-
Viktor Orbán i Fidesz wykorzystują narrację o zagrożeniu ze strony Ukrainy jako narzędzie polityczne w kampanii wyborczej i komunikacji rządowej.
-
Węgierskie sondaże pokazują, że zwolennicy Fideszu częściej uważają Ukrainę za zagrożenie niż Rosję.
-
Węgry utrzymują blokadę unijnych środków dla Ukrainy i angażują się w spory, dotyczące takich kwestii jak ropociąg Przyjaźń czy działalność banku OTP.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
To zaledwie ułamek sformułowań, którymi od lat Viktor Orbán opisuje wschodniego sąsiada. Skoro jednak – przynajmniej w tej retoryce – Ukraina to zaledwie upadłe nie-państwo, w jaki sposób miałaby stwarzać zagrożenie? I dlaczego Fidesz nieustannie nią straszy?
Odpowiedź jest prosta: bo to się politycznie opłaca.
Wojna w Ukrainie. Eskalacja napięcia z Węgrami
Ostatnie tygodnie w węgiersko-ukraińskich relacjach to stała eskalacja. Mieliśmy m.in. oskarżenia o szpiegostwo (po obu stronach), spór o energetykę (wstrzymanie dostaw ropociągiem Przyjaźń) czy sprawę „złotego konwoju” – domniemanego przemytu środków finansowych, zakończonego spektakularną akcją węgierskich antyterrorystów i konfiskatą pieniędzy na podstawie parlamentarnej uchwały.
Był wreszcie cały wątek związany z rzekomymi groźbami śmierci pod adresem premiera Węgier, kierowanymi najpierw przez prezydenta Ukrainy, a następnie przez byłego generała i polityka. Na ulicach węgierskich miast można dostrzec morze plakatów. Są to zarówno materiały polityczne z hasłem Fideszu o „bezpiecznym/pewnym wyborze”, ale uwagę przyciągają inne. Te rządowe.
Polityczna zagrywka koalicji Fidesz-KDNP toczy się bowiem dwutorowo – w ramach oficjalnej kampanii wyborczej (partyjnie) oraz poprzez rządowe billboardy, które z kampanią nie mają „przecież” nic wspólnego.
Z rządowych plakatów bije niebieski kolor, z którego wyłania się ogromna, wykrzywiona twarz Wołodymyra Zełenskiego. Dużymi, białymi literami zapisano hasło: „Nie pozwólmy, by Zełenski śmiał się jako ostatni„.
Formalnie plakat jest ogłoszeniem społecznym. Zachęca do podpisania „narodowej petycji” m.in. przeciwko kolejnym środkom finansowym dla Ukrainy. Ale ja już taki plakat kiedyś widziałem. W 2017 r., zamiast Zełenskiego na słupach wisiał György Soros, znienawidzony przez otoczenie Fideszu miliarder węgierskiego pochodzenia. Rząd walczył wówczas z „planem Sorosa”, którego istnienia nigdy nie udowodniono.
I wisi tak ten ukraiński prezydent, i patrzy groźnie z wielu budynków. Gdyby nie to, że zamiast języka ukraińskiego napisy są w języku węgierskim, można by uznać, że jesteśmy w środku kampanii wyborczej w Ukrainie.
Węgry. Przekaz jest prosty: Ukraina jest niebezpieczna
– Dlaczego Węgry nie przygotowały się na ukraiński atak zbrojny, przed którym Mi Hazánk ostrzega od lat? – zapytał w Ministerstwie Obrony Narodowej poseł skrajnej prawicy Előd Novák.
– Szanowny Panie Pośle! Doskonale wyszkoleni żołnierze Węgierskich Sił Zbrojnych, dzięki swojej ofiarnej i wzorowej służbie, a także zaawansowanemu technologicznie sprzętowi, spełniającemu wymogi XXI wieku, pozostają w nieustannej gotowości do zbrojnej obrony ojczyzny, gwarantując tym samym pokój na Węgrzech oraz bezpieczeństwo węgierskich obywateli – odpowiedział 16 marca Tamás Varga, sekretarz stanu ds. parlamentarnych w Ministerstwie Obrony Narodowej.
Strach przed wojną z Ukrainą? Ale po co Ukraina miałaby atakować państwo NATO i w ogóle atakować Europę, która przecież finansową kroplówkę podała Kijowowi już dawno.
Odpowiedzi na to nikt tutaj nie szuka.
Tę, o wciągnięciu Europy w wojnę z Rosją, słyszałem. Liczy się krótki, emocjonalny przekaz. TISZA równa się zniszczenie i wojna. O ile z polskiej perspektywy straszenie atakiem Ukrainy jest absurdalne, o tyle na Węgrzech atmosfera wokół Kijowa jest tak zła, że i na niej można zbudować kampanię.
Potwierdzają to zresztą wyniki analizy Policy Solutions. Na zlecenie tego ośrodka analitycznego instytut Závecz przeprowadził jesienią 2025 roku badanie, z którego jednoznacznie wynika, że wyższy odsetek Węgrów uważa Ukrainę (50 proc.) za państwo bardziej niebezpieczne dla Węgier niż Rosja (47 proc.).
