Paulina Sowa, Interia.pl: Mija 20 lat od śmierci Jana Pawła II. Jak wspominasz tamten czas?
Ks. dr Tomasz Podlewski, dyrektor Biura ds. Mediów i Wydarzeń Watykańskiej Fundacji Jana Pawła II: – Byłem wtedy nastolatkiem, przygotowywałem się z rodzeństwem do wyjazdu na Światowe Dnie Młodzieży w Kolonii. Kiedy na początku roku papież już mocno chorował, zastanawialiśmy się, czy da radę wziąć udział w ŚDM. Ostatnie tygodnie jego życia nie pozostawiły jednak złudzeń. Wiedzieliśmy, że odchodzi na naszych oczach. Dobrze pamiętam sceny, kiedy pod koniec lutego, po tracheotomii, nie mógł już mówić. Machał jedynie ręką, a jego twarz wyrażała naprawdę wielki ból. To robiło ogromne wrażenie. W domu panowała atmosfera przejęcia, jakbyśmy tracili członka rodziny. I to było dla mnie pierwsze mocne zderzenie z tym, jak ważną osobą był Jan Paweł II zwłaszcza dla pokolenia moich rodziców.
Myślę, że w wielu domach w Polsce tak właśnie ten czas był przeżywany.
– I to otwierało przestrzeń na rozmowy między ludźmi, którzy mimo różnić, w przeżywaniu odchodzenia papieża po prostu jakoś się spotkali. Wtedy naprawdę zdałem sobie sprawę, że Polacy tracą kogoś w rodzaju ojca. Dotarło do mnie, jakie to musiało być dla nich ważne, że w czasie komuny papieżem został właśnie Polak. On był bardzo potrzebny tamtym czasom.
Mówiłeś o pokazywaniu w mediach cierpienia Jana Pawła II. Umierał na oczach świata.
– Tak, w tamtych tygodniach mogliśmy dosłownie towarzyszyć papieżowi w procesie umierania. Grymas zamiast uśmiechu, jęk zamiast słów, ledwie zauważalny ruch ręką zamiast pełnego znaku krzyża… To było autentyczne. Niektórych to krępowało, innych inspirowało. Mamy osoby starsze i cierpiące w naszych rodzinach, a nagle mogliśmy patrzeć na wykrzywioną bólem twarz papieża i odnaleźć w nim prawdziwego człowieka, a osoby podobnie cierpiące – swojego ambasadora. Po prostu jednego z nich. Dla mnie jako nastolatka to był moment, w którym starość i choroba przestały być w Kościele jakimś medialnym wstydem.
Papież cierpiał na naszych oczach celowo i świadomie?
– Tak. Już nie słowami, ale postawą i autentycznością chciał nam dać ostatnią lekcję duszpasterstwa. W pewnym sensie nadał w Kościele obywatelstwo ludziom starszym i chorym. „Uobywatelnił” cierpienie. I zaprosił nas do przeżywania go razem z nim, czyli podzielił się z nami krępującą cząstką swojego własnego życia. Może czasem wolimy go wspominać wyłącznie jako dziarskiego górala z ciupagą, który śpiewa z młodzieżą do późnej nocy. Ale papież pokazał, że starość i choroba są tak samo ludzką częścią życia, i że czekają na każdego. Czasem, kiedy już jako ksiądz odwiedzałem po latach osoby chore, zdarzało się, że nad ich łóżkami widziałem obrazki nie z uśmiechniętym papieżem, ale właśnie z tą umęczoną bólem twarzą Jana Pawła II z 2005 roku. Oni tego bardzo potrzebowali.
Niektórzy mówią, że być może rzeczywiście nie pozwoliliśmy Janowi Pawłowi II nieco się przykurzyć i pewnie nic by się nie stało, gdyby beatyfikacja nastąpiła nieco później, ale tutaj rozeznanie leży po stronie Kościoła
Jan Paweł II był ambasadorem ludzi chorych. Kogo jeszcze?
– Zwracał oczy świata na tych, na których świat za mało zwracał uwagę. Z całą pewnością dał głos krajom zza Żelaznej Kurtyny, w dużej mierze krajom Trzeciego Świata, a także opozycji w różnych krajach, w tym oczywiście w Polsce. Ponadto, zarówno przez swoje nauczanie, jak też spotkania w czasie pielgrzymek czy audiencji w Rzymie, papież zwracał uwagę na problemy w tych częściach świata, które pozostawały poza medialnym, politycznym bądź ekonomicznym mainstreamem. Jana Pawła II można nazwać także ambasadorem tych, do których kierował swoje specjalnie dedykowane listy, a więc artystów, kobiet, dzieci, rodzin, wspomnianych już osób cierpiących czy w podeszłym wieku, a także młodzieży.
