówią, że nauka „nie jest kosztem, lecz inwestycją w rozwój Polski, nowoczesną gospodarkę i przyszłość młodego pokolenia”.
Rektorzy, konstytucyjne ciało przedstawicielskie środowiska akademickiego i najważniejsza centrala związkowa sektora mówią dziś jednym głosem. W polskich warunkach to nie tylko zbieżność – to konstelacja, która zdarza się raz na dekadę.
Najgorszy możliwy scenariusz
Organizatorzy akcji „3 proc. dla nauki, 100 proc. dla Polski” mówią wprost: nie chcą, aby jedyną dostępną formą protestu pozostawał „protest nogami” – czyli wyjazd z kraju lub odejście z sektora.
To nie metafora. To częsty opis rzeczywistości. Polska nauka starzeje się szybciej, niż się rozwija; w przeciągu kolejnej dekady, gdy z systemu zacznie odchodzić liczne pokolenie starszych pracowników akademickich, otworzy się luka pokoleniowa porównywalna z tą, jaką dziś obserwujemy w ochronie zdrowia.
Tyle że pacjenta nie ma do kogo odesłać, bo w wielu obszarach nie istnieje łatwa prywatna alternatywa dla publicznych instytutów, uczelni i laboratoriów. Gdy upadnie polski instytut badawczy, nie powstanie w jego miejsce żaden prosty klon w sektorze prywatnym. Powstanie pustka.
Protesty i strajki akademickie są tam czymś znanym, cyklicznie stosowanym narzędziem nacisku środowiska akademickiego. Są świadectwem, że badaczki, wykładowcy, bibliotekarki, technicy laboratoryjni i studenci mogą realnie wpływać na politykę państwa.
W Polsce ten wpływ konsekwentnie ograniczano: najpierw ustawami Kudryckiej i Gowina, później fasadowymi gestami dialogu, w których środowisko traktowano jak petenta, a nie jak partnera.
Przez lata jako naukowcy nie potrafiliśmy wykazać się solidarnością zawodową. 27 maja jest okazją, by to wreszcie zmienić. Manifestacja pod Sejmem to dowód dojrzałości badaczek i badaczy jako obywateli kierowanych troską o państwo, które obiecywało „racjonalną politykę naukową”, a serwuje budżet wegetacji.
Trzy procent PKB to nie utopia. To polityczny próg bezpieczeństwa instytucjonalnego, poniżej którego nauka i szkolnictwo wyższe będą się dalej zwijać. Sto procent dla Polski zaczyna się od trzech procent dla nauki. Wszystko inne to księgowa fikcja.