Węgrzy pełni obaw. Ukraina groźniejsza niż Rosja?
To jednak dane dla całej populacji. Zupełnie inne jest postrzeganie ukraińskiego zagrożenia wśród wyborców, stanowiących grupę docelową przekazu Viktora Orbána – a więc zwolenników Fideszu.
W grupie tej Ukrainę za zagrożenie uważa 63 proc. badanych, w tym 40 proc. postrzega ją jako „bardzo niebezpieczną”. A w przypadku Rosji? Zaledwie 36 proc. badanych. Jednocześnie 35 proc. ankietowanych uznało Rosję za państwo „raczej” bądź „całkowicie” niezagrażające.
W elektoracie opozycji tendencje są odwrotne. Rosja stanowi zagrożenie dla 54 proc. zwolenników TISZY, a Ukraina dla 36 proc. Jednakże Ukrainę za państwo „raczej” bądź „całkowicie” niezagrażające uznało zaledwie 32 proc. ankietowanych.
To oznacza, że grunt pod straszenie Ukrainą faktycznie jest. Ale wyłącznie we własnym elektoracie, bowiem wśród wyborców zdeklarowanych temat związany z wojną czy migracją nie jest wskazywany jako najważniejszy.
Wartym odnotowania paradoksem jest to, że przed ukraińskim atakiem ostrzega m.in. szef biura politycznego Viktora Orbána, Balázs Orbán.
A zasłynął on w 2024 r. wypowiedzią, w której stwierdził, że Węgry, mając doświadczenie z 1956 r., prawdopodobnie nie prowadziłyby wojny obronnej podobnej do tej, którą prowadzi Ukraina: – My prawdopodobnie nie zrobilibyśmy tego, co prezydent Zełenski dwa i pół roku temu, ponieważ to nieodpowiedzialność. (…) Gdyby nas zapytano, nie doradzalibyśmy tego, ponieważ w ’56 skończyło się, jak się skończyło.
Węgry a Ukraina. Szantaże i niedotrzymane słowa
Fideszowi polityczne rozgrywanie tematu Ukrainy po prostu się opłaca. Podgrzewanie tych nastrojów od miesięcy stanowi idealne narzędzie do tłumaczenia wyborcom skomplikowanej rzeczywistości w prosty, by nie powiedzieć – prostacki sposób.
Spadek PKB? To wina Unii Europejskiej i jej wsparcia dla Ukrainy. Wysokie stopy procentowe? Winna jest sytuacja w Ukrainie. Kryzys paliwowy? Przede wszystkim wstrzymanie przez Kijów dostaw ropociągiem Przyjaźń, a od końca lutego także wojna w Iranie (choć w tym ostatnim przypadku przekaz władzy taktycznie przemilcza, kto ten konflikt wywołał).
I chociaż nie ma wątpliwości, że w interesie ukraińskiego prezydenta leży wyborcza porażka Viktora Orbána, to sam lider Fideszu robi absolutnie wszystko, by z Kijowem się nie dogadać. Zresztą nie po raz pierwszy.
W 2023 roku Węgry zablokowały wypłatę funduszy z Europejskiego Instrumentu na rzecz Pokoju (EPF). Pretekstem było wpisanie przez ukraińską agencję antykorupcyjną węgierskiego OTP Banku na listę „międzynarodowych sponsorów wojny” w związku z jego dalszą działalnością w Rosji, kredytowaniem tamtejszych sił zbrojnych i de facto uznaniem samozwańczych republik donieckiej i ługańskiej.
Układ wydawał się prosty: wy zdejmujecie sankcje z OTP, my cofamy weto. Jesienią 2023 r., pod silną presją unijnych instytucji, Kijów uległ i ostatecznie w październiku wykreślił bank z zestawienia. Co na to Węgry? Podbiły stawkę.
Szef MSZ Péter Szijjártó zaczął domagać się od Ukrainy twardych, prawnych „gwarancji”, że OTP już nigdy na taką listę nie wróci. Wiosną 2024 r. Ukraina poszła o krok dalej i całkowicie zlikwidowała wykaz sponsorów wojny, dochodząc do wniosku, że generuje on więcej szkód dyplomatycznych niż realnych korzyści.
Reakcja Budapesztu? Weto zostało podtrzymane (i taki stan utrzymuje się do dzisiaj), a zablokowana pula unijnych środków urosła do 2 mld euro. Na marginesie warto dodać, że to właśnie z tej puli Polsce należy się 500 mln euro. Czy jeśli wybory wygra TISZA, Péter Magyar zdejmie to weto? To wcale nie jest takie pewne.
Węgry. Kampania trwa, w tle ropa i Ukraina
Jaki jest związek między ropociągiem Przyjaźń a bankiem OTP? Mechanizm działania. Viktor Orbán mówi: „Jjeśli nie ma ropy, nie ma pieniędzy”. Budapeszt zablokował pożyczkę w wysokości 90 mld euro dla Kijowa oraz 20. pakiet sankcji wobec Rosji.