Młodzi ludzie wiedzą dziś kim był Jan Paweł II?
– Młodzi są różni, tak jak różne są domy i rodziny, z których pochodzą. Trudno jest przykładać do nich wszystkich jedną miarę. W minionym roku pracowałem w Częstochowie jako duszpasterz studentów, a jednocześnie byłem katechetą w jednej z tamtejszych szkół podstawowych. O ile studentom rzeczywiście nieobce były memy czy gify z papieżem, o tyle nie zauważyłem, żeby podstawówka miała jakieś specjalne filtry w spojrzeniu na papieża. Kiedy na lekcji religii rozmawialiśmy o Janie Pawle II, dzieci naprawdę były nim zainteresowane jak nową, ciekawą postacią. Karol Wojtyła, jego dzieciństwo i późniejsze historie naprawdę były dla nich niezłym odkryciem.
W Polsce powstało wiele pomników Jan Pawła II, choć sam papież mówił, by mu ich nie stawiać.
– Faktycznie sporo mamy pomników, ale dziś odchodzi się powoli od inicjatyw wyłącznie pomnikowych. Same pomniki, place i ulice to było coś, na co trzeba było pozwolić; coś dziejowego, jednorazowego, do czego wiele miejscowości, instytucji i osób po prostu miało prawo, jeśli zawdzięczało coś Janowi Pawłowi II. Ta forma upamiętnienia miała swoje pięć minut w historii i wcale nie uważam tego za problem.
Co oprócz pomników zostało nam po papieżu?
– Możemy zaobserwować pewien jakościowy skok w upamiętnianiu papieża. Chyba powoli dojrzewamy. Mamy wiele inicjatyw, fundacji, domów dziecka i tym podobnych instytucji, które wyrastają bezpośrednio z nauczania papieża. Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia” i masa przydzielanych przez nią stypendiów, Fundacja Pomocy Młodzieży „Wzrastanie” im. Św. Jana Pawła II i kilkanaście prowadzonych przez nią domów dziecka, schronisk i świetlic, a także wiele innych inicjatyw… tego jest po prostu masa. Rok temu w Watykanie ustanowiono też międzynarodową nagrodę Św. Jana Pawła II, która honoruje osoby i instytucje wyróżniające się konkretną pracą społeczną, edukacyjną, artystyczną i kulturalną inspirowaną bezpośrednio nauczaniem papieża. Jej pierwszym laureatem zostało w 2024 roku ugandyjskie Centrum Sprawiedliwości i Pokoju im. Św. Jana Pawła II. Instytucja czynnie zwalcza zjawisko handlu dziećmi, przeciwdziała biedzie i troszczy się o kobiety.
Beatyfikacja Jana Pawła II przebiegła stosunkowo szybko. Już w czasie pogrzebu mogliśmy zauważyć hasła „Santo subito”. Później przyszła refleksja, że należało z tym poczekać.
– Rzeczywiście, proces beatyfikacyjny papieża rozpoczął się zaledwie kilka tygodni po jego śmierci. Benedykt XVI skrócił w tym wypadku pięcioletni okres oczekiwania na rozpoczęcie procesu. Do każdego z kandydatów na ołtarze, mimo pewnych wspólnych reguł, Kościół ma prawo podchodzić indywidualnie. Matkę Teresę z Kalkuty również beatyfikowano kilka lat po śmierci, a proces beatyfikacyjny s. Łucji z Fatimy rozpoczęto trzy lata po jej odejściu. Niektórzy mówią, że być może rzeczywiście nie pozwoliliśmy Janowi Pawłowi II nieco się przykurzyć i pewnie nic by się nie stało, gdyby beatyfikacja nastąpiła nieco później, ale tutaj rozeznanie leży po stronie Kościoła. Dla mnie istotne nie jest pytanie, czy wyniesienie papieża na ołtarze nastąpiło za szybko, ale czy my potrafimy je odpowiednio przeżywać.
Papież przez lata sam był świadkiem, jak w komunistycznej Polsce instrumentalnie traktowano fałszywe zarzuty, aby kompromitować duchownych i wpływać na politykę personalną Kościoła
– Relatywnie szybką beatyfikację nietrudno wpisać w różnego rodzaju konteksty poglądowe czy kościelno-społeczne. Papież został beatyfikowany, kiedy miałem 20 lat i byłem już w seminarium. Pamiętam, że sporadycznie, ale jednak pojawiały się niekiedy w mediach głosy traktujące tę beatyfikację jako pewnego rodzaju „dopięcie swego”, tryumf polskości w Kościele czy po prostu „godne domknięcie” tego dziejowego wydarzenia, jakim był dla Polski pontyfikat Jana Pawła II. Coś w stylu: „Wojtyła święty, cel osiągnięty”. A przecież wyniesienie go na ołtarze to dla nas bardziej punkt wyjścia niż dojścia. Raczej otwarcie czegoś nowego, a nie wyłącznie „odhaczenie” tego, co było. Skoro Kościół dostrzega w Janie Pawle II osobę świętą, to zajmijmy się jego nauczaniem; kontynuujmy jego dzieła, ale nie traktujmy absolutnie wszystkich jego słów i czynów jak boskiej wyroczni. Papież zapewne by tego nie chciał.
Faktycznie, Jan Paweł II również mógł popełniać błędy. Wskazuje na to choćby sprawa Theodore’a McCarricka skazanego za nadużycia seksualne. W 2020 roku powstał raport, z którego wynika, że przed nominacją McCarricka na metropolitę Waszyngtonu papież znał pogłoski na jego temat, a jednak do nominacji doszło.
– Warto pamiętać, że „Santo subito!” nie oznacza nieomylności. Możliwość papieskiego przeciwdziałania złu w Kościele zawsze zależy od epoki, od dostępnych w niej rozwiązań prawnych, a przede wszystkim od wiedzy papieża oraz osób odpowiedzialnych za jego informowanie. Jeśli chodzi o McCarricka, wiemy już dzisiaj, że do Jana Pawła II docierały bardzo różne głosy. Niestety nie wszystkie osoby uczestniczące w procesie informacyjnym miały stuprocentową wiedzę o tym, czego kardynał się dopuszczał. Kiedy tylko pojawiły się pierwsze negatywne głosy na temat tej nominacji, Jan Paweł II od razu poprosił o weryfikację tych oskarżeń i wycofał kandydaturę McCarricka.
Ostatecznie jednak uwierzył w jego niewinność.
– McCarrick napisał osobisty list do Jana Pawła II, w którym przysięgał, że jest niewinny, i że nigdy nie miał z nikim kontaktów seksualnych. Tak więc brak pełnych informacji do samego końca, do tego przysięga McCarricka oraz – być może – fakt, że papież przez lata sam był świadkiem, jak w komunistycznej Polsce instrumentalnie traktowano fałszywe zarzuty, aby kompromitować duchownych i wpływać na politykę personalną Kościoła sprawiły, że Jan Paweł II na nowo włączył nazwisko McCarricka do grona kandydatów na stolicę biskupią Waszyngtonu, co zakończyło się nominacją. Jestem pewien, że gdyby papież miał wówczas taką wiedzę, jaką my mamy dziś, z pewnością by do tego nie dopuścił. Sam papież Franciszek powiedział już po opublikowaniu raportu, że przy ostatecznej decyzji o mianowaniu McCarricka metropolitą waszyngtońskim, Jan Paweł II nie posiadał niestety pełnych i dokładnych informacji.
Co najlepiej zapamiętałeś z pontyfikatu Jana Pawła II? Jakie było jego przesłanie?
– Mnie osobiście od samego początku najbardziej inspirują trzy motywy z życia i nauczania papieża. Po pierwsze, Jan Paweł II napisał w „Fides et ratio”, że „wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”. To mnie bardzo pociąga: łącznie wiary z rozumem; wiara i rozum razem, a nie wbrew sobie; duch i intelekt jako rzeczywistości komplementarne, a nie konkurencyjne. Druga sprawa to genialne łączenie spraw boskich i ludzkich. Czytając Wojtyłę i śledząc jego życie dostrzegam, że jego dwie największe miłości to właśnie Bóg i człowiek. Papież uczy mnie, jak na to, co Boskie czasem spojrzeć po ludzku, a na to, co ludzkie, patrzeć po Bożemu. I wreszcie sprawa trzecia to otwartość Jana Pawła II. Jego szerokie horyzonty, zapraszanie artystów i naukowców do dialogu z Kościołem czy inspirowanie się ich spojrzeniem uważam za ważny kierunek. Duże wrażenie robi na mnie pomysł organizowania seminariów w Castel Gandolfo, gdzie Jan Paweł II zaprosił m. in. Stephena Hawkinga czy Leszka Kołakowskiego. Papież stwierdził też, że antropologia chrześcijańska ubogaca się wynikami psychologii. W tym nie było nastawienia, że Kościół zawsze i we wszystkim ma rację. Papież nie tylko nauczał. On także genialnie słuchał.