Zełenski nie ma jednak żadnej pewności, że Viktor Orbán dotrzyma słowa, bowiem już raz okłamał nie tylko Ukrainę, ale i innych partnerów z UE. W sprawie ropociągu mamy słowo przeciwko słowu.
Faktem jest, że 27 stycznia Rosja ostrzelała infrastrukturę w Browarach, która odpowiada za przesył ropy. Węgrzy uważają, że nie ma technicznych przeszkód, by dostawy wznowić. Prezydent Ukrainy kilkukrotnie dał do zrozumienia, że z naprawami spieszyć się nie będzie.
Węgry i Słowacja nie otrzymują ropy z kierunku ukraińskiego od 50 dni. Tydzień temu premier mówił, że Ukrainie szybciej skończą się pieniądze, niż Węgrom ropa. W sprawę zaangażowała się Komisja Europejska. Naprawa ma trwać 45 dni, a więc zakończy się kilkanaście dni po wyborach.
Ale warto zwrócić uwagę na brak chęci budowania porozumienia również ze strony Węgier. Delegacja, która tydzień temu udała się do Kijowa, aby osobiście obejrzeć uszkodzenia ropociągu, została zapowiedziana notą dyplomatyczną zaledwie dzień wcześniej.
Rozmawiałem o tej eskapadzie z kilkoma osobami, mającymi doświadczenie dyplomatyczne. Jednoznacznie wskazali, że wizyta od początku była zaplanowana tak, by się nie udała.
Całej atmosferze towarzyszyły filmy z udziałem premiera, który codziennie przepytywał z postępów szefa delegacji, wiceministra energii Gábora Czepeka. Finalnie przez kilka dni pobytu w Kijowie Węgrzy niczego nie wskórali poza spotkaniami z chargés d’affaires ambasad USA i Słowacji.
Doszło też do rozmów z ukraińskim Naftohazem. Pozwolenia na osobistą wizytację ropociągu nie otrzymano. Orbán, w publikowanych w mediach społecznościowych rozmowach, kazał ministrowi dokumentować odmowy wizytacji rafinerii.
W czasie ostatniej rozmowy – 14 marca – Czepek mówił Orbánowi, że była ciężka noc, bowiem Ukraina, w tym Kijów, były pod silnym ostrzałem.
Czyim? Tego na nagraniu nie ma. Cytując za szefem gabinetu politycznego: „Premier polecił węgierskiej delegacji powrót do Budapesztu na Marsz Pokoju”. To właśnie na czele tego marszu niesiono transparent: „Nie będziemy ukraińską kolonią”.
Węgry. Manipulacja zręcznym narzędziem
Poza wątkiem ropy pojawia się też element bezpośredniego straszenia Węgrów, że Ukraińcy czyhają na życie premiera. Najpierw miał to robić sam prezydent Ukrainy, a następnie emerytowany oficer służb specjalnych i były polityk Hryhorij Omelczenko.
Środowisko Fideszu zbudowało wokół tego całą opowieść o zagrożeniu nie tylko dla premiera, ale i jego rodziny.
Tymczasem Ferenc Frész, znany ekspert ds. cyberbezpieczeństwa, przeanalizował głośne nagranie Omelczenki i stwierdził, iż zostało ono celowo zmanipulowane. Nie chodziło o wykorzystanie sztucznej inteligencji, ale o celowy montaż, w którym usunięto kadry, zmieniające kluczowe znaczenie wypowiedzi.
Ferenc Frész uważa wideo Omelczenki, w wersji kolportowanej przez węgierskie media rządowe, za celowo spreparowaną dezinformację, której celem było wywołanie strachu i polityczne wykorzystanie sytuacji przed wyborami.
Na podstawie zmanipulowanego materiału premier dzwonił do swojej rodziny – najpierw do najmłodszej córki, a na kolejnym nagraniu do matki – i zapewniał je, że są bezpieczne.
Inny ekspert zajmujący się Rosją – András Rácz – zauważył natomiast, że w tym samym wywiadzie Omelczenko stwierdza, że Rosjanie zwerbowali Orbána w czasie spotkania w Petersburgu w 2009 r. Pytał retorycznie, jeśli groźby Omelczenki mamy brać poważnie, bo rząd tak je traktuje, to co zrobić z rewelacjami na temat werbunku lidera Fideszu?
Strasznie Ukrainą to cyniczna gra. Viktor Orbán celowo odrzuca porozumienie z Kijowem, bo sztucznie wykreowany wróg pozwala mu tłumaczyć porażki rządu i mobilizować twardy elektorat. W tym teatrze iluzji fakty nie mają znaczenia – liczy się wyłącznie utrzymanie władzy. A Ukraińcy? Oni prowadzą własną grę, jednakże TISZA nie jawi się jako reprezentant tego państwa.